Twórca i Niszczyciel światów

Była sobie kiedyś firma z najpiękniejszym mottem, jakie może mieć producent gier komputerowych: „We Create Worlds”. Stwarzamy światy. Nazywała się Origin System i rzeczywiście stwarzała światy, o których wielu pamięta do dziś – choćby Sosarię i Britannię z serii „Ultima”, kosmiczne szlaki i bezdroża serii „Wing Commander”. Potem z pewnych przyczyn umarła. Ale historia kołem się toczy i drgnąłem, kiedy zobaczyłem nazwę i logo nowej platformy dla graczy stworzonej przez EA (czyli nowego wcielenia EA Store). Nazywa się Origin. Okazuje się, że historia toczy się kołem bardzo złośliwie.

 

Diabeł tkwi w szczególe – to znaczy tym, co doprowadziło do zgonu firmy Origin. Powstała w roku 1983, z inicjatywy Richarda Garriotta, znanego później jako Lord British. Garriott tworzył chałupniczymi metodami serię „Ultima” (najpierw wydawaną przez firmę Sierra-On-Line), która rewolucjonizowała komputerowe RPG. Firma „Origin” miała pozwolić mu naprawdę rozwinąć skrzydła – i tak właśnie się stało. Ale nic, co dobre, nie trwa wiecznie, i w roku 1992 historia zaczęła się robić trochę ponura – na „Origin” zaczęła łakomić się dużo większa firma, czyli Electronic Arts.

Co na to Garriott i jego ludzie? Nie zdołali się uchować przed wykupieniem przez kolosa, ale echa tego wydarzenia umieścili w swojej najdoskonalszej grze, czyli „Ultima VII: The Black Gate”. „Tworzymy światy” – i rety, jaki tam był świat! Żaden wcześniejszy obecny w grach światek nie mógł się z nim równać (i, prawdę mówiąc, niewiele późniejszych). Ogromny kontynent i otaczające go wysepki. Na wysepkach domy. W domach stoły i biurka. W biurkach szuflady. W szufladach sztućce, kałamarze, pióra i pogniecione papierki. Można tam było zatrudnić się u piekarza, włazić po nocy NPCom do domu i budzić ich głośnym tupaniem, śledzić wymykającego się przed północą na schadzkę z kochanką burmistrza. Świat żył swoim życiem – nie na pół gwizdka, jak dzisiaj bywa, ale naprawdę. Postaci spały, jadły i pracowały. Pamiętam, jak się zakradłem do królewskiej kuchni, żeby popatrzeć, jak kucharz piecze chleb. Britannii broniło się w kolejnych „Ultimach” od lat, ale pierwszy raz można było z tak bliska i tak szczegółowo przyjrzeć się ludziom, których się ratowało. Wiedziałem, dla kogo walczę.

"Ultima 7". Lord British i bohaterowie przy kolacji. Służąca zaraz przyniesie potrawy z kuchni. A w sąsiednim pokoju ktoś nie pościelił łóźka.

 

Ale kluczowe w naszej historii jest to, z kim walczyłem. Nad Britannią zawisło zupełnie nowe niebezpieczeństwo – dziwaczna, potężna istota nazywana po prostu Strażnikiem (Guardian). Guardian działał w „Ultimie” inaczej niż poprzedni wrogowie Avatara – zamiast dręczyć mieszkańców Britannii, objawiał im się za pośrednictwem zdobywającej coraz większą popularność nowej religii. Nie jako pan zniszczenia, tylko jako głos mogący natchnąć do cnotliwszego i lepszego życia, zgodnie z nową, lepszą moralnością. Dobrotliwy opiekun, który przemawiał też w głowie samego Avatara. Na przykład życząc mu czule dobrej nocy, kiedy się kładł spać.

Sposób działania Guardiana to przejmowanie kolejnych światów, a potem ich niszczenie. Jego obecność w Britannii zaczyna się od pojawienia się tam trzech generatorów zakłócających działanie magii. Jeden ma kształt sześcianu, drugi kuli, a trzeci czworościanu. Wszystkim, którzy znają stare logo Electronic Arts, nie trzeba dużo więcej podpowiadać.

A pierwsi przedstawiciele Guardiana, których spotyka Avatar, nazywają się Elizabeth i Abraham. E i A.

Historia serii „Ultima” pod skrzydłami EA nie jest najlepsza – po ciekawej drugiej części U7, „Serpent Isle”, pojawiła się uproszczona, nudna, zręcznościowa (i będąca potem inspiracją dla „Diablo”) „Ultima VIII: Pagan”, a ostatnia część, która miała odbudować reputację serii, czyli „Ultima IX: Ascension”, imponowała rozmachem, ale przerażała niedopracowaniem. I prawie nie chodziła na ówczesnym sprzęcie. Garriott był wściekły – reputacja świata Britannii padła ofiarą, jeśli dobrze pamiętam, tego, że gra musiała wyjść przed świętami. Pozostaje pomarzyć, jaka to mogła być gra, gdyby tworząca ją powoli latami ekipa Origin nie czuła na plecach oddechu księgowych.

"Ultima IX". Avatar po raz ostatni idzie porozmawiać z Cyganką-wróżbitką.

Kiedy EA zamykało swój pododdział o nazwie Origin (tworzący i rozwijający pierwszego wielkiego MMORPGa, „Ultimę Online”, ostatni powiew świetności Britannii), pracownicy firmy rozpalili wielkie ognisko i założyli koszulki z napisem „We Created Worlds” – „Stwarzaliśmy światy”. Można powiedzieć, że Guardianowi się udało. Pod hasłami lepszego jutra owładnął krainą Lorda Britisha, wypędził go z jego królestwa (najpierw do koreańskiego NCSoftu, a potem z branży gier w ogóle). Pożarł i zniszczył świat singlowej Ultimy, pozostawiając tylko „Ultimę Online”, bo przynosiła większe dochody.

Dlatego dzisiaj, kiedy widzę zmianę nazwy EA Store na Origin, z logiem wyraźnie przypominającym to dawniejsze, sam nie wiem, co mam myśleć.

W zakończeniu „Ultimy IX” okazuje się, że Avatar i Guardian to jedno i to samo – Guardian to po prostu emanacja wszystkiego, co w Avatarze było złe, zanim się przekształcił w uosobienie cnót. W ostatniej scenie gry Avatar i Guardian łączą się w kolorowy wir i wystrzeliwują w niebo. Podobno już nie wrócą.

17 odpowiedzi do “Twórca i Niszczyciel światów

  1. Borys

    Świetny tekst, dzięki. „Ultimy” nie znam, zawsze myślałem, że to albo dwa piksele na krzyż, albo widok „z oczu” a’la EOTB. Nie miałem pojęcia, że „siódemka” wygląda jak rasowy jRPG. :)

    Ale to pozwolę sobie podpytać: W które inne części „Ultimy” da się grać dzisiaj?

    Odpowiedz
  2. Paweł Schreiber Autor tekstu

    @tutti – Dzięki!
    @Borys – daje się grać na pewno w „siódemkę” (składającą się z dwóch części – The Black Gate i Serpent Isle), zwłaszcza za pomocą silnika Exult (http://exult.sourceforge.net/), który pozwala na odpalanie gry pod windowsami i Linuksem, zmianę rozdzielczości itp., a do tego mocno poprawia interfejs.
    Z Ultimą 6 jest już dużo ciężej, bo grafika mocno nie ta (coś jak pierwsze FFantasy na NESa, powiedzmy) i mechanizmy rozgrywki archaiczne, ale potrafi być z niej b. dobra gra, a szczególnie warta uwagi jest dziwna gierka „Worlds of Ultima: Martian Dreams” – steampunkowa wyprawa na Marsa.
    Można też zobaczyć U9 – to dziś już żadna rewelacja (już pierwszy Gothic ją MOCNO przebija), ale opowiada ciekawą historię.
    Jeśli chodzi o Ultimę 5 i 6 to na szczęście są świetne remake’i na silniku Dungeon Siege – U5 Lazarus (http://www.u5lazarus.com/) i The Ultima 6 Project (http://www.u6project.com/). Świetne gry – bo też rozbudowują w stosunku do oryginałów dialogi i idą w kierunku doskonałości U7.
    Poza tym bardzo polecam wydane ostatnio na GOGu „Ultimy Underworld” – chyba pierwsze na wskroś współczesne RPGi w 3d. Sterowanie i oprawa to dziś trochę droga przez mękę, ale cała reszta – nieliniowość, szczegółowość świata i wpływanie na jego kształt, świetna fabuła i dialogi, różne walczące ze sobą frakcje, swoboda działania – na poziomie najlepszych i dzisiaj. Z tych gier narodził się później System Shock, a z niego wszelkie Deus Eksy i temu podobne.
    W związku z tym, że GOG.com zawarł ostatnio pakt z Guardianem/EA, można się na nim może spodziewać i reszty Ultim.

    Odpowiedz
    1. Borys

      @Paweł:
      Stokrotne dzięki za wyczerpującą odpowiedź! „Grafika na poziomie pierwszych FF” bynajmniej mi nie przeszkadza. We wczesne FF grało się bardzo, ale to bardzo dobrze (wyjątkiem była „dwójka” ze swoją dziwną mechaniką). Dużo większym problemem jest dla mnie raczej czytelność grafiki, no i interfejs; wiele starych gier pod tym ostatnim względem jest zupełnie niezjadliwych. Do „Ultimy Underworld” chyba się nie przekonam, bo wzmiankowany EOTB nigdy nie przypadł mi do gustu. Third-person view zawsze górą. :)

      Odpowiedz
      1. Paweł Schreiber Autor tekstu

        @Borys – a ja i tak „Ultimy Underworld” polecam… EOTB i inne Lands of Lore czy Ishary nie są zbyt dobrym punktem odniesienia, bo w „UU” można się swobodnie poruszać w pełnym teksturowanym 3D (oczywiście ze sprite’ami w miejsce postaci), można pogadać z dużą częścią tego, co się spotyka na drodze, a szczegółowość świata bije te stare RPGi na głowę. Najpodobniejszą do UU nowszą grą jest… Arx Fatalis (bo też jej twórcy naśladowali UU).

        Odpowiedz
        1. Borys

          @Paweł:
          „bo w „UU” można się swobodnie poruszać w pełnym teksturowanym 3D”

          Nie miałem pojęcia… Niech Ci Lara w dzieciach wynagrodzi! :)

          Odpowiedz
    2. Marcin S

      Kiedy pierwszy raz grałem w Ultimy, też nie wiedziałem o tych konotacjach z EA.

      U5:Lazarus to (jak na niekomercyjny projekt) miodzio (sam soundtrack chociażby), natomiast U6:Archon to już dla koneserów – zbyt wiele czasu zajmuje zwykłe przemieszczanie się z punktu A do punktu B, by nie rozważyć zamiast tego starego dobrego U6.

      A jak już zabraknie Ultim to można jeszcze się pośmiać przy grze-parodii: Ultima IV Part 2: „Dude, Where’s My Avatar?”

      Odpowiedz
  3. Paweł Schreiber Autor tekstu

    @Otacon – O ile dobrze pamiętam, po instalacji Exulta się konfiguruje, pokazując mu, gdzie na dysku są oryginalne pliki U7. Potem wystarczy go włączyć i wybrać odpowiednią część – Black Gate albo Serpent Isle.

    Odpowiedz
  4. Cezar Matkowski

    Bardzo trafne porówanie, zwłaszcza w świetle tego, jak przedstawia się osiem Cnót Strażnika, co wykłada nam jeden z mieszkańców Killorn Keep w grze „Ultima Underworld 2”. Strażnik preferuje m.in. punktualność, posłuszeństwo i skuteczność podczas gdy Avatar jest wcieleniem odwagi, pokory i poświęcenia. Czy zatem możena powiedzieć, że konflikt pomiędzy Avatarem a Strażnikiem da się przelożyc na różnice pomiędzy dużymi producentami a niewielkimi, „niezależnymi” twórcmi gier? Wiem, że mówimy, o czasach, których nie pamiętają współcześni studenci pierwszych lat i paralela wydaje się przesadzona, ale moim zdaniem coś w tym jest, choćby proste odwołanie do kuturowej psychomachii pomiędzy kulturowym porządkiem a artystycznym ordo ex chao.

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @Cezar – Coś w tym jest, bo Origin chyba w tym czasie cały czas jeszcze postrzegał siebie jako coś, co wyrosło z Garriottowego pisania gier w przy własnym komputerku i wydawania ich z nakulfonionymi ręcznie obrazkami na okładce taśmy. Powiązanie z EA chyba przyćmiło trochę to, że kult Guardiana jest ewidentnie satyrą na scjentologów…

      Odpowiedz
  5. Daniel

    Rowniez gratuluje notki i zycze duzo weny w pisaniu kolejnych. Ostatnimi czasy dorwalem soundtack z lazarusa i jestem pod ogromnym wrazeniem. Grac jeszcze nie gralem ale wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazuja ze to zrobie.

    Odpowiedz
  6. Micz

    Fajny tekst, jedyne co się w nim nie zgadza, to chronologia. Origin miał dystrybucyjne konszachty z EA już w latach 80. i owa nienawiść wyrażana w U6, a także poprzez wspomniane przez ciebie aluzje do logo EA w U7 _poprzedzały_ zakup Originu. Garriott był wypłukany z kasy po czterech latach produkcji Strike Commandera i to on wyciągał rękę do EA (po tym jak znienawidzony przez niego Trip Hawkins zluzował fotel prezesa, przechodząc do 3DO), a nie EA zaczęło się „łakomić” na Origin. Po zakupie firmy, bodaj latem 1992 r. aluzje do EA zniknęły z Ultimy. Garriott próbował dojść do ładu z execami EA, ale po kilku latach upokorzeń dał sobie spokój.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *