Obrona krytyctwa

Dyskusja pod tekstem o  „Wybuchających beczkach”, jak można było przewidzieć, zaczęła się rozwijać bardzo ciekawie. Od oceniania (dość trudnego) książki przeszliśmy do zastanawiania się nad tym, jaki sens w ogóle ma pisanie o grach w sposób trochę bardziej teoretyczny – jaki sens ma proponowana przez Gonciarza kategoria „krytyka”. Długo i bardzo ciekawie na ten temat – zupełnie się z Gonciarzem i ze mną nie zgadzając – pisał/a pi. Ciekawie na tyle, że nasza dyskusja zasługuje chyba na oddzielny wpis. Pozwolę sobie dalej pobronić krytyka – licząc na to, że zostanę za to skrytykowany (chociaż do opinii pi się bardzo mocno przychylam i chyba się w gruncie rzeczy zgadzamy).

Moją główną linią obrony krytyctwa było to, że silnie wpływa na gałęzie kultury, których dotyczy. Dzięki dyskusjom krytycznoliterackim, pisałem, mamy romantyzm i mamy literacki postmodernizm. W odpowiedzi pi – słusznie – zwraca uwagę, że to niezbyt dobre przykłady, bo te dyskusje prowadzili przeważnie nie zawodowi literaturoznawcy publikujący rozprawy, i nie recenzenci piszący do pism o nakładzie kilkunastu egzemplarzy, tylko sami twórcy. Morał – jeśli jakieś teoretyzowanie ma wartość, to takie, które uprawiają sami twórcy. Nie ma nic gorszego niż teoria oderwana od praktyki.

Zgadzam się z pi. Ale żeby teoria miała związek z praktyką, nie musi wcale być pisana przez twórcę. Bywało w historii kultury mnóstwo teoretyków, którzy mieli ogromny i cenny wpływ na praktykę, i praktyka powinna im do dziś bić pokłony. Przykłady, z bardzo różnych beczek i różnych kalibrów  – Arystoteles (bez komentarza); Kenneth Tynan (facet, który zaczął od krytyki teatralnej, a potem, jak dyrektor londyńskiego National Theatre, własnoręcznie odmienił twarz całego teatru brytyjskiego); Karol Irzykowski (owszem, też pisarz, ale o wiele ważniejszy jako krytyk, i  gdyby nie pisał, jego krytyka wiele by na tym nie straciła).

Kenneth Tynan. Teoretyk? Praktyk? Bóg-wi-co?

Nie jestem profesjonalnym krytykiem gier, tylko człowiekiem, który się trochę nagrał i do dziś nie do końca wie, jak o grach pisać, więc odwołam się do innego poletka, w którym się bardziej rozeznaję, czyli teatru. We względnie młodym polskim teatrze dialog między teorią a praktyką jest fajny, dynamiczny i sensowny. Reżyserzy intensywnie czytają teatrologów i realizują to, o czym tamci piszą. Najbardziej szalone pomysły praktyczne takich ludzi jak Wiktor Rubin (bawiący się interaktywnością i zacieraniem granicy między widzem a aktorem) są bardzo mocno ugruntowane właśnie w czytaniu. Jego spektakl „Orgia”, praktyczny jak mało co dziś w polskim teatrze (aktorzy bardo bezpośrednio zaczepiają widzów), wynika bardzo bezpośrednio z lektury „Estetyki performatywności” Eriki Fischer-Lichte, którą Rubin konsekwentnie wciela w życie. Krytycy są się w stanie bardzo rzeczowo dogadywać z aktorami, reżyserami i scenografami, i dużo tych rozmów wynika. Najlepiej to działa, kiedy nie ma podziału my/oni.

Dorota Androsz w "Orgii" (reż. Wiktor Rubin). Czysta praktyka - na podstawie czystej teorii.

Czemu takie rozmowy mają sens? Bo wysiłku wymaga nie tylko tworzenie, ale też odbiór. Piękną nowością w XX-wiecznym myśleniu o sztuce jest to, że odbiorca jest w zasadzie współtwórcą. W przypadku gier to podwójnie widoczne. Odbioru też się czasem trzeba uczyć. Wykładam na uniwersytecie literaturę, więc wiem, na bardzo praktycznym poziomie, jak trudno jest sensownie nauczyć odbioru. Problemem literaturoznawstwa (nawet na poziomie szkolnym) jest to, że uczymy się ględzić o tekstach, a nie uczymy się ich czytać. A kiedy je czytamy, to dla zasady, a nie po to, żeby stały się ważną częścią naszego życia. Twórca pracuje nad tworzeniem, a świadomy czytelnik pracuje nad odbiorem. Obie strony muszą się ze sobą dogadać. Społeczność składająca się z samych twórców to okropność, tak samo, jak społeczność samych odbiorców bez kontaktu z twórcami.

Często twórca nie jest dla mnie żadnym autorytetem w kwestii odbioru, bo ma już na tyle ugruntowany status, że może się odbiorem nie przejmować, albo na tyle dużo uwielbienia dla siebie, że nie widzi, że stracił kontakt z publicznością. Że rynek to weryfikuje? Wcale nie zawsze. Bardzo często łykamy z zadowoleniem gniota, bo nikt nie ma śmiałości przyznać, że to gniot. Przykładów mnóstwo, od „Naszej klasy” Słobodzianka po twórczość Darrena Aronofsky’ego. Dlatego zachowajmy jednak ten podział na artystę – speca od tworzenia, i krytyka – speca od odbioru.

Mało jest rzeczy gorszych niż twórca, który próbuje teoretyzować. Niestety, twórcy często mają wobec teoretyków kompleks, więc postanawiają po swojemu – z poparciem własnej praktyki – poględzić. Wtedy bywa śmieszno, a bywa też straszno.

Pi pisze, że krytyka growa nie ma zbyt wielkiego wpływu na growy rynek – tu muszę się nie zgodzić, przywołując jeden widowiskowy przykład: „Minecraft”. Skąd jego sukces, bez reklam, bez wydawcy z wielką kasą, bez machiny dystrybucyjnej i bez recenzji w mainstreamowej prasie? A stąd, że znalazło się kilku sensownych krytyków gier, którzy się na tę grę natknęli i postanowili ją nagłośnić. Potem internetowa poczta pantoflowa, memy, itp. Ale u źródeł tego siedzi krytyk, który potrafi zauważyć, co tam jest ciekawe, i odpowiednio to wylansować. To nie kwestia rynkowego zapotrzebowania na tego rodzaju dziełko, bo przecież w b. podobnego „Infiniminera” prawie nikt nie gra. To kwestia zauważenia i wypromowania, nie przez marketingową maszynę, ale przez ludzi, którzy się znają na grach. Krytyków, blogerów, zwykłych graczy.

No kto by w takie brzydactwo bez celu zagrał?

„Minecraft” to też dość dobry przykład łączenia odbioru z tworzeniem, które jest bardzo specyficzną cechą gier – żeby tam się dobrze bawić, muszę być aktywny, sam sobie wyznaczać cele i budować dynamikę rozgrywki. Odbiorca sam sobie tworzy grę. To moim zdaniem cecha wszystkich gier, ale w „Minecrafcie” jest szczególnie obecna.

Bardzo podoba mi się zawarty w „Beczkach” postulat zbliżenia do siebie twórców i odbiorców. Żeby się nawzajem rozumieli. To jest chyba ideał krytyki, o którym pisze pi. Oczywiście, „Beczki” nie realizują tego ideału tak dobrze, jak na początku zapowiadają. Jest w nich niedobór praktyki i nadmiar mówienia o sprawach ogólnych. Ale postulat jest bardzo ważny i sensowny. Powinien obowiązywać w każdej gałęzi pisania o kulturze. Dobre literaturoznawstwo to nie takie, które zbuduje teorię obsługującą połowę literatury światowej, tylko takie, które potrafi czytać tekst słowo po słowie i nie przynudzić, za to pokazać, że każde kolejne słowo jest ważne i jest na swoim miejscu (albo takie, które pozwala sobie wyobrazić, co innego mogłoby na tym miejscu być).

Tak, jak mówiłem – nie wiem do końca, jak pisać o grach. Nie przepadam za podejściem kulturoznawczym, które często kończy traktując grę jako pretekst do pogadania o tej czy o tamtej teorii. Nie znam się na ludologii, ale niezbyt dobrze mi się ją czyta i często czuję, że jak wiele innych dziedzin, próbuje dorobić ładnie brzmiące terminy do praktyki po to, żeby je potem fetyszyzować (wspomnienia z lektury jakichś ułameczków teorii prawa, badań socjologicznych i pedagogiki). Ale myślę, że o grach pisać warto. Może i trzeba. Choćby dlatego, żeby trochę zniknęło przekonanie, że są w istocie bezmyślną rozrywką.

Czym jest w istocie kino? Pod koniec XIX wieku było tylko bezmyślną rozrywką i nie warto było dorabiać do niego ideologii. Dopiero potem się okazało, kto był krótkowzroczny. Kino w istocie jest tym, co z niego zrobimy. Gry tak samo. To, co robimy ze sztuki, to wspólna robota krytyka i twórcy; rozdzielenie tych dwóch grup to poważny, ale niestety powszechny, błąd. Artysta, który uważa, że jest mądrzejszy od krytyka i krytyk, który uważa, że jest mądrzejszy od artysty, to siebie warci idioci.

20 odpowiedzi do “Obrona krytyctwa

  1. Dr_Judym

    Ja bym jednak nadal obstawał przy problematyczności podziału krytyk-twórca, choćby z powodu przykładów, które podałeś, nawet Arystoteles nie był jedynie teoretykiem.

    Skoro wykładasz literaturę, to dobrze wiesz czym jest poetyka i jakie były przyczyny jej powstania. Teraz pytanie czy chcemy, żeby w dziedzinie gier powstało coś podobnego? Niby ludologia ma spełniać podobną rolę, tyle że tak jak mówisz, to bardziej kulturoznawstwo. Problem polega na tym, o czym wspomniałeś, czy aby to nie jest stosowanie dorobku zgromadzonej dotychczas wiedzy przez brać uniwersytecką, momentami głównie ku własnej intelektualnej uciesze i żonglerce pojęciowej?

    Wolałbym, żeby to było wartościowe połączenie teorii, wynikające z analizy praktyki, co pomoże nam zrozumieć jak powstają dobre tytuły, i dlaczego takie a takie środki stosowane w grach są złe, mierne i słabe — coś jak pierwotne założenie poetyki właśnie. Jak ma pisać o tym dziennikarz „growy”, który od wielu lat na ekranie widzi jedynie rezultaty stosowanych technik, a sam ich choć trochę nie zgłębia?

    Moim zdaniem, potrzebny jest do tego ktoś, kto przy grach pracuje lub pracował, ale posiada również pewien warsztat literacki, umie dokonywać analizy, syntezy, definiować, wyjaśniać i pisać zrozumiale dla zainteresowanych. I na zachodzie tacy ludzie już są, wystarczy wspomnieć publikacje takich ludzi jak bracia Smith (Harvey i Randy), ze swojej strony polecam np. „Systemic level design”, „How to help your players stop saving all the time” czy „Design fundamentals of stealth gameplay in Thief”.

    Stąd jeśli miałbym kogoś zachęcać do znania się na grach, to zwyczajnie wkleiłbym mu link do takich wykładów jak powyżej lub do co ciekawszych artykułów z Gamasutry. Jeśli miałbym to robić w formie książkowej, to potrzebowałbym do pomocy kogoś, kto lepiej się zna na historii gier ode mnie, żeby pomógł mi przy wyborze / redakcji tekstów (trochę ich na dysku trzymam, a nie wszystkie są super istotne), które przetłumaczyłbym na polski. Akurat to jako tłumacz i gracz (który ma na koncie kilka poziomów do różnych gier) jestem chyba w stanie zrobić w miarę dobrze. Odpadają problemy z ego autora, z jakością publicystyki czy autorytetem, w końcu teksty pochodzą od ludzi, którzy tworzą gry. Poza tym mam przyjaciół, którzy zawodowo zajmują się korektą, redakcją i składaniem książek, co też pomogłoby na starcie ;)

    Odpowiedz
  2. Roman Książek

    @Paweł – twórczość Darrena Aronofsky’ego.
    #cojaczytam: „Pi” (pozdrowienia dla pi!), „Requiem dla snu”, „Źródło” i „Czarny łabędź” to są „gnioty”? („Zapaśnika” nie widziałem). No może nie wszystkie są arcydziełami, ale żeby tak mocno? To jest „krytyctwo”!

    Odpowiedz
  3. pi

    pi jest rodzaju męskiego, gwoli ścisłości.

    Zasadniczo się zgadzamy, ale Ciebie przed bardziej radykalnym zdaniem broni sentyment do środowiska krytycznego i „znawczego”.

    Teatr to jest hermetyczne środowisko, które żyje z dotacji zamiast z rynkowego kontaktu z widzem, więc tam można sobie pozwolić na czysto akademickie eksperymenty. Krytycy takim eksperymentom przyklaskują, widzom na nich nie zależy bo nie musi. Teatr taki nie jest robiony dla widzów tylko dla sztuki, istnieje bo to kultura a kulturę trzeba pielęgnować.

    Z drugiej strony Broadway radzi sobie świetnie i jest nowoczesnym widowiskiem, które musi nadążać za widzami.

    Minecraft nie wybił się dzięki krytykom! Miliony graczy, którzy odnajdują się w Minecrafcie to przecież nie żadni znawcy gier, tylko zwykli ludzie, którzy czerpią przyjemność z wirtualnego kopania i budowania. Nie ma to nic wspólnego z „mądry receznzent zwrócił moją uwagę na tę grę”, albo w ogóle z wysłowioną wiedzą „dlaczego ta gra jest fajna”. To po prostu świetna gra, a jej popularność to memetyka w akcji, a nie jakaś świadoma promocja środowisk recenzenckich.

    Z czego wiem, to największy przyrost popularności Minecraft miał dzięki romansowi z Valve – gra miała zostać przejęta we wczesnej fazie, ale kiedy do tego nie doszło i tak pojawiła się notka na oficjalnym blogu TF2. Ta notka spowodowała dopływ graczy i eksplozję popularności. (Choć to informacja z drugiej ręki i nawet teraz się nie kłopoczę z weryfikowaniem jej).

    Mam wręcz wrażenie, że promocja działa w drugą stronę. Blogi o grach piszą o Minecrafcie dlatego, że to gwarantuje, że ludzie zajrzą. Jak tylko Notch zapostuje na temat gry, RPS przekleja notkę ze swoim komentarzem.

    Do pisania o grach i znania się na grach należy zniechęcać! Nie ma w tym immanentnej wartości. Jeśli czasem jakieś teksty krytyczne lub jakieś działania krytyka mają wpływ na medium, to nie znaczy to, że uprawianie krytyki jest wartościowe samo w sobie. Co więcej – to, że jakaś gra, książka czy film są wartościowe i wnoszą coś do życia wielu osób, to też nie znaczy, że cała dziedzina jest wartościowa i powinniśmy zapraszać jak najwięcej ludzi aby tworzyli gry, filmy i pisali książki. Niech przede wszystkim zajmą się pracą pożyteczną dla kogoś.

    Studiowanie literatury, filmu, gier nie jest wartościowe i nie jest pożyteczne. Taki jest punkt wyjścia. Jeśli ktoś potrafi stworzyć w tej dziedzinie coś wartościowego, to za to należy mu się szacunek. Ale nie należy się szacunek in blanco. Polecam trochę więcej rezerwy :).

    To trochę tak jak z zawodem aktora. Pewnie, że są wielcy aktorzy. Zasadniczo jednak aktor to jest człowiek od robienia min i recytowania tekstu. To jest tzw. „praca ciałem” z dużą dozą udawania, że jest inaczej.

    Temat jest istotny i warto o tym głośno mówić. Na fali edukacyjnego boomu powstają uczelnie, które sprzedają „znanie się na grach” jako kierunek akademicki. Jeśli coś jest firmowane przez autorytet uniwersytetu to może się wydawać konkretnym kierunkiem rozwoju dla młodego człowieka. To może wprowadzić człowieka w błąd.

    Właśnie to jest mój główny zarzut co do Beczek. Wprowadzają w błąd myślenia, że znawstwo nie poparte praktyką ma jakąkolwiek obiektywną wartość.

    Odpowiedz
    1. Roman Książek

      @Studiowanie literatury, filmu, gier nie jest wartościowe i nie jest pożyteczne.

      Umberto Eco powiedział kiedyś, że nie można nauczyć się pisania książek, ale można nauczyć się je czytać. A to czytanie może mieć później dalsze konsekwencje w pisaniu, czego najlepszym przykładem jest sam Eco. Poza tym nie rozumiem, dlaczego studiowanie czegokolwiek nie miałoby być wartościowe?

      Odpowiedz
      1. pi

        Masz na myśli:

        1)Studiowanie jako zgłębianie? Nie w każdej dziedzinie jest wartość. Uważasz za wartościowe studiowanie tarota?

        2)Studiowanie akademickie na uczelni? Ja pisałem o studiowaniu akademickim. W świecie akademickim – zwłaszcza w naukach humanistycznych – jest dużo pseudowiedzy i nie zawsze takie studiowanie jest wartościowe. Jeśli takie studia nie dają wiedzy, która jest pomaga absolwentowi w osiąganiu jego celów, to jest to studiowanie bezwartościowe. Niestety jest to częsty przypadek.

        W obydwu przypadkach wniosek brzmi: studiowanie nie jest bezwzględnie wartościowe.

        Odpowiedz
        1. Roman Książek

          @1)Studiowanie jako zgłębianie? Nie w każdej dziedzinie jest wartość. Uważasz za wartościowe studiowanie tarota?

          Wskaż mi, proszę, dużą polską uczelnię, na której istnieje wydział, gdzie studiuje się wyłącznie tarota. Cholera, może się zapiszę?

          @2)W świecie akademickim – zwłaszcza w naukach humanistycznych – jest dużo pseudowiedzy i nie zawsze takie studiowanie jest wartościowe.

          W świecie filmowym – zwłaszcza w produkcjach hollywoodzkich – jest dużo pseudowiedzy i nie zawsze takie obcowanie z X Muzą jest wartościowe.

          @W obydwu przypadkach wniosek brzmi: studiowanie nie jest bezwzględnie wartościowe.

          Wyciągasz prawdziwe wnioski z fałszywych przesłanek. Pozdrawiam!

          Odpowiedz
          1. pi

            To były dwa warianty, bo nie byłem pewien o jakim studiowaniu mówimy. Odpowiedziałem na obywa.

            Z jednej strony mówiłem o studiowaniu jako „zgłębianiu”. Zgłębiać dziedziny nie musisz na uczelni. Możesz studiować tarota poprzez praktykę i lekturę pism. Stąd pytanie, czy wartościowe może być studiowanie tarota. Jeśli studiowanie tarota nie jest wartościowe, to nieprawdą jest, że studiowanie czegokolwiek jest wartościowe.

            Jeśli zaś chodzi o studiowanie akademickie, to chyba nie będziesz bronił wartości KAŻDEGO studiowania. Jakiegokolwiek kierunku, na jakiejkolwiek uczelni. Oczywiście, że są rzeczy, których nie warto studiować i które śmiało bym odradzał.

            Ekstremalnym przykładem są tutaj kierunki humanistyczne związane z tworzeniem gier.

            Powiedziałeś, że nie rozumiesz dlaczego studiowanie czegokolwiek nie miałoby być wartościowe. Nie usiłuję tu nawet dościślać co znaczy „wartościowe”, bo myślę, że nawet na takim stopniu ogólności się zgodzisz się, że studiowanie nie musi być wartościowe.

  4. pogrzebacz

    Przepraszam, może ktoś wytłumaczyć mi o co chodzi w tej dyskusji? Przeczytałem książkę pt. WB i stwierdziłem, że jest to przereklamowane wydawnictwo autoryzowane przez Pana, któremu coś się wydaje. O jego intencje nie pytam. Oczywiście moje pytania są niesmaczne, ale jednak je zadam. Czy rzeczywiście postulat zbliżenia gracza do twórcy jest odkrywczy w dobie powszechnego przenikania się tych funkcji – mody i wielokrotnego podejmowania tematu przez media? I co takiego postulował innego Pan Gonciarz, że wszyscy nagle zajmują się jego książką, która z mojego punktu widzenia jest zupełnie przeciętną pozycją, którą zajmuje się z dwóch powodów – 1. wyszła w druku, 2. propagują ją znajomi autora? Czytuję JS, uwielbiam gry, ale po tym co tu przeczytałem, doliczam notkę w Przekroju, Wasze notowania u mnie spadły. Wiecie dlaczego? W moim przekonaniu, niestety, nie okazaliście się odporni na środowiskową zmowę czy też, w Waszym przypadku modę, na wspieranie książki kolegi. Wiem, zarzut ciężki, ale kiedy czytam te „dyskusje” na temat książki Pana Gonciarza, to rzeczywiście…

    Odpowiedz
    1. pi

      Zupełnie zapomniałem o modach i poziomach.

      Pisałem, że dziś każdy może być twórcą gier i jeśli nawoływać do „znania się” to właśnie do „znania się” poprzez tworzenie. Tym bardziej, jeśli wziąć pod uwagę gry, które można zmodować, albo do których można stworzyć poziom. To jest „znanie się” w działaniu.

      Odpowiedz
  5. Paweł Schreiber Autor tekstu

    @pogrzebacz – Notka w „Przekroju” z zamierzenia nie była recenzją, tylko zwróceniem uwagi, że coś takiego się ukazało. Ani tam „Beczek” nie wychwalam, ani nie ganię. A w tekście na JS chyba dość jasno dałem znać, że książka stawia sobie ciekawy cel, za to nie umie go zbyt dobrze zrealizować. Mimo to upieram się, że jest dużo czytelników, dla których może być ciekawa. Dla mnie – poza głównym pomysłem autora – nie była. Ten pomysł – właśnie przeciwny akademickości. Nie chodzi o stworzenie klasy ekspertów generujących teksty o grach, tylko o to, żeby każdy gracz był nieco bardziej rozgarnięty. Wtedy eksperci będą mieli dużo mniej okazji do brylowania. To nie jest książka zła (wybija się bardzo in plus w porównaniu z tym, co np. w prasie o grach uchodzi za „publicystykę” – 10 największych lasek i najgorszych potworów w grach z ostatnich 5 lat), ale dobra też nie jest, wyliczenie moim zdaniem najważniejszych wad w JawnoSnowej recenzji.
    Krzysztofa Gonciarza nie znam, do środowiska nie należę, a grami na co dzień od jakichś 20 lat zajmuję się jako gracz, który od czasu do czasu, jako amator ze stażem, a nie jako ekspert, coś o nich napisze. Autor sam sobie napytał trochę biedy, tak bardzo rozkręcając machinę promocyjną. Starałem się o „Beczkach” napisać grzecznie i wyważenie, nie biorąc jej pod uwagę, ale widzę, że przez nią zrobiła się wokół książki atmosfera typu „kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam”. Niepotrzebnie.
    Ale tytuł tego wpisu to „obrona krytyctwa”, a nie „obrona Beczek”. O co chodzi w tej dyskusji – o sens poważnego pisania o grach w ogóle. I znania się na grach. Nie tylko na ich teorii, ale i historii (tu z kolei sam Gonciarz uznał, że nie warto).
    Jeśli chodzi o rozgraniczenie gracz/twórca – chyba jednak wciąż mocno funkcjonuje i gracza widzi się ściśle jako konsumenta. Są mody – ale są też płatne DLC. Fajnie, że jest coraz więcej gier, które kładą nacisk na ten twórczy aspekt. Niech żyje Little Big Planet (żeby znowu o tym Minecrafcie nie gadać:) )

    @Roman – Ech, dość ostro rzeczywiście, ale ja jakoś Aronofsky’ego nie znoszę. Za „Źródło”, które jest czystej wody grafomanią. Koleżanka po tym filmie rechotała przez kwadrans bez przerwy i mocno ją rozumiem. A przedtem go nie lubiłem za „Pi”, w którym straszliwy przerost formy nad treścią.

    @Pi – To nie sentyment, tylko przekonanie, że środowisko „znaczy” bywa bardzo ważne i pożyteczne (choć potrafi też nieźle pasożytować).
    Dziwne rzeczy piszesz o teatrze – do jakiego chadzasz, że taki jesteś rozczarowany? Istnieje, Bogu dzięki, również coś takiego jak nierynkowy kontakt z widzem. Gdyby cała kultura miała być rentowna , to byśmy skończyli wyłącznie na Hannie Montanie i Lady Gadze, w zależności od wieku. Dziękuję Bozi za tę kulturę, która się mechanizmami rynkowymi nie przejmuje – skąd przekonanie, że to one są najlepszą weryfikacją tego, co ciekawe?
    „Orgia” Rubina to akurat świetny przykład czegoś zupełnie przeciwnego niż to, o czym piszesz. Zwykły widz jest nią zwykle zafascynowany, a krytycy (w tym niżej podpisany) mocno kręcili nosami. Jak nie wierzysz w teatr żywy i sensowny, który nie jest sztuką dla sztuki, przejdź się na Klatę, Strzępkę&Demirskiego albo Passiniego. Nie zobaczysz hermetycznych eksperymentów, tylko świetne dogadywanie się z widzem, często bardziej niż z teatrologiem. Jest w Polsce trochę teatrów – Wałbrzych, Bydgoszcz – które dużo bardziej stawiają na kontakt z widzem i miastem niż na kontakt z lokalnymi profesorami i krytykami z najważniejszych pism. I bardzo dobrze. Ja sobie właśnie ostrzę ząbki na zbliżającą się bydgoską premierę sztuki o żużlu. Grają w kaskach. Będzie pięknie :).
    Pierwsze jaskółki popularności Minecrafta to chyba jednak Indiegames.com, a potem RPS i okolice. A potem rozchodziło się dalej pocztą pantoflową. Notch też się nie wziął z kosmosu – przedtem pracował przy Wurm Online, niszowym mmorpgu, też zachwalanym w pojedynczych, ale wpływowych miejscach. A teraz, oczywiście, jest jak mówisz – pisanie o Minecrafcie to chodliwa sprawa.
    Piszesz, że nie można a priori zakładać, że pisanie o grach jest wartościowe, po czym stwierdzasz, że a priori nie jest. Nie do końca rozumiem, dlaczego, bo też aprioryzujesz.
    Pisanie pisaniem, teoretyzowanie teoretyzowaniem, a ja po prostu staję w obronie myślenia. Uważam, że jak się coś robi, to warto nad tym pomyśleć. Zwłaszcza, jak się korzysta ze skomplikowanego zjawiska kulturowego. Przecież nawet rozmawiając teraz ze mną, myślisz o grach, próbujesz je jakoś określić, znaleźć język do mówienia o nich – i to właśnie moim zdaniem jest fajne.
    A jeśli chodzi o kwestię praktyki, znów podkreślam – granie to też praktyka. Tak jak słuchanie muzyki i oglądanie filmów.

    Odpowiedz
    1. Roman Książek

      @Ech, dość ostro rzeczywiście, ale ja jakoś Aronofsky’ego nie znoszę. Za „Źródło”, które jest czystej wody grafomanią. Koleżanka po tym filmie rechotała przez kwadrans bez przerwy i mocno ją rozumiem. A przedtem go nie lubiłem za „Pi”, w którym straszliwy przerost formy nad treścią.

      Aronofsky’emu w Polsce zrobił krzywdę Gutek, umieszczając go w 2000–2001 w gronie wizjonerów/reformatorów kina. Pamiętam jeszcze pakiet filmów „Nowe Horyzonty” („Pi” i „Requiem dla snu” plus „Zagubiona Autostrada” Lyncha), który krążył ponad 10 lat temu po polskich kinach. „Pi” mi się podobało (analogowa klawiatura komputera!), ale już po „Requiem…” miałem mieszane uczucia. No, „Źródło” w teatrze byłoby może nawet śmieszne, ale jak na hollywoodzkie standardy nie jest nawet takie złe (ODKRYWCZA refleksja, że nie ma ucieczki przed śmiercią). „Czarny łabędź” to niezła zrzynka z wczesnego Polańskiego, której cała para idzie w gwizdek (finał) –jednocześnie jest w tym fajna (pierwotna) energia kina. Inna sprawa, że każdy film A. widziałem tylko raz i jakoś mnie do nich nie ciągnie, więc może masz rację…

      Odpowiedz
    2. pi

      Myślenie jest oczywiście ważne i nawet się powtarza „myślę, więc jestem”. Co jednak znaczy myślenie bez działania? Z dwóch rzeczy wolałbym zachęcać ludzi do działania niż do myślenia, bo wierzę że myślenie przychodzi naturalnie.

      Nie sądzę, że lektura to praktyka i moim zdaniem błędne przekonanie. Lektura to konsumpcja. Zwłaszcza w przypadku gier, filmów, literatury pięknej, które przecież zostały stworzone po to, aby się podobać.

      ps. Jeśli chodzi o Notcha to polecam jego gry robione w 48h na Ludum Dare.

      Nie jestem pasjonatem teatru, ale zdarza mi się bywać. Teatr „budynkowy” jest w fatalnej kondycji, jako instytucja wiecznie deficytowa i rozpieszczona. To widziałem po rezultatach pracy łódzkiego Teatru Wielkiego i wypowiedziach pracowników.

      Natomiast z teatrów alternatywnych mam całkiem dobre wspomnienia (łódzka Chorea, wrocławska Pieśń Kozła), więc nie jest tak, że nie wierzę w żywy teatr i nie widziałem go. „Orgia” to zapewne coś bardziej z tego sortu, zainteresuję się :).

      Nawet jeśli praca teoretyczna (stricte teoretyczna) z dziedziny teatru inspiruje spektakl to czy to jest wartościowe przełożenie pracy na efekty? Znacznie efektywniej jest samemu stworzyć swoje dzieło. Jednak z jakiegoś powodu świat akademicki ceni teorię jakby była ponad praktyką.

      „W teorii nie ma różnicy pomiędzy teorią a praktyką. W praktyce jest”.

      Odpowiedz
  6. Paweł Schreiber Autor tekstu

    Tak sobie jeszcze myślę o „Beczkach” – i chyba największą wadą jest w nich nie zawartość, tylko kuszenie czytelnika prestiżem. Taki growy mesjanizm – nadchodzi nowa jutrzenka i my, gracze świadomi, zmienimy oblicze świata. A gracze nieświadomi pozostaną głupi jak owce na łące, bo to my jesteśmy elitą. To trochę samobój, bo główną zaletą myślenia Gonciarza jest właśnie pokazanie, że mówienie o grach nie jest przywilejem żadnej elity. Elitarność to dobry sposób na zarżnięcie każdej gałęzi kultury – kończy się to zawsze teatrami, do których się chodzi, bo bilety drogie i gwiazdy na scenie, i koncertami, na które się idzie pokazać kieckę. Kuszenie prestiżem ma krótkie nóżki. W pozytywną elitarność nie wierzę. Uważam, że Szekspir jest Bogiem nie dlatego, że taki trudny i złożony, tylko dlatego, że tak naprawdę każdy go może przy odrobinie wysiłku przeczytać i poczuć, że to o nim. A czytanie go to żadna zasługa, tylko minimum uczestnictwa w kulturze, co każdemu polecam, bo to fajne.

    Odpowiedz
  7. pgrzebacz

    Przepraszam, ale wytłumacz mi kolejną rzecz.
    „główną zaletą myślenia Gonciarza jest właśnie pokazanie, że mówienie o grach nie jest przywilejem żadnej elity.”
    O co chodzi? Wyłuszcz mi to. Dla mnie Gonciarz jest, mniejsza o szczegóły,

    [ciach]
    Pisałeś, że czytujesz Sny. Powinieneś zatem wiedzieć, że nie uznajemy tu osobistych wycieczek i krucjat. Chcesz rozmawiać krytycznie o książce – świetnie. Chcesz ją krytykować, deprecjonując autora – nie tutaj.
    Olaf

    (…) wytłumacz mi, co jest tezą, celem, ideą itp. tej ksiązki, a więc tym wszystkim, o czym czytam, a czego nie dostrzegam w tej książce? I czy powodem tego mojego „ślepowidzenia” jest jedynie to, że gram od lat kilku i uważam, że w 2011 r. „ogarniam branżę”. Nie wiem już doprawdy jak pisać, żeby dosadnie nie przy… wprost.

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @pogrzebacz – że od przyglądania się temu, jak gry funkcjonują od środka, jest nie jakiś specjalista-teoretyk od gier (co by to nie było), tylko gracz. To chyba Gonciarz dość jasno na początku wyłuszcza. A potem, jak już tu pisałem, często mu nie wychodzi realizowanie tego pomysłu.
      Nie do końca rozumiem, czemu „Beczki” powodują tyle emocji negatywnych i pozytywnych – bo chyba ani na jedno, ani na drugie tak naprawdę nie zasługują.
      Może dlatego, że nie ogarniam branży ;).

      Odpowiedz
  8. Dr_Judym

    „Nie do końca rozumiem, czemu „Beczki” powodują tyle emocji negatywnych i pozytywnych – bo chyba ani na jedno, ani na drugie tak naprawdę nie zasługują”

    Moim zdaniem chodzi o formę i nastawienie autora, zerknij sobie na te dwa filmiki:

    http://www.youtube.com/watch?v=jDUUPs6VQVk
    http://www.youtube.com/watch?v=x71dqGalchs

    Przyjrzyj się w jaki sposób on próbuje cokolwiek tłumaczyć i do czego się odwołuje, jak to jest nieskuteczne, płytkie merytorycznie i jak to może ludzi drażnić.

    Odpowiedz
  9. Paweł Schreiber Autor tekstu

    @Roman – Wiesz, ja jakoś wciąż to „Źródło” przeżywam, bo okropnie mi się nie spodobało. A reszta jest zawsze właśnie z całą parą w gwizdek, a że sam Aronofsky chyba też uwierzył, że jest wielkim wizjonerem i innowatorem, to chyba mamy z nim problem.

    @Dr Judym – starałem się oceniać książkę, nie autora i nie zamieszanie wokół książki. W końcu nie chodzi o promocyjny i antypromocyjny szum wokół niej. To tylko książka. Zjawiska społecznego z niej nie ma i nie będzie, chociaż widzą w niej zjawisko i jej autor, i jego krytycy. Ale zgadzam się w zupełności – najsłabiej jest tam, gdzie autor wchodzi w tryb nauczający.

    Odpowiedz
    1. Roman Książek

      @Wiesz, ja jakoś wciąż to „Źródło” przeżywam, bo okropnie mi się nie spodobało.

      OK, ale przyznaj, że pomysł jest sam w sobie intrygujący. Może lepiej sprawdziłby się w grze wideo, choć nie wiem, czy te przeskoki czasowe nie doprowadziłyby w sumie do czegoś takiego jak „Daikatana”…

      Odpowiedz
  10. Paweł Schreiber Autor tekstu

    @pi – O, tak, Chorea i Pieśń Kozła to piękna sprawa. Rozpieszczenie jest problemem Teatrów Wielkich prawie wszędzie. Na szczęście to, co się tak naprawdę dzieje w polskim teatrze nie jest przez nie wyznaczane – gra toczy się teraz między twórcami zahaczającymi o alternatywę (tak, jak współpracujący z Choreą Paweł Passini), twórcami z teatrów „budynkowych” mającymi świetny kontakt z publiką i nienajlepsze dofinansowanie (Klata, Strzępka&Demirski, Kleczewska, Garbaczewski), starymi gwiazdami, które wciąż bywają w dobrej formie (Lupa, Jarocki, Warlikowski) i prywatnymi teatrami w rodzaju przedsięwzięć Krystyny Jandy (brrrrr, fu!). Teatry „budynkowe” bywają świetnymi, twórczymi miejscami – vide Wałbrzych z jednej, a krakowski Stary z drugiej. Nie ma prostej reguły. Nie można generalizować.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *