Wyzerowani

Pamiętacie nie tak dawną ekscytację faktem, że minister obrony Korei Południowej przywołał w publicznej wypowiedzi grę „StarCraft”? Echo poszło po mediach tematycznych jak halny po Tatrach, choć akurat redaktorów specjalizujących się w grach wideo ta wypowiedź najmniej powinna dziwić. Świetnie wiedzą, że „StarCraft” jest w tym kraju popularny jak u nas futbol. Telewizje nadają mecze, zakwitające dziewczęta wieszają sobie nad łóżkami zdjęcia słynnych zawodników, zapewne nawet panie szatniarki mają zgrzebne pojęcie, kto prowadzi w lidze. A tu nagle, ni stąd, ni zowąd, medialny szum, bo jakiś polityk sięgnął po czytelny dla wszystkich rodaków punkt odniesienia, tłumacząc, czym nie jest rzeczywisty kryzys graniczny, grożący prawdziwą wojną.

Więcej ta sytuacja powiedziała nam o nas, o naszych kompleksach, niż o Korei Południowej. Potwierdziło się, jak bardzo chcemy, aby zauważono, że kultura gier nie jest jakąś hermetyczną niszą dla statystycznie nie liczących się dziwaków, odległymi od centrum peryferiami życia społecznego – tylko istotną tego życia składową. Że jest cegiełką normalności. Że ludzie grają tak, jak słuchają muzyki, czytają książki, chodzą do kina czy teatru.

Bardzo powoli następuje ta przemiana mentalna. Zgodnie, co chyba widać gołym okiem, ze ślimaczym tempem wymiany pokoleniowej. Można jednak dopatrzeć się pierwszych znaków transformacji świadomości społecznej, kulturowych kamieni milowych. Dajmy sobie spokój z tym nieszczęsnym ministrem z Korei – bo to daleko stąd i nieprawda. Weźmy pod lupę najważniejsze jak dotąd wydarzenie w naszej rodzimej kulturze świadczące o przedarciu się gier wideo do głównego obiegu pojęć i dyskursów. To przełom iście brawurowy. Nikt dotąd, przynajmniej nikt o takiej pozycji, tak jednoznacznie nie pozycjonował gier jako fundamentalnej składowej współczesnej kultury – poletka, które XXI-wieczny inteligent o aspiracjach erudyty zwyczajnie powinien uprawiać, jeśli nie chce zostać w tyle, jeśli ma pojmować znaczenie przemian. Mowa o niedawno wydanym zbiorze powieści i opowiadań Jacka Dukaja „Król Bólu”, a przede wszystkim o otwierającej go powieści „Linia oporu”. Wybitnej z różnych powodów, nie tylko literackich.

Rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie. Nigdzie, bo świat materialny, z jego podziałami na państwa, narodowości, klasy, kasty, a nawet płcie, na wszelkie określające nas dotąd zbiory – przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Prawdziwe życie przenosi się w sferę, jak nazywa ją Dukaj, „ducha”. W wirtualne królestwa, mieniące się miriadami starych i nowych paradygmatów. Ktoś chce żyć w scenografiach i wartościach klasycznych eksploracyjnych powieści SF? Proszę bardzo. Kto inny w posttolkienowskich krainach magicznych? Nurkować w adrenalinie wojen korporacyjnych? Szukać nowych sensów zdezawuowanych tradycyjnych religii? Ryzykować nie nazwane jeszcze, nie przeżyte dotąd przez nikogo doświadczenia? Proszę bardzo. W tym multiświecie rolę demiurgów pełnią tak zwani kreatywi – architekci nadrealnych fikcji; jednostki zdolne wymyślać całe nowe sfery lub choćby prefabrykaty do nich, wyczuwać popyt na nowe trendy i tworzyć je. Więcej, tworzyć na nie popyt.

Paweł Kostrzewa, bohater „Linii oporu”, jest kreatywem. Wysoko notowanym. Schodząc w „gnój”, czyli w twardą doczesność, nie czuje z nią żadnych więzi. Gra tradycyjną, przyswojoną przed laty rolę syna na rodzinnym zlocie u matki, ale ma poczucie, że dziedzictwo krwi, geny, przestały cokolwiek znaczyć. Bo przestała cokolwiek znaczyć tożsamość. Czym jest – czym, kim jesteśmy my? – skoro zaprojektować, zmienić można w nas wszystko? Możemy swobodnie zmieniać płeć. Możemy, bez zmiany płci, zmienić biegun seksualności lub wręcz swą seksualność wyzerować. Kombinacji możliwych jest więcej, niż przewidziała natura. Bo i czymże jest dziś natura? Wyszliśmy poza jej ograniczenia, sami stwarzamy siebie. Siebie, czyli kogo?

„Linia oporu” jest, poza wszystkim, przenikliwą analizą potencjalnych zagrożeń i nadziei transhumanizmu – bodaj najważniejszego z tematów podejmowanych przez Jacka Dukaja. Może to jeden z powodów, dla których powieść ta zrobiła na mnie tak mocne wrażenie. Nie tylko jako brawurowym językiem zapisana powieść właśnie, ale i – przede wszystkim chyba – jako studium. Jeśli ktoś z Was pamięta TechnoParty, cykl felietonów pisanych przeze mnie w „Kulturze”, wie, że transhumanizm jest jedną z także moich obsesji; prześwietlałem go tam na różne sposoby.

Dukaj przygląda się zatem coraz bardziej rozmytym w swych granicach światom postczłowieka, jego coraz bardziej płynnemu człowieczeństwu-nieczłowieczeństwu. Uwolniony od determinującej tożsamość biologii, od kultury będącej aktualnym etapem ciągłego procesu, od jakichkolwiek narzuconych tradycji – on odrzuca! on wybiera! – w tym relacji społecznych właściwych środowisku, w którym funkcjonował „w gnoju” – kim ów Nowy Człowiek jest? Nawet pamięć, to archiwum procesu stawania się człowieka, fundament naszej tożsamości – przestaje mieć znaczenie. Można ją amputować. Zastąpić nową, zaprogramowaną. Kostrzewa, jak wielu, zatraca się w szaleństwach nie hamowanego żadnym lękiem ekstremum, by po wszystkim połknąć „zapominajkę” – tabletkę z chemią, która czyści do cna pamięć z ostatnich zdarzeń. Można upadlać się, zdradzać, dawać upust najgorszym instynktom i nazajutrz nie cierpieć z tego powodu żadnego moralnego kaca. Kim jest/był ten, którego wspomnienia wymazano? Kim jest ten, kto świadomie wykastrował się z tych przeżyć? Czym jest odpowiedzialność? Kto jest odpowiedzialny za to, co się stało?

Czy w ogóle w świecie tak plastycznym, otwartym, nie narzucającym żadnych reguł i norm, może istnieć cel nadrzędny, do którego jednostka (ponownie – czym jest jednostka?) może dążyć? A skoro takiego celu nie można dostrzec, czy sens ma jeszcze wola? By osiągać przyjemność i pozbyć się egzystencjalnych lęków, wola nie jest niezbędna – wystarczy eksploatacja prostych mechanizmów psychosomatycznych. Znajoma Pawła Kostrzewy amputuje wolę i dotychczasową tożsamość, dobrowolnie podpisując dożywotni kontrakt niewolniczy z mężczyzną, który odtąd będzie jej absolutnym panem. Jeśli kazałby jej wstrzymać oddech, pokornie przestałaby oddychać, z posłuszeństwa swemu właścicielowi czerpiąc jedyną satysfakcję, w niej widząc jedyny sens swego istnienia.

Taki świat, z żelazną intelektualną konsekwencją, pokazuje nam Dukaj. Pod pewnymi względami jakże prawdopodobny już jutro.

Dukaj rzecz jasna nie wieszczy. On rozważa możliwe warianty. Przerysowuje, by obraz był łatwiej czytelny.

Jeśli jeszcze nie kupiliście grudniowej „Lampy”, serdecznie Was do tego namawiam. To generalnie fajne pismo o literaturze, ale ów numer kusi szczególnie, bo jego lokomotywą jest bardzo ciekawy wywiad z Dukajem. Przeprowadził go z okazji „Króla Bólu” Kazimierz Malinowski.
Na początek cytat, który sporo wyjaśnia:

Można stworzyć milion możliwych ekstrapolacji transhumanizmu, sam stworzyłem już kilka, i byłbym idiotą utrzymując, że ziści się akurat ta, nie inna. Co najwyżej mówię, że tę mam za bardziej prawdopodobną, albo że ta lepiej pokazuje dane aspekty zjawiska. (…) Czym bowiem jest transhumanizm? To takie nastawienie myślowe (tudzież jego praktyczna realizacja), w którym przyjmujemy, że postać homo sapiens zadana nam przez naturę (Boga) zostanie w sposób konieczny przekroczona (transcendowana) na drodze modyfikacji człowieka przez człowieka. I jeśli nie nakładamy tu jakichś dodatkowych, sztucznych ograniczeń, to ostatecznie wyłącznie prawa fizyki zdefiniują to, czym człowiek NIE MOŻE BYĆ.

Muszę się przyznać do porażki. Nosiłem się z tym tekstem od premiery książki. Planowałem sążnisty, wieloplanowy esej, bo „Linia oporu” na to zasługuje. Wciąż brakowało czasu. Ostatecznie postanowiłem napisać wreszcie parę słów, szkic ledwie, bo nie ma już na co czekać. Nawet jednak taki drobiazg, abstrakt z przemyśleń, to w przypadku przymiarki do Dukaja materiał na więcej niż trzy zdania na krzyż. Dlatego spróbuję dokończyć go później, może jutro. A dziś przepraszam, że nawet nie zdążyłem wspomnieć, co ma Dukaj do gier, a gry do Dukaja. Obiecuję, wszystko się wyjaśni.

9 odpowiedzi do “Wyzerowani

  1. Jakub Gwóźdź

    A przy okazji Dukaja – czyż gra na podstawie „Innych pieśni” nie byłaby teh ultimate role playing game?
    Hieronim jest facetem, który startując jako zwykły handlarz kończy karierę decydując o losach świata. W międzyczasie aż widać jak mu przeskakują współczynniki podczas lewelowania postaci. W klasycznych RPGach (a zwłaszcza w MMORPG) strasznie jest irytujące to, że po godzinie zdobywania doświadczenia jedną ręką pokonujemy potwory, które były nie do ruszenia wcześniej (bo były na levelu 21, a my na 8) – zaś te, z którymi męczyliśmy się wtedy, teraz nie mogą nas nawet połaskotać. Zupełna abstrakcja. A w świecie „Innych pieśni” tak to po prostu działa. Z całej prozy Dukaja to chyba najłatwiejsza do growej adaptacji pozycja (ew. „Czarne oceany” po brutalnej kastracji).

    Stety-niestety, mamy już w Polsce dwie uznane na świecie franczyzy: Witchera i Call of Juarez. Można śmiało założyć, że zarówno Techland jak i CDProjekt Red będą je wyciskać jak długo się da. Na zdrowie. Do nowego tytułu potrzebne byłoby nowe wielkie studio, nowy wydawca, nowe pieniądze :) Więc można sobie tylko pomarzyć.

    Odpowiedz
  2. Bioforger

    Zaiste, ciekawe jak wypadnie starcie transhumanizm vs setki milionów lat ewolucji kręgowców. Czy człowiek wchodząc na taki czy inny „wyższy poziom” nie wyzeruje celów w realu do tak pierwotnych, że nagle odejście od transhumanizmu nie stanie się celem tak prostym i przyjemnym, że aż powszechnym. Zresztą ten temat – kontrrewolucja przeciw technologicznie napędzanej hiper-cywilizacji – też był klepany w sporej ilości książek s-f, choćby w sadze o Diunie czy u Lema w „Powrocie z gwiazd”. W grach przychodzi do głowy np. bazowana na literaturze Culpa Innata.

    @Jakub. Właśnie nieco zniechęciłeś mnie do przeczytania „Innych pieśni” ;). Tam to tak działa jak w cRPG? O, nie. I jeszcze adaptować za grube pieniądze? Nie dosyć tego mamy? Ja tam dopraszam się albmrcRPG. A Little Bit More Realistic cRPG.

    PS. Czy nie warto zastanowić się nad pokategoryzowaniem wpisów na Jawnych Snach? Z prawej widać nieużywaną zakładkę „kategorie”, wpisów pojawia się sporo i dotarcie do np. bardzo wartościowych tekstów o roli teatru w grach już teraz jest utrudnione. Szkoda byłoby, aby ktoś będąc tu po raz pierwszy, bez dogłębnego przeszukania nie wiedział, że tego rodzaju wpisy zostały opublikowane.

    Odpowiedz
  3. Jakub Gwóźdź

    @Bioforger – Inne pieśni opisują świat, w którym forma rządzi materią, a ludzie o silnej osobowości narzucają fizyczną postać sobie i swojemu otoczeniu (morfują go). Stąd świetne uzasadnienie dla faktu, że człowiek, który się rozwija wewnętrznie (przechodzi tradycyjną ścieżkę „od zera do bohatera w 24 levele”) automatycznie rozwija się zewnętrznie i fizycznie staje się nadczłowiekiem w stosunku do tego, kim był, gdy zaczynał.

    (A zbytni realizm zabija grywalność, były podobno takie pomysły, ale się nie sprzedały :) )

    Odpowiedz
  4. Paweł Schreiber

    @Bioforger – właśnie staramy się trochę porządkować Jawne Sny, chociaż pewnie zajmie nam to jeszcze trochę czasu. Na razie zrobiliśmy trochę kategorii, do których są przypisane najważniejsze artykuły, a lada chwila uporządkujemy jeszcze tagi, żeby dało się po JS sensowniej nawigować.
    A do „Innych pieśni” serdecznie zachęcam – nie działają zgodnie z mechaniką RPGów, tylko raczej zgodnie z autorską wersją fizyki i metafizyki Arystotelesa. Niby nie jest realistycznie, ale w sumie mało znam sensowniejszych sposobów opisu działania rozchodzenia się ideologii i kultur niż Dukajowe anthosy i kratistosi.

    Odpowiedz
  5. Bioforger

    @ Jakub, Paweł – Pewnie, że co do „Innych Pieśni” raczej żartowałem, i to bardziej z gier cRPG. Słyszałem już wcześniej wiele dobrego na temat tej powieści, jeszcze nie czytałem. Do pewnego stopnia zniechęcił mnie do powrotu do Dukaja „Lód”. Przebrnąłem przed ok. rokiem przez całość: Treść, pomysły genialne, fantastyczna erudycja autora, ale forma pisarska… Nawet ja, podobno grafoman, wyrzuciłbym tak z 1/3 tekstu z tej książki. Bywało, że tylko przelatywałem wzrokiem strony w poszukiwaniu konkretów pośród kosmicznie wybujałych zdań.

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber

      @Bioforger – Styl „Innych pieśni” dużo… szczuplejszy. Ja akurat jestem entuzjastą „Lodu” – pewnie, że przegadany, ale stylizuje się na solidną powieść XIX-wieczną, więc musi być przegadany.

      Odpowiedz
  6. Bioforger

    Ach, już są kategorie – super, dziękuję.

    PS. Czy już wspominałem, że awatar, który tu mi nadano, jest strzałem w dziesiątkę? Podobny z wyglądu i charakterku.

    Odpowiedz
  7. Antares

    Przyznam z lekkim wstydem, że nie licząc przeczytania wiele lat temu kilku opowiadań zawartych w jakichś zbiorkach, z twórczością Dukaja zapoznałem się bliżej dopiero przedwczoraj za sprawą Czarnych Oceanów. Przekonał mnie do niego wpis na blogu mojego kolegi, w którym wspomniał, że książka rozwija i przekształca wizję świata znanego z powieści Williama Gibsona. Jako, że pióro tego pana bardzo sobie cenię, zainteresowałem się oceanami. Zdawałem sobie sprawę, że wielu ludzi bez zażenowania nazywa Jacka Dukaja drugim Lemem, lecz jestem takim dziwnym typem człowieka, który ma lekką awersję do zjawisk kultury bardzo popularnych. Skoro nagle każdy nastolatek uważa się za znawcę literatury, gdyż „czyta tylko poważną fantastykę” (klasycznych tworów nadal nie chcą tykać) stwierdziłem, że wolę się wstrzymać, aż moda przycichnie. A jednak pękłem i po przeczytaniu pierwszego rozdziału Oceanów nie żałuję.

    Odpowiedz
  8. Paweł Schreiber

    „Drugi Lem” to jeszcze troszkę na wyrost, ale to pewnie kwestia czasu. Myślę, że „Lód” jest jedną z kilku najciekawszych polskich powieści ostatnich dwudziestu lat – nie w zakresie sf/fantasy/stempunka etc., tylko w ogóle.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *