Tak jak w kinie: Apokalipsa teraz

W scenariuszu „Wściekłych psów” Quentina Tarantino pamiętna sekwencja otwierająca film spuentowana została stroną tytułową   z napisem:

I KONIEC KOŃCÓW ZGINĄ WSZYSCY PRÓCZ JEDNEGO

Introdukcja „Melancholii” Larsa von Triera – w przeciwieństwie do tekstu twórcy „Pulp Fiction” – nie pozostawia żadnej nadziei. „Nikt z nas nie ocaleje”,  by zacytować bohatera „Aniołów w Ameryce”. Malarski, ale i nieco manieryczny początek filmu w „maksymalnie zwolnionym” tempie (doskonałe!) przedstawia „piękny koniec świata” pod postacią zbliżającej się do Ziemi planety: Melancholii. Rzecz mogłaby stanowić intro jakiejś awangardowej gry wideo (#czygrysasztuka?). Zresztą, za efekty specjalne   w „Melancholii” odpowiedzialna jest polska firma Platige Image (należy ją kojarzyć z intro/outro wiadomo-jakiej-gry).

To będzie piękny koniec świata

Justine
Graczem jest Justine (rewelacyjna Kirsten Dunst, Złota Palma za tę kreację) – przynajmniej w „weselnej” części filmu, kiedy jako panna młoda usiłuje wejść w „normalne” życie, odgrywając przewidzianą dla niej rolę. Podobnie jak w „Festen” Thomasa Vinterberga, uroczystość ujawnia skrywane rodzinne tajemnice, a tyrania normalności jest jedynie katalizatorem melancholii Justine. Bohaterka pogrąża się w katatonii, niejako wyczekując poruszającej się 100 tys. km/h Melancholii. Podana prędkość wraz z ogólnym zarysem fabuły stanowi dalekie echo science fiction. To zastanawiający kontekst. Justine mówi: „Życie na Ziemi jest złe” i powtarza tym samym znaną argumentację. Andrzej Kołodyński pisał w 1999 r. (o roku ów!): „Pozaziemscy przeciwnicy w »Matriksie« traktują ludzkość jako zarazę, która wyniszcza swoje środowisko i usiłuje przenieść się dalej. Chorobie trzeba więc położyć kres, to okrutne, ale logiczne. Podobny argument odnaleźć można w prologu »Terminatora«, powtarza się też w »Wirusie« i paru innych filmach. Coś to chyba znaczy”. Wypowiedź Justine najprościej wytłumaczyć pogłębiającą się chorobą,   ale należy pamiętać, że u bohaterów von Triera każde zachowanie oznacza coś więcej   i rządzi się specyficzną wewnętrzną logiką. W „Przełamując fale” główna bohaterka im bardziej pogrążała się w grzechu, tym bardziej stawała się świętą. W przejmującym finale „Melancholii” Justine zyskuje spokój w przeciwieństwie do pogłębiającego się strachu otaczających ją bliskich. To właśnie Justine mówi do chłopca: „Nie bój się”. Skąd ta zmiana?

Sunaura Taylor i Judith Butler

Walk on a wild side
W znakomitym dokumencie „Examined Life” Astry Taylor pokazano m.in. spacer filozofki Judith Butler z artystką Sunaurą Taylor. Obie zastanawiają się czym jest ten spacer – i nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Taylor cierpi na artrogrypozę (wrodzony przykurcz stawów). Rozmowa jest fascynująca: rozmówczynie idąc (Taylor, co sama zauważa, także używa tego słowa, choć porusza się na wózku), nieoczekiwanie zbliżają się do tego, co stanowi (?) granicę człowieczeństwa, a sam spacer okazuje się czynnością wręcz wywrotową (może zbyt szybko przeWIInęliśmy symulator spaceru „Walk It Out!”?). To zresztą nie dziwi, skoro Jean Baurdillard w „Symulakrach    i symulacji” pisze o „rewolucyjnej mikrologii codzienności”, a sprzeciwem wobec hegemonii systemu może być według niego również… przeprowadzanie apologii kuchni (nieco wcześniej zaś wspomina, iż „melancholia jest owym gwałtownym zanikiem uczuć, stanowiącym właściwość systemów, które osiągnęły stan nasycenia”). Sunaura Taylor   w pewnym momencie zauważa, że większość ludzi unika niepełnosprawnych,   bo przypominają nam, że nasze ciała kiedyś się zestarzeją (stracą swą funkcjonalność),    no i że w końcu wszyscy umrzemy. W tym sensie niepełnosprawni zapowiadają to,    co nieuniknione. Podobnie jest w „Melancholii” i z melancholią. Justine najpierw funkcjonuje jako obcy/inny, aby w chwili zetknięcia z katastrofą odzyskać nienaturalny (znowu!) spokój i nieść pomoc najbliższym. Może tak jest, albo ja – jeżeli wiecie o czym mówię – wciąż jeszcze nie wyszedłem z kina. Roland Barthes porównuje seans filmowy z seansem hipnozy, wymieniając jej warunki: pustkę i bezczynność, a to przecież także stan bliski melancholii.

Three Mile Island

Więcej światła
Z kina jednak się wyczołgałem. Następnego dnia, wychodząc z pracy (skrajne przeciwieństwo bezczynności, nie jestem tylko pewien co z pustką…), miałem okazję zobaczyć nienaturalne światło. To było coś więcej niż zachód słońca: wyglądało tak, jakby ktoś założył bardzo mocny filtr lub włączył reflektor. – Jak w „Melancholii” – usłyszałem w słuchawce telefonu (żeby nie było, że tracę kontakt z rzeczywistością). W przywoływanych „Symulakrach i symulacjach” Baudrillard opisuje reakcję łańcuchową „Chińskiego syndromu” Jamesa Bridgesa i awarię elektrowni atomowej Three Mile Island, która nastąpiła kilkanaście dni po premierze filmu. Francuski socjolog kultury komentuje te wydarzenia: „wyindukowaniu awarii systemu nuklearnego przez telewizję w tym filmie   w sposób niepokojąco oczywisty odpowiada wyindukowanie przez sam film awarii elektrowni atomowej w Harrisbourgu”. Analogicznie można stwierdzić, że tak niezwykły OBRAZ jak „Melancholia” – „na zasadzie przenoszenia jakiejś zakaźnej choroby i poprzez stosunek milczącej analogii” – nie mógł pozostać bez wpływu na rzeczywistość.   Tak jak w kinie: THE END. „Aktorzy wychodzą przed końcem seansu”*.

 

*Grzegorz Olszański, „Niedokończony utwór na pianolę”.

2 odpowiedzi do “Tak jak w kinie: Apokalipsa teraz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *