Cyberczarnoksięstwo

Miałem nadzieję, że dzisiaj napiszę już coś o Deus Ex:HR. Jak się zachwycam. Jak mi dobrze. Jak pięknie się strzela. Jakie piękne dialogi. Jak padło na nos moje życie rodzinne, prywatne i zawodowe. Rzeczywistość jednak bardzo jest od tego daleka. Steam z uśmiechem poinformował mnie, że kod z zakupionej przeze mnie gry został już aktywowany na innym koncie. Coś się albo poplątało, albo zostałem brutalnie okradziony. Adam Jensen chwyciłby pewnie giwerę i ruszył sprawdzić, kto za tym stoi, zmieniając oblicze świata. Ja niestety nie jestem Jensenem, więc napisałem do działu obsługi Steama i będę cierpliwie czekał, pewnie jakiś tydzień. Tymczasem zaś pocieszam się grą, która okazała się na tyle intrygująca, że MUSZĘ napisać o niej parę słów: „EYE Divine Cybermancy”. Piękny i uciążliwy dziwoląg. Wściekam się i zachwycam na przemian. Z coraz większą przewagą tego drugiego.

EYE – scena otwierająca. Wchodzenie w sen albo wychodzenie ze snu. Żadna różnica.

Na ulicach miasta trwają walki między gangami. Wysłano mnie z misją wprowadzenia jeszcze większego chaosu – mam albo zabić przywódcę jednego odłamu bandytów , albo przekazać Federacji dane o jego kryjówce. Jest oczywiście noc, rozświetlana tylko przebijającymi się przez mgłę neonami. Włączam sobie technologię maskowania i wkradam się do budynku przypominającego trochę hotel Bradbury z „Blade Runnera” – dostojna ruina z żeliwnymi balustradami w klatkach schodowych i wiszącymi tu i ówdzie starymi żyrandolami. Ciemno – tylko poświata zza okna i widoczni w niej skupieni strażnicy, obok których się przekradam. Wchodzę do pomieszczenia dowódcy – demaskuję się i zaczynam mówić.

Rozmowę poprowadziłem nie tak. Musiałem ją dokończyć pistoletem z tłumikiem. Nic nie będzie z aliansu – muszę sobie radzić sam. Znów się maskuję – okoliczni strażnicy znów mnie nie dostrzegają, bo skradam się na paluszkach – i docieram do okna, z którego mam zastrzelić przywódcę bandytów. Snajperka (tłumik),zbliżenie, łup. W tym momencie komunikat – Federacja dowiedziała się, gdzie jestem, już tu biegną.Wybiegam z pokoju, opieram się o poręcz i patrzę w dół. W ciemności na dole schodów cały oddzialik wojska, słychać tupot ciężkich butów na schodach. Mają jeszcze trzy piętra. Co robić?

Jedna klatka schodowa – tyle możliwości…

1. Włączyć maskowanie i cyberskok, stanąć na poręczy i rzucić się swobodnym spadkiem w dół, mijając po drodze szukających zabójcy żołnierzy?

2. Psionicznym zaklęciem wywołać kilku wspierających mnie żołnierzy (albo demonów), a potem ruszyć w dół, spychając wroga piętro po piętrze?

3. Schować się w ciemnym pokoiku, włączyć zdolność widzenia dźwięku, żeby wiedzieć, gdzie kto mnie szuka, i albo mieć nadzieję, że sobie podarują, albo w odpowiednim momencie dać dyla przez okno?

4. Zhakować na odległość najsilniejszego członka oddziału, którego cybermózg po pojedynku na wirusy komputerowe wykona nagle w tył zwrot, a ciało zacznie strzelać do jego towarzyszy? W bałaganiku, który wtedy powstanie, pewnie uda się uciec. Można by też sprawdzić, czy w okolicy nie czuć aury jakichś wieżyczek strażniczych – gdyby zhakować coś takiego, żołnierze nie stanowiliby już problemu.

5. Rzucić na kogoś zaklęcie, przez które albo oszaleje, albo wybuchnie, albo zmieni się w potwora. Przy tym wariancie również chaos gwarantowany. A chaos jest najlepszym przyjacielem skrytobójcy chcącego się niepostrzeżenie wymknąć.

6. Dla zabicia czasu hakować sobie telepatycznie bankomaty w promieniu 50 metrów i z godnością przyjąć śmierć.

7. Od nawały wrogów oszaleć. Przewracając oczami zbiegać po schodach; świat będzie się rozmywać i falować; wszystko zmieni kolory i będzie biło po oczach; zamiast twarzy – czerwone czaszki z oślepiającymi oczami; nie będę kontrolować ciosów, bo ręce będą same biły, a broń sama strzelała chaotycznymi seriami w prawo i lewo; powietrze wypełni się błękitnawymi wybuchami, które może są prawdziwe, może wymuszone przez moje moce psioniczne, a może w ogóle nieistniejące. W uszach głosy. Pewnie będę ryczeć, ale tego nie wiem na pewno. Jeśli dożyję do samego dołu, zaszyję się w jakimś kącie, zacznę spokojnie oddychać i dojdę do siebie – może.

Jeśli tak wygląda przyszłość – to ja poproszę!

Żeby było jasne – „EYE” ma koszmarne dialogi. Czasem lepiej od razu zapomnieć, co kto do nas powiedział, bo kiedy przebiegamy ciężko dysząc przez pół opanowanego przez wrogie siły miasta, kryjąc się po kątach i bojąc się każdego następnego kroku, tylko po to, żeby spotkać jakiegoś idiotę, który opis następnego zadania rozpocznie od „Joł, zioom, stary, słuchaj, towar mi się kurna skończył, wyluzuj”, tylko dlatego, że należy do frakcji bandytów — ech. Fabuła składa się z koszmarnych dialogów, i klisz zapożyczonych głównie z „Deus Eksa” i Warhammera 40K.

„EYE” bywa też koszmarne technicznie. Przy wyższych ustawieniach grafiki co chwila wyrzuca do systemu (a że nie ma możliwości zapisu gry w trakcie misji, miałem za to nie raz ochotę twórców przekląć bez odwołania do piątego pokolenia). Rozgrywka tylko BYWA finezyjna jak powyżej – czasami w swoim chaosie zaczyna przypominać niedobry klon „Serious Sama”. Z każdej strony ktoś biegnie i strzela, a nasz bohater wywija mieczem samurajskim nie patrząc, co, gdzie i jak.

Konia z rzędem temu, kto szybko opanuje rozwój postaci w „EYE”. Współczynniki, cyberczęści ciała, moce psioniczne i cybernetyczne, opcje hakerskie, badania naukowe nad nowymi broniami. Po kilku godzinach gry wciąż odkrywam nowe wybory i możliwości, które czasem wywracają grę do góry nogami. Jak na przykład mój ostatni nabytek, pozwalający mi na dostrzeganie dźwięków. Muszę sobie jeszcze dokupić do niego ulepszone ucho i oko. Świetna sprawa, tylko które menu za to odpowiada, skoro wszystkie wyglądają tak samo niezachęcająco?

Wady wystarczają do tego, żeby duża część recenzentów odsądzała tę grę od czci i wiary, jako „Deus Eksa”, któremu się nie udało, albo przykład porwania się z motyką na słońce.

A ja od początku swojej JawnoSnowej kariery uwielbiam gry, które z motyką na słońce ruszają. „EYE” robi to chwilami nieporadnie, a chwilami cudownie. Ma żenujące dialogi – i niezrównany klimat (przepiękne, rozległe i monumentalne do zawrotów głowy mapy, w których rozgrywają się wieloetapowe misje). Nierówną rozgrywkę – i niesamowite możliwości działania, z których żadna nie jest najlepsza, a każda wygląda zupełnie inaczej.

Kwatera główna EYE.

Jest, krótko mówiąc, jak młody geniusz, który wciąż nie umie sobie ze swoimi pomysłami poradzić, ale musi je pokazać światu. Gra dziwna, miejscami piękna, i bardzo trudna do ujarzmienia, skoro samym twórcom zupełnie się nie udało nad nią zapanować. Dużo w niej koszmarków, ale niewiele mniej też momentów, w których musiałem sobie uczciwie powiedzieć, że czegoś takiego jeszcze nie widziałem.

Gra niedopracowana w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nieudana i pokazująca, w jakim kierunku powinien iść FPS-owy sandbox.

Może i dobrze, że na tego „Deus Eksa” jeszcze sobie poczekam.

13 odpowiedzi do “Cyberczarnoksięstwo

  1. Michał Gancarski

    Miałem podobnie z „Hostile Waters: Antaeus Rising”. Choć ta gra nie pękała w kiepsko nałożonych szwach, to ogólna odczapistność dawała w efekcie tytuł, w którym po prostu się zakochałem.

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @ Michał – O, ciekawie. Ja kiedyś „HW:AR” zacząłem, po nasłuchaniu się, jaka to ciekawa rzecz, ale nigdy się za bardzo nie wciągnąłem. Może czas na drugie podejście… Do tego mojego „Deus Eksa” pewnie jeszcze sporo czasu ;).

      Odpowiedz
      1. Michał Gancarski

        Spróbuj. Gdy zaczyna się strzelać i dowodzić własnymi jednostkami, a zasoby stają się bardzo rzadkie, zabawa naprawdę się rozkręca. Do tego wszystkiego narracja i fabuła z kiepskiego dziełka S-F ale poprowadzona tak, że rzeczywiście robi się przygnębiająco i po raz kolejny chce się walczyć o ten pieprzony pokój na Ziemi.

        Może to przez głos narratora?

        W każdym razie dziwna mieszanka – nie dałbym złamanego grosza za tę grę gdybym ją po prostu zobaczył u kogoś. Kupiłem bo przeczytałem o niej na GOGu i pomyślałem, że to musi być coś albo bardzo dobrego albo potwornie kiepskiego. „Challenge accepted”, stwierdziłem i potem nie żałowałem :-)

        Odpowiedz
  2. Olaf Szewczyk

    @ Paweł

    „Miałem nadzieję, że dzisiaj na Jawne napiszę już coś o Deus Ex:HR. Jak się zachwycam. Jak mi dobrze. Jak pięknie się strzela. Jakie piękne dialogi.”

    Pawle, muszę coś wyznać. Tak, wtargnąłem do damskiej toalety. Tak, znowu nie umknęło to uwadze Systemu :). Pewien niesympatyczny decydent nie omieszkał wbić szpili na koniec rozmowy.
    Nie mają litości.

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @ Olafie, nie posiadam się ze zgorszenia.
      To znaczy, że taki ukłon wykonali w stronę pierwszej części? Rety. Wiedzą, jak mnie zachwycić. Drogi Steamie, szybciej, szybciej! Bo spieszy mi się do damskiej toalety.

      Odpowiedz
  3. Dr Judym

    Nie wiem jak oni to zrobili, ale w DXHR czuć pierwszego DX bardzo mocno, od projektu poziomów po nieco siermiężną animację i wygląd postaci. Nawet główny wątek wymienia bardzo ważną postać z jedynki. Dla mnie jednak najważniejsze, że jako skradanka gra sprawdza się w 100% :) Do tej pory spędziłem nad nią dobre 10 godzin i póki co świetnie się bawię. Bugów nie stwierdziłem albo nie zauważyłem, aż dziwne.

    Odpowiedz
  4. Sminki Pinki

    O boże jak dobrze, myślałem że zwariowałem i dlatego mi się EYE Divine Cybermancy bardzo podoba. Opresyjny klimat ale chce się wracać.

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @Sminki Pinki – Zawsze jest jeszcze możliwość, że obaj zwariowaliśmy. Ale tak, wracać się chce. To nie jest namiastka „Deus Eksa”, tylko coś zupełnie innego. I ma ta gra jakąś dziwną zdolność tworzenia niezapomnianych chwil. Ja będę bardzo długo pamiętał tę klatkę schodową, walki uliczne w Nowym Edenie i osaczenie przez demony w piwnicznych kanałach.

      Odpowiedz
  5. ver

    Kolejna po Alpha Protocol gra do listy: „Sprawdzić co to, bo wszystko wskazuje, że to brzydkie kaczątko, które może się spodobać”. Nie ułatwiasz mi życia, Pawle, doba nie jest z gumy. :)

    Odpowiedz
  6. oxy

    Skuszona promocją na Steamie oraz przypomniawszy sobie ten artykuł zakupiłam EYE. Kojarzy mi się dekadencko, z atmosferą trochę jak ze „Zmierzchu Bogów”, a trochę Szninkla . Ale ten interfejs,i ta mikroskopijna czcionka, i ta burość, które powodują, że oczy zaczynają mi łzawić, kiedy próbuję cokolwiek dostrzec – odpadłam, niestety. Choć z wielkim żalem. Ze wstydem przyznaję, wytrzymałam do momentu,w którym wpadł achievement i dałam odpocząć oczom. I wciąż się dziwię – naprawdę nie dało się tego interfejsu jakoś funkcjonalniej zaprojektować? A ten przedziwny pomysł z video tutorialem, na którym kompletnie nic nie widać? Frapujące…

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @oxy – Tak, za interfejs powinni dostać jakąś specjalną nagrodę. Np. rózgę od św. Mikołaja. Szninkiel to ciekawy trop – bo mi właśnie też się widzi, że „EYE” to jedna z baaardzo niewielu już dziś gier, która wyrasta z frankofońskiej tradycji komiksów nie dla dzieci. Kiedyś, w złotych latach, ta tradycja wydawała różne Captainy/Commandery Bloody, Outcasty i temu podobne. Dzisiaj już prawie nie istnieje. A to wielka szkoda. Coś w tym „EYE” jednak jest – nawet dzisiaj, nad „Skyrimem”, wciąż mnie ciągnie, żeby się po tych ponurych ulicach poszwendać.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *