Zdarzyło się jutro: Strefa kul

W jutrzejszym „Przekroju” strona o grach. Połowicznie moja. Aż połowicznie, powinienem rzec, w końcu przez dwa tygodnie nie było mnie w pracy. A grałem w tym okresie – bardzo niewiele, bo brakowało czasu i sił – tylko w „Baldur’s Gate”. Po raz pierwszy od premiery notabene. Ach, te sentymenty. Ta inicjacja w heroizm poprzez rzeź biednych szczurów…

Tli się we mnie niepokojące podejrzenie, że recenzja, którą popełniłem, nie będzie po latach wspominana jako jeden z najpiękniejszych kwiatów moich myśli. Ale też i gra taka, jak wiele innych przed nią, trudno było odbić się od niej do pułapu wysokiej orbity. Na wyróżnienie zasłużyła jednak z powodu nowinek technologicznych.

Mimo zachowawczości i potknięć (…) jest jaskółką nowego. Kontrolery (…) wpięte w atrapę (…) karabinka dają złudzenie, że biorąc wroga na cel, mierzymy z prawdziwej broni. Przy wykorzystaniu specjalnych monitorów i okularów migawkowych można też grać (…) w trybie trójwymiaru – ale tego nie polecamy, szkoda oczu.

Druga recenzja, autorstwa kolegi, też dotyczy jakiejś nieustannej masakry. Mnóstwo kul w te dni lata w powietrzu.

Byłbym zdziwiony, gdybyście nie odgadli, o jakie tytuły chodzi. Tradycyjnie łatwizna.

10 odpowiedzi do “Zdarzyło się jutro: Strefa kul

  1. Antares

    Zgaduję, że w przypadku pierwszego tytułu, grałem w wersję beta trybu wieloosobowego. Na podstawie tego co widziałem, mogę również zgadnąć, że ciężkim zadaniem jest wynieść recenzję tej produkcji na intelektualne wyżyny. Jest to niestety tylko kolejna pierwszoosobowa strzelanina, jakich na rynku wiele. Dla mnie, w tej materii króluje niepodzielnie Battlefield: Bad Company 2, który pozytywnie zaskakuje przynajmniej w temacie fizyki, co czyni „zabawę w wojnę” po prostu atrakcyjną. A i DICE spróbowało tknąć bardzo niewygodny temat wojny wietnamskiej, za pomocą DLC, co wyszło im całkiem sprawnie, jak na tak delikatną dla Amerykanów kartę historii.

    Odpowiedz
    1. Simplex

      Antares, grasz aktywnie w multi BC2? Jeśli tak to na jakiej platformie i pod jakim nickiem? :)

      A co do tytułów, to zgaduję, że Killzone 3 i Bulletstorm.

      Odpowiedz
  2. Froz

    @Antares: musiałeś chyba nigdy nie słyszeć o Cannon Fodder czy o niedawnej zapowiedzi Magicka Vietnam:
    http://www.youtube.com/watch?v=cCFtiO5j97M

    Pomijam już masę filmów, książek i piosenek. Twierdzenie, że Amerykanie mają problemy z „tematem wojny wietnamskiej” wydaje mi się bardzo naciągane, żeby nie powiedzieć po prostu nieprawdziwe.

    Odpowiedz
    1. Antares

      Nie wiem skąd taki ofensywny komentarz ;) Tak się składa, że o „Cannon Fodder” słyszałem, bo to klasyka gier wideo, do spółki z „Sensible Soccer”. Nie rozumiem jednak jakim cudem, gra ma mieć coś wspólnego z wojną wietnamską. Kontrowersje wzbudzało jedynie wykorzystanie odznaczenia brytyjskich weteranów Pierwszej Wojny Światowej, które pojawiało się na pudełku, a później tylko w logo gry. O „Magicka Vietnam” również słyszałem i nie nazwałbym tego „zgrabnym ujęciem tematu”.

      Wojna w Wietnamie była pomyłką Amerykanów i choć z czasem nauczyli się do tego przyznawać, w kulturze nadal podejmują go w dziwny sposób. Owszem, powstało wiele filmów i piosenek, ale bardzo nieliczne z nich próbowały przekazać coś więcej niż frazesy w stylu „zapach napalmu o poranku”. Nawet słynny „Czas Apokalipsy” jest tak naprawdę odniesioną do wietnamskich realiów adaptacją książki „Jądro Ciemności”, a nie filmem sensu stricte poświęconym temu konfliktowi. Podobnie sprawa wygląda w grach wideo – tematyka Wietnamu pojawia się tu i ówdzie, ale poza pojedynczymi tytułami nie jest podejmowana wprost. Wystarczy porównać ilość trójwymiarowych strzelanin dziejących się w czasach Drugiej Wojny Światowej. DICE ugryzło ten ciężkostrawny temat bardzo inteligentnie – obecnie znakomita większość FPSów przepełniona jest proamerykańskim patosem, więc zamiast kombinować jak stworzyć kampanię dla pojedynczego gracza prezentującą wycinek konfliktu, który w ogóle nie powinien mieć miejsca, zrobili tylko „skórkę” do trybu wieloosobowego. Mamy realistycznie wyglądające i zachowujące się uzbrojenie, ścieżkę dźwiękową zawierającą rockowe przeboje lat sześćdziesiątych, fragmenty oryginalnych nagrań dźwiękowych z kronik filmowych itd. Z drugiej strony, nie pojawia się nigdzie ani jedno słowo wyjaśnienia „po co”. Po skończonym meczu, strony zamieniają się, niczym w dziecięcej zabawie w policjantów i złodziei. Amerykanie grają Vietcongiem, a Vietcong wciela się w Amerykanów. To właśnie nazywam zgrabnym ujęciem niewygodnego tematu.

      Odpowiedz
      1. Froz

        Ofensywny? No dobrze, może rzeczywiście można to tak odebrać. Nie o to mi chodziło, przepraszam. Po prostu nie zgadzam się z Twoim twierdzeniem, a temat wydał mi się interesujący.

        Dlaczego Cannon Fodder? Spora część gry dzieje się w dżungli, przez co zawsze kojarzyła mi się z wojną w Wietnamie.
        Dodatkowo jest to gra mocno antywojenna, przez co tym bardziej odnoszę wrażenie, że mówi (także) o tamtej wojnie.

        Hmm, frazesy o „zapachu napalmu o poranku”? Musieliśmy oglądać inne filmy, tam to ma przecież zupełnie nie „frazesowe” znaczenie.

        Nie chcę tutaj udawać eksperta od kultury amerykańskiej, ale na wikipedii jest całkiem pokaźna lista filmów poruszających tematykę wojny wietnamskiej:

        http://en.wikipedia.org/wiki/Vietnam_War_in_film

        Gier też było sporo:

        http://en.wikipedia.org/wiki/Vietnam_War_in_games

        Nie grałem w BC2: Vietnam, ale po Twoim opisie mam wrażenie, że tam temat nie został zgrabnie ujęty, tylko po prostu pominięty.

        Ciekawy artykuł na ten temat napisał kiedyś bioforger:
        http://antygry.blox.pl/2008/09/Wstydliwe-tematy-wojna-w-Wietnamie.html

        Co prawda gry nie są tam chwalone, a ganione, ale chyba właśnie za podejście takie, jakie prezentuje BC2: Vietnam.

        Odpowiedz
        1. Antares

          Zdaje się, że najzwyczajniej w świecie doszło do nieporozumienia :) Oczywiście, nie uważam, że w BFBC2:Vietnam ujęto ten temat tak jak należy. Moim skromnym zdaniem, właśnie pominięcie wątku dla pojedynczego gracza, jest najlepszym rozwiązaniem w przypadku gry traktującej o tej wojnie. Nie oszukujmy się; produkcja, w której pokazano by choćby namiastkę koszmaru, jaki przechodzili żołnierze uczestniczący w tamtym konflikcie nie mogłaby się dobrze sprzedać. W modzie, są fikcyjne wirtualne wojenki z wyimaginowanym rosyjsko-arabskim terrorystą, które młodym Amerykanom najzwyczajniej w świecie imponują. Ameryka znów może być żandarmem świata, tym razem wirtualnego, bo wojna w Iraku nieco nadszarpnęła jej międzynarodowy wizerunek. Toteż z punktu widzenia tego, czy gra w ogóle spotkałaby się z pozytywnym przyjęciem na zachodzie uważam, że DICE postąpiło bardzo sprytnie. Sam jestem zwolennikiem gier niezależnych i ambitnych, ale branża elektronicznej rozrywki ma to do siebie, że znani twórcy muszą ostro lawirować pomiędzy przekazem, a dobrą sprzedażą. Toteż chyba lepiej, że w „Vietnamie” nie jest powiedziane, kto jest tym dobrym, a kto złym i dlaczego w ogóle toczy się wojna o ten kawałek wietnamskiej ziemi, niż gdyby ktoś wpadł na „wspaniały” pomysł moralizowania, lub na odwrót, przekręcenia historii i ukazania bohaterskich amerykańskich żołnierzy, którzy mordują radośnie złych komunistów zagrażających bezpieczeństwu USA.

          Z tymi frazesami faktycznie trochę popłynąłem, ale chodziło mi o to, że najpopularniejsze filmy pokroju „Good Morning Vietnam”, których przekaz antywojenny był jasny, nie są dostatecznie szokujące. Faktycznie, jest jeszcze „Full Metal Jacket”, aczkolwiek tą produkcję podciągnąłbym bardziej pod studium problemu dehumanizacji żołnierzy, niż rozprawienie się z politycznymi aspektami wojny Wietnamskiej. A jak wiadomo, chodziło w tym przypadku jedynie o wydłużenie ideologicznego penisa stron zaangażowanych w Zimną Wojnę.

          Odpowiedz
          1. Froz

            Ok, rozumiem. Chociaż ciągle liczę na to, że jednak kiedyś pojawi się nieco bardziej ambitna produkcja, czy to na temat Wietnamu czy wojny w ogóle. I nie wydaje mi się, że taka gra nie mogłaby trafić do „mas” – przecież Cannon Fodder trafiło. Oni to naprawdę świetnie zrobili – gra sama w sobie była prostą rozrywką, ale doskonale przemycała pacyfistyczny przekaz, już nawet samym tytułem :). Teraz wyobraźmy sobie taką grę FPS, gdzie gramy żołnierzem, który ma swoje imię, ma rangę, a po śmierci naprawdę ginie i dostajemy kolejnego rekruta i nagrobek przy centrum rekrutacyjnym.
            Przecież to jest tak samo możliwe do zrobienia teraz, jak było wtedy. I jestem pewien, że trafiłoby do naprawdę wielu osób, a pozostali graliby w to jak w zwykłą strzelankę.

        2. jar3k

          Nie wiem dlaczego nie mogę Ci odpowiedzieć w drugim poście, ale chodzi mi o Cannon Foder i fragment „Teraz wyobraźmy sobie taką grę FPS, gdzie gramy żołnierzem, który ma swoje imię, ma rangę, a po śmierci naprawdę ginie i dostajemy kolejnego rekruta i nagrobek przy centrum rekrutacyjnym”. Nie pamiętam w jakim tytule, ale gdzieś podobny mechanizm był zastosowany. Czy nie było tak czasem w „starych” Rainbow Sixach? Oczywiście bez nagrobków.

          PS. Wy też mieliście taką jazdę, żeby niektórych członków zostawiać ukrytych gdzieś na początku mapy, żeby mogli awansować jak najwyżej? Mi było najzwyczajniej przykro jak któryś z moich wojaków ginął ;). Banalny mechanizm zwiększenia rangi nad głową naszego wojaka, po zakończeniu każdej misji, a pozwalał zżyć się lepiej z tymi paroma pikselami, niż z niejedną postacią ze współczesnych produkcji.

          PSS. a pamiętacie tą niezapomnianą melodię – http://www.youtube.com/watch?v=PiYuq6Ac3a0 :)

          Odpowiedz
          1. Antares

            Podobny mechanizm był chyba w „Hidden And Dangerous” – śmierć żołnierza oznaczała pożegnanie do końca kampanii. Ba, było coś takiego nawet w stareńkim „The Syndicate”. Zgodzę się z kwestią zapotrzebowania na FPSy bardziej działające na wyobraźnię. Dla mnie jedynym takim przypadkiem była pierwsza część „Call of Duty” (sic!) i scena obrony Stalingradu. Inna sprawa, że została ona żywcem wyjęta z „Wroga u Bram”, który to film pokazywał bezwzględność NKWD bez zbytniego ugrzecznienia. Obawiam się jednak, że współczesne gry zataczają koło i stają się proste i rozrywkowe, jak pierwsze ośmiobitowe produkcje. Cała nadzieja pozostaje w programistach amatorach oraz takich nazwiskach jak David Cage. Aczkolwiek ten pan raczej lubuje się w thrillerach i wątpię, by chciał popełnić FPSa z ukrytym przekazem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *