Cylinder syberyjski

W roku 1999 Colin Thubron, jeden z najlepszych brytyjskich autorów książek podróżniczych, wybrał się na wyprawę przez Syberię. Trudno opisać dziwy, jakich się tam naoglądał – okazało się, że to ziemia dziwna i dla człowieka Zachodu o wiele bardziej obca, niż mogłoby się wydawać. Kiedy czytałem książkę „Po Syberii„, która właśnie ukazała się w Polsce, w głowie cały czas pojawiały mi się skojarzenia z dwoma innymi tekstami (w szerokim rozumieniu): „Lodem” Jacka Dukaja i serią gier „S.T.A.L.K.E.R.”. Thubron opisuje świat, w którym pod zmarzniętą ziemią śpią mamuty oraz dusze i ciała umarłych, czekających na moment, kiedy będą mogły wydostać się na powierzchnię. Gdzie ludzie opowiadają sobie o dziwacznych energiach, które mają zmienić oblicze świata. Gdzie czas płynie trochę inaczej, a przestrzeń ma trochę inny kształt. Najważniejszym elementem tego świata stał się dla mnie Cylinder.

Akademgorodok w Nowosybirsku miał być utopią dla radzieckich naukowców. Założony w latach 50-tych przez Michaiła Ławrentijewa ośrodek to miasto w mieście, ogromna enklawa uczonych, otoczona lasem i mająca swoim mieszkańcom zapewnić spokojne warunki do pokonywania w wyścigu technologicznym świata imperialistycznego. Oczywiście idylla, w czasie której naukowcy z Akademgorodoku dysponowali przyzwoitymi jak na radzieckie warunki budżetami (tak długo, jak zajmowali się sprawami mogącymi dopomóc światowej rewolucji marksistowsko-leninowskiej) trwała tylko do czasu. Kiedy Thubron dotarł tam pod koniec lat 90-tych, zastał głównie typowy postsowiecki rozkład. Odrapane budynki, puste mieszkania, nieliczni naukowcy, którzy pozostali na posterunku, chociaż wiedzieli, że jak by nie prosili o dofinansowanie, i tak go nie dostaną.

Akademgorodok z lotu ptaka.

Trzeba było porzucić dawne kierunku rozwoju i myślenia, a zastanowić się nad sprawami mniej kosztownymi. Wielu tego nie wytrzymywało. Ale, jak się okazało, istnieją problemy bardzo ważne i dające się badać bardzo małym kosztem. Jeden z miejscowych profesorów fizyki odkrył, że Rosja już niedługo stanie się centrum duchowej odnowy ludzkości. Wszystko przez Syberię – funkcjonuje ona bowiem jak talerz kolosalnego radioteleskopu, skupiającego w sobie duchową energię kosmosu. Trzeba tylko nauczyć się ową energię odbierać. Profesor zbudował w tym celu specjalny metalowy Cylinder, który pozwalał na komunikację ze Wszechświatem.

Kiedy Akademgorodok odwiedził gość z zagranicy, czyli Colin Thubron, profesor uznał, że trzeba go umieścić w Cylindrze i sprawdzić, czy będzie w stanie poczuć jedność ze wszechświatem. Thubron okazał się materiałem dość opornym, ale za to grzecznym. Posiedział chwilkę w Cylindrze, setnie się wynudził, ale po wyjściu poinformował o tym profesora dość łagodnie. Energie kosmiczne miały widać zły dzień. A może przemawiały tylko do duszy rosyjskiej.

W upadłych imperiach zawsze dzieją się Rzeczy Dziwne.

Cylinder szalonego profesora z Akademgorodoku stał się w brytyjskiej literaturze podróżniczej prawdziwą instytucją – po Thubronie każdy chciał sobie pojechać do Nowosybirska i sprawdzić, jak to będzie z syberyjską odnową duchową wszechświata. Susan Richards, autorka świetnej książki „Lost and Found in Russia”, też dała się do niego wpakować. Miała w sobie widać więcej z Rosjanki, bo kiedy przymknęła w Cylindrze oczy, nagle zaczęła doświadczać dziwacznej wizji – wydawało się jej, że znalazła się w dziwacznym wesołym miasteczku, które od idylli powoli zmierzało w stronę koszmaru, choć trudno powiedzieć, jak i dlaczego. Wizja po chwili się skończyła, ale niepokój pozostał. Asystent profesora był zachwycony.

Ostatnim poszukiwaczem Cylindra, z którym się zetknąłem, jest Jonathan Dimbleby, dziennikarz BBC, który przygotował dla brytyjskiej telewizji monumentalny serial dokumentalny pod tytułem „Russia”. Przemierza w nim calutką Rosję wzdłuż i wszerz – nie może więc zabraknąć wizyty śladami Thubrona w Akademgorodku. Niestety, okazuje się, że Cylindra już nie ma. Ale znalazło się jego godne zastępstwo – ludzie, którzy zaludniają Akademgorodok w miejsce szalonego/natchnionego (niepotrzebne skreślić) osieroconego przez ZSRR fizyka prowadzą Dimbleby’ego do pewnego pomieszczenia, sadzają go przy komputerze i – włączają grę. Swojego autorstwa.

Kiedy o tym czytałem w książce Dimbleby’ego „Russia”, od razu się zjeżyłem – nie podaje tytułu, ale jest wystarczająco dużo danych, żeby się zorientować, co jest grane. Dimbleby, który ma pewnie nadzieję trafić śladami Thubrona do Cylindra, trafia w sam środek produkcji dzieła, które w Polsce wyszło pod tytułem „Rig ‚n’ Roll: Tirowiec” (firmy SoftLab-NSK, która wyrasta bezpośrednio z radzieckiej awangardy informatycznej; pieczę nad nią sprawuje potomek wizjonerskiego prof. Ławrentijewa, który stworzył Akademgorodok). Tak kończy się historia o potędze radzieckiej nauki i duchowej odnowie ludzkości mającej początek na Syberii.

"Rig 'n' Roll". Innego końca świata nie będzie.

Jeśli ktoś jest ciekawy człowieka, który zapoczątkował pielgrzymki brytyjskich dziennikarzy do Cylindra – Colin Thubron właśnie odwiedza Polskę. W dniach 19-21 września pojawi się w Krakowie, Warszawie i Poznaniu. Szczegółowy harmonogram spotkań – tutaj.

Lekturę „Po Syberii” polecam z całego serca. Pokazuje, poza wieloma innymi rzeczami, że szaleni naukowcy ze STALKERA i dziwne mitologie „Lodu” Dukaja broń Boże nie są wizjami wyssanymi z palca. Upiory, z których się narodziły, wciąż jeszcze kręcą się po pustkowiach Rosji. Trzeba je tylko odkryć i spróbować zrozumieć.

2 odpowiedzi do “Cylinder syberyjski

  1. Michał Gancarski

    Ach, „Lód”. Zaczęte, chwilowo porzucone. Tyle czasu i uwagi ile ta książka wymaga… Inna sprawa, że Syberia wydaje się być krainą całkowicie magiczną i wartą zobaczenia, podobnie jak Strefa. Ta z kolei w każdym ujęciu – Strugackich, Tarkowskiego, S.T.A.L.K.E.R.owym wciąga jak bagno. Chyba najbardziej u Tarkowskiego – trzymać w napięciu przez trzy godziny za pomocą najpowolniejszego filmu w historii kinematografii mało kto potrafi.

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @Michał – Oj, tak. „Stalker” to jeden z najpiękniejszych (i najmądrzejszych) filmów, jakie widziałem. Tarkowski był w nim dzikim perfekcjonistą; jest piękna anegdota o tym, jak kręcono jedną ze scen w Strefie. Tarkowski chciał, żeby była w niej sama trawa, bez kwiatów. Wszystkie widoczne w ujęciu kwiatki wyrwano. Zostały jakieś za rogiem. Tarkowski je też kazał wyrwać. „Ale przecież ich nie widać!”. Odpowiedział: „Ale się czuje, że tam są!”.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *