Zachwyty: Knajpa na krawędzi nieba

Trudno było mi wejść w świat „Skyrima”. Udało się w końcu, i to świetnie, ale zajęło mi to sporo czasu. Sam się temu trochę dziwię, bo od „Daggerfalla” w każdej grze z serii „The Elder Scrolls” rozkochiwałem się bez pamięci już od pierwszego wejrzenia. Oczywiście potem zdarzało się, że ta miłość mocno chłodła. Grunt, że pierwsze wrażenie zawsze było oszołamiające i przez parę pierwszych miesięcy chodziłem jak walnięty obuchem, z przekonaniem, że gram w najlepszą grę na świecie. A tym razem – z początku coś inaczej, sztuczniej, nie tak jak dawniej. Zmieniła się seria „Elder Scrolls” czy zmieniłem się ja sam?

Najpierw był „Daggerfall”. Gra, o której nasłuchałem się sporo legend. Proszę pamiętać, było to w czasach, kiedy o Internecie wiedziałem mniej więcej tyle, że najpewniej istnieje, a jedynym źródłem informacji o grach wideo była prasa specjalistyczna oraz wybujałe opowieści kolegów. Właśnie jeden z nich zaczął mi opowiadać o grze, w której można chodzić po obszarze 2 razy większym od Wielkiej Brytanii i robić wszystko, co się komu podoba, na przykład się ożenić (bardzo nam to wtedy imponowało). Przez jakiś czas byliśmy zresztą obaj przekonani, że ta gra to „Ultima 8”, ale później okazało się, że „U8” to gra, gdzie chodzi się po obszarze 2 razy większym od Grudziądza i nie można się ożenić (w ogóle za dużo nie można). W końcu zorientowaliśmy się, że ta najcudowniejsza z cudnych gier nazywa się „Daggerfall”.

„Daggerfalla” zobaczyłem wreszcie w sklepie w Brighton, na wakacyjnym kursie angielskiego. Drżącymi rękami wyciągnąłem resztki pieniędzy, które dostałem na wyjazd od rodziców i dokonałem zakupu. Pudełko było, jak to za dawnych czasów, duże i lśniące, a na nim widniał wyjątkowo paskudny rysunek przedstawiający zmarłego i już troszkę rozłożonego króla Daggerfall, Lysandusa, który chyba nie do końca przyjął do wiadomości, że już nie żyje, bo wpatrywał się we mnie przekrwionymi oczkami, jakbym był mu winien pieniądze. Niesympatyczna buzia Lysandusa nie chciała się rozstać z moim kolegą, który też chciał obejrzeć mój nowy nabytek, a u którego ikonka płyty CD, też przedstawiająca martwego króla z wytrzeszczem oczu, nie wiedzieć czemu została przez służbowy komputer jego Mamy przyjęta w charakterze windowsowej ikony dysku twardego.

Pudełko "Daggerfalla". Dobrze mu z oczu nie patrzy.

Najpierw byłem zachwycony. Ogromne miasta. Tłumy ludzi. Podróże do egzotycznych krain. Kolosalny świat, w którym można zwiedzić każdy metr kwadratowy. Intrygi. Tajemnice. Konik, na którym można jeździć. Domy, które można kupować.

Cóż, moje granie w „Daggerfalla” opierało się na nieporozumieniu. Za bardzo zawierzyłem instrukcji, tłumaczącej mi, że 1. mogę być tym, kim chcę być, dokonując dowolnych wyborów, do których gra się dostosuje, 2. jeśli zrobię komuś przysługę, jego rodzina i znajomi będą mnie stopniowo darzyć coraz większą sympatią, 3. świat „Daggerfalla” jest fascynujący w swojej różnorodności i czeka w nim na odkrycie mnóstwo ciekawych zakamarków. Mój mroczny elf spędzał więc mnóstwo czasu robiąc różne głupoty. Wykonywałem prawie wyłącznie proste questy zlecane przez jednego z dworzan na zamku w Daggerfall, w nadziei, że w ten sposób wkupię się w czyjeś łaski i w ten sposób popchnę fabułę do przodu. Wybierałem zadania związane z orkami, licząc na to, że nauczę się ich języka (jakiś ork czasem coś do mnie mówił i zaczynałem coraz więcej rozumieć), a potem zorientuję się, dlaczego mój protektor-dworzanin tak się interesuje orkowymi ruinami (o czym skądś się dowiedziałem). Po skarby biegałem do grobowców, bo Daggerfallowe lochy były dla mnie stanowczo za duże. Do dziś wspominam je z nieprzyjemnym dreszczem. Zniechęciłem się nie tym, że mój bohater podłapał w czasie swoich grobowych eskapad jakąś paskudną chorobę, ale tym, że fabuła posuwała się sztucznie do przodu dopiero, kiedy bohater odpowiednio awansował, a mój dworzanin nie miał żadnej siły przebicia, żadnej rodziny i znajomych. Był tylko punktem wydawania questów mających mi pozwolić na odpowiednio długie wywijanie mieczem. Poczułem się, jakby cały świat okazał się nagle być zrobiony z tektury. Grałem w „Daggerfalla” jak w RPGa, a okazało się, że to tylko gra wideo.

"Daggerfall". Tu próbowałem intrygować.

„Daggerfall” nie pokazał mi, jak wygląda gra doskonała. Był na dłuższą metę nużący, za trudny, nieznośnie długi i w gruncie rzeczy prawie liniowy. Opowieści o tym, że gra dostosuje się do każdego stylu grania, można włożyć między bajki. Ale po latach widzę, że to „Daggerfall” najlepiej wyznaczył to, czego dzisiaj spodziewam się po RPGu. Nie dwóch miast i paru wiosek na krzyż, ale całych krain. Nie fabuł prostych jak konstrukcja cepa, ale skomplikowanych emocjonalnie i politycznie historii, w których nic nie jest takie, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Nie wyboru między Gildią Zła i Gildią Dobra, tylko mnóstwa organizacji, dla których można pracować, w tym takich, o których trudno się w ogóle dowiedzieć (Mroczne Bractwo!). „Daggerfall” był więc dla mnie ważną grą – ale też grą, z której wyrosłem i na dobrą sprawę o niej zapomniałem.

Wróćmy jednak do „Skyrima”. Włączałem go z przejęciem, które już po chwili się ulotniło. Chociaż gra zaczyna się cytatem z „Morrowinda” (tu miłość od pierwszego wejrzenia trwa do dziś), szybko spuszcza z tonu. Długa nieinteraktywna scena, w której nasz bohater jest transportowany wozem na miejsce swojej egzekucji? Nie wierzę w nią od samego początku, bo przecież wiadomo, że to trochę co innego niż pierwsze „Modern Warfare” i scena ze złotym pistoletem. Nikt mi głowy teraz nie utnie, bo wtedy gra musiałaby się skończyć. Egzekucja to pic na wodę i fotomontaż. Oczywiście, jak się można było spodziewać, zostaje przerwana przez wielkiego smoka. Wokół ogień, łoskot i eksplozje, ale czego tu się bać? Przecież to tylko tutorial, więc smok jest tu tylko na pokaz i nie może być poważniejszym zagrożeniem. Wszystko wygląda całkiem ładnie, ale czuję się jak w gabinecie strachów pod patronatem „Call of Duty”. Przecież początek „Elder Scrolls” powinien być inny – najpierw samodzielna wycieczka po lochach, a dopiero później widoczki, nota bene też samodzielnie oglądane, bez towarzysza, który wciąż pogania. Nie lubię w tej serii skryptów i nie lubię silnego ukierunkowania na fabułę. Wolę samodzielność i włóczęgę.

"Skyrim" - intro. W tego smoka nie wierzę.

Widowiskowy początek mocno mi zepsuł kontakt ze „Skyrimem”. Kiedy dobiegł wreszcie końca, wciąż nie mogłem uwierzyć, że to, co mnie otacza, to prawdziwy świat, a nie teksturowane wielokąty. Pobłąkałem się trochę po okolicy, pogadałem ze wszystkimi na każdy temat w pobliskiej wiosce, zdobyłem jakąś magiczną umiejętność i wybiłem całą gromadę nie do końca umarłych byłych Nordów. Było pięknie, ciekawie, ale bez magii.

Biała Grań/Whiterun. Miasto, w którym uwierzyłem w "Skyrima".

Wszystko zmieniło się w jednej chwili. Wszedłem do tawerny w Białej Grani. Był wieczór, więc zebrało się tam całkiem sporo ludzi. Usłyszałem jakąś melodię. Zjeżyły mi się włosy na głowie. Stojący sobie w kącie bard grał na lutni muzykę z „Daggerfalla”.Zwykle rozlegała się w sklepach i tawernach, gdzie chowałem się przed paskudną pogodą. Kiedy nad miastami prowincji Daggerfall padał śnieg, a moja postać przekraczała próg gospody po męczącej, wielodniowej podróży, przy tej melodyjce prawie fizycznie czułem ciepło dobiegające od paleniska. Dziś jestem już pewnie na to za stary i w granie pakuję mniej wyobraźni.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że nagle przypomniałem sobie, jak było, kiedy jeszcze wierzyłem w świat „Daggerfalla”. Znów zrobiło mi się ciepło. Usiadłem na ławie przy ogniu,  zamówiłem sobie barani udziec (chociaż przecież w „Skyrimie” nie sposób zgłodnieć) i słuchałem muzyki. Potem poprosiłem barda o jeszcze jedną piosenkę – była całkiem wesoła. Pogadałem z ludźmi, pobiłem się na pięści z pewną panią, trochę się napiłem i zadowolony z życia wyszedłem na zewnątrz.

Leje deszcz, jest szaro i mgliście, góry na horyzoncie przykryte strzępkami chmur. Gdzieś w oddali gigantyczne ognisko – tam olbrzymy pasą swoje stada mamutów. Wszystko trochę dziwne i wszystkiemu chciałby się człowiek przyjrzeć. Jest mi w tym deszczu i na wietrze rzeczywiście zimno. Czuję zapach dymu z palenisk Białej Grani. Myślę o tym, jak bardzo zapisał mi się w pamięci „Daggerfall”, o którymi niby już dawno zapomniałem – jako lekcja tego, że nawet najlepszej gry nie da się po prostu biernie pochłaniać, tylko trzeba w nią zainwestować sporo wyobraźni, nawet jeśli ta inwestycja nie zawsze się zwraca. Może nieudany „Daggerfall” był nawet ważniejszy od mojego ukochanego „Obliviona”.

Skyrim – czyli krawędź nieba. Stoję sobie jeszcze przez chwilę właśnie na tej krawędzi, ale nie mogę się już doczekać, aż ruszę przed siebie. Więc w końcu ruszam, mijam drzewa, kamienie i ludzi, i znów jest tak, jak kiedyś. Zobaczymy, czy nie lepiej.

14 odpowiedzi do “Zachwyty: Knajpa na krawędzi nieba

  1. Misiael

    TESy jakoś nigdy mnie nie wciągnęły. Ani Morrowind, ani Oblivion. Cóż, zawsze byłem dzieckiem Gothica, którego właśnie, za sprawą trzeciej części, na nowo odkrywam. I jest nieźle, mimo początkowego rozczarowania. Tam, to jest świat! Tam, to są questy! Mnogość postaci, zadań pobocznych, rozległość terenu i jego ukształtowanie robią na mnie kolosalne wrażenie.

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @Misiael – Może więc Skyrim Cię bardziej przekona, bo w kwestii interakcji z NPCami zmierza w stronę Gothica właśnie (dla każdego oddzielnie napisane dialogi, sporo postaci, których funkcją jest powiedzieć „dzień dobry”, zindywidualizowane questy, za wyjątkiem tych generowanych na bieżąco). Teren i ładny, i charakterniejszy niż w „Oblivionie”. No i pogłoski o smokach, przy których może Ci się od razu włączy w głowie „Na przełęczy widziano ponoć smoki”;). „Gothica 3 uwielbiam. Jest zbyt ambitny jak na możliwości swoich twórców, ale to właśnie lubię. Gram oczywiście z fanowskim megapatchem – po jego aplikacji G3 zajmuje należne sobie miejsce w panteonie najbardziej rozbudowanych cRPGów świata. No i ta muzyka…

      Odpowiedz
      1. SumioMondo

        Skyrima nie kupię. TESy nie są dla mnie, kupiłem Morrowinda i niczym mnie nie przyciągnął, w Obliviona zagrałem u znajomego i niemal usnąłem. Skyrima też nie kupiłem, tylko testowałem 5 godzin (fool me once, shame on you, fool me twice…).

        W grach Bethesdy, a zwłaszcza w Skyrimie nie mam żadnej motywacji, żeby przeć do przodu. Bohater nie jest w najmniejszym stopniu „osadzony” w świecie gry. Jest jak duch.

        Wstęp. Jesteś skazany na śmierć, nie wiadomo za co. Przylatuje smok – trzeba uciekać, by przeżyć. Ale kiedy uciekniesz… po co iść dalej? Jasne, po pewnym czasie dowiadujesz się, że jesteś legendarnym Dovakhiinem, ale po co stawać po którejś ze stron konfliktu, jeśli walka nie daje radości i brak poczucia rozwoju?

        W Gothicu gracz zaczyna jako słabeusz, walczący o przetrwanie, trzeba zdobyć mu ekwipunek i zdolności, zapewnić mu bezpieczeństwo – i jest to początek więzi gracza z awatarem. Masz też jakieś minimalne backstory – wrzucony przez nieprzyjemnych sługusów króla do więzienia, chcesz uciec jak najdalej i odzyskać pamięć (wiecznie zawieszona na horyzoncie marchewka dla osła). Klisza, ale lepsze to niż nic. Ponadto bohater ma charakterystyczny głos, który nadaje mu charakter. Walka najzwyczajniej w świecie bawi. Gracz zawsze jakąś motywację ma, mimo, że autorzy autoironicznie przyznają czasem, że sam Bezimienny powodów, by pomagać każdemu na swej drodze nie ma.

        Bliższy bohaterowi Skyrima jest bohater Vampire The Masquerade: Bloodlines. Też nie ma głosu, walka nim to niewielka frajda, nie ma szczególnego powodu, by mocno zaangażować się w nadchodzące wydarzenia. Ale otrzymuje świetnego przewodnika (jak może nie być świetny, mając głos Johna DiMaggio?) i doskonałe linie dialogowe. Możesz powiedzieć przecież jednej z wampirzyc, że wygląda jak groupie The Cure! Pomaga też mniejszy świat, który lepiej angażuje gracza większą „gęstością” zadań – wychodząc z mieszkania, od razu znajdujesz śmiertelnie ranną dziewczynę, której trzeba pomóc, możesz zaszantażować lekarza, by zdobyć pieniądze, wyssać krew zagubionemu biznesmenowi, lub podążyć krwawym śladem do pobliskiego mieszkania.

        Skyrim nie chce dać mi motywacji, by wciągnąć się w jego świat – tak, jak Fallout 3, który wypycha Cię ze schronu i mówi „No, chłopcze, baw się dobrze, oto twoje wielkie, postapokaliptyczne wesołe miasteczko”. Od razu widać, że za New Vegas odpowiadało inne studio – prolog? Dostajesz kulkę w łeb, przeżywasz własną śmierć i z rewolwerem w dłoni dążysz konsekwentnie do Vegas, by się zemścić. Zanim dojdziesz jednak do Miasta Grzechu, poznasz już walczące frakcje i sytuację całego stanu. Po tym, jak po długiej wędrówce szczęśliwy natrafiłem na miasteczko Nipton tylko po to, by zobaczyć piekielną scenerię stworzoną przez Legion, postanowiłem zakończyć zbrodniczy marsz Cezara i razem z darzącym legionistów nienawiścią Craigiem Boone’em nieustannie niszczyłem ich obozy.

        W Skyrimie są piękne i imponujące momenty – napotkanie w lesie bardów, którzy na słonecznej polanie grają pieśni; początek zamieci śnieżnej na górskiej przełęczy; zdobycie pierwszego Krzyku; smok lecący nad miastem. Ale kiepska walka, towarzysze bez charakteru, słaby rozwój postaci, nie pociągający niczym scenariusz – kupię go dopiero po wyjściu tańszej wersji GOTY, która jest nieunikniona. Po raz kolejny Bethesda robi ze swojej gry jedynie jakiś symulator bezimiennego barbarzyńcy. Nie czułem nawet potrzeby bycia dobrym bohaterem, tak silnej w New Vegas (‚dobrym’, hm, ‚walczącym w słusznej sprawie’ raczej) czy serii Mass Effect – byłem tak cyniczny, jak się tylko dało.

        Do następnego razu, panie Howard. Rozumiem, że przyświecała panu chęć maksymalnego zmniejszenia dystansu między grającym a „granym”, ale jak zwykle pan przesadził.

        Odpowiedz
        1. Paweł Schreiber Autor tekstu

          @SumioMondo – Dla mnie gry Bethesdy zawsze były nie o ciekawych postaciach, tylko o włóczeniu się po ciekawym świecie. Nie ma w nich ciekawych szeregowych NPCów, za to jest świetne tło kulturowe i historyczne. Nie ma emocjonalnych historii, za to są zakamarki do zwiedzania. Morrowinda uwielbiam właśnie za to, za co tylu go nienawidzi – ile tam było chodzenia i czytania! Chyba rzeczywiście jest tak, że albo się połyka ten haczyk i daje wciągnąć w włóczęgę, albo nie. Dla mnie było to zwykle na tyle przekonywające, że „Morrowind” to, ex aequo z „Thiefem” i „UFO”/”Jagged Alliance 2”, moja ukochana gra

          Odpowiedz
          1. SumioMondo

            Cóż, to rozumiem. Wcielanie się w historyka może być zabawne, zwłaszcza, że Bethesda książkami i listami zaciera często złe wrażenie po dialogach. Powinni zrobić coś na modłę Fragile z Wii, gdzie bohater zostaje jedyną żywą postacią i cała fabuła poznawana jest przez eksplorację. Skyrim zresztą jest chyba pierwszym TESem, gdzie lochy potrafią zachwycić.

            Jednak te walki i kładziony na nie nacisk (trzy czwarte umiejętności!)… O rany. Naprawdę, nie rozumiem tej średniej.

            Wydaje mi się, że TES powinien zostać „załatwiony” jak Fallout – przekazany zespołowi innych twórców, współpracujących ze starymi. Może wtedy mechanika gameplayu poprawiłaby się i byłyby to obiektywnie porządne gry.

          2. Misiael

            Dla mnie bez bohaterów nie ma erpega. Dlatego kocham Gothica – tam każdy bohater ma swoją historię, swój unikalny rys. Mamy cwaniackiego Diega, rubasznego Gorna, wyrachowanego Lestera… Nie sposób ich nie polubić. Szkoda, że tak pięknie rozwijani w jedynce i dwójce bohaterowie w G3 pełnią funkcję raczej dekoracyjną… Choć i tak, gdy zobaczyłem Angara, Lee, Thorusa czy Miltena za każdym razem miałem krzepiącą myśl „Dobrze cię widzieć, chłopie…”.

  2. mrrruczit

    Pograłem u kolegi i faktycznie – wygląda ślicznie, pierwsza moja walka była akurat ze smokiem, wyglądało to super. Jedna rzecz przeszkadzała mi w zabawie – interfejs. No jak rany, rozumiem że konsole nie mają tylu przycisków, ale przełączanie się co chwilę łuk/miecz/magia/mikstura przez szybkie menu ‚Q’ wnerwia okropnie. Choć możliwe, że jakbym grał od początku, wciągnął się w świat itd to by mi tak nie przeszkadzało.
    Niestety komp pozwoliłby mi co najwyżej pograć na najniższych detalach, ale to się trochę mija z celem.

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @mrrruczit – Mnie irytuje i interfejs (z wieloma dziwacznymi pomysłami), i uproszczenie systemu rozwoju postaci. Wolę jednak gry, w których klasa postaci jest od początku ustalona i wymusza inny styl gry. Chociaż wiadomo, że dużo trudniej coś takiego zrobić, a Bethesdzie nigdy się coś takiego do końca nie udało. Ale bywali blisko.

      Odpowiedz
      1. japko

        Na moje to w Skyrim są bliżej niż kiedykolwiek (obejmuję tym stwierdzeniem fantastyczny kreator z Daggerfalla), nawet pomimo braku definiowanej na początku klasy. Tako rzecze Gustaw Gnuśny, bretoński mag, mistrz przywołań.

        Zresztą mam wrażenie, że w dyskusjach o TES demonizuje sie przesadnie (zarzuconą w Skyrim) możliwości rozwinięcia wszystkich umiejętności – level scaling srogo karał buildy postaci w stylu Jack of all trades, no chyba że już się było master of all.

        Co oczywiście jest sprawą drugorzędną, bo sam często powtarzam, że to świat jest w TES głównym bohaterem, a postać gracza będzie miała charakter, jeśli tylko gracz zdecyduje się jej jakiś nadać. Zabawne są moje rozmowy z kolegą, z którym wspólnie odbieraliśmy preorder, a który chwyta się każdego możliwego zadania i nie opuszcza osady, jeśli nie jest pewien, że wszystko wokół oczyścił, podczas gdy ja odmawiam pomocy w rabunku, no bo przecież nie jestem złodziejem.

        Świat jest ciekawie poukładany, większość questów, nawet tych generowanych, stara się być w nim mocno osadzona i to jest ogromny postęp względem Obliviona (i powrót do czasów Morrowinda), nawet jeśli we frakcyjnych opowieściach nie ma miejsca na cokolwiek zmieniające wybory. Wszędzie pełno dzienników i notatek. Brakowało mi dziś oznaczenia jednego miejsca na mapie – pewne rzeczy się od czasów Buggerfalla nie zmieniły – ale udało mi się je odnaleźć z pomocą zapisków innego podróżnika. Jeszcze gdzie indziej natrafiłem na dziennik najemnika, który ochraniał bretońskiego badacza – i już wiem, że nie spocznę, aż nie znajdę ośmiu smoczych kapłanów, choć w dzienniku żaden quest się nie aktywował. W końcu rodak życie na tym postradał, ktoś musi dokończyć.

        I tak właśnie – włóczę się.

        Odpowiedz
  3. Damian

    mrrruczit możesz przypisać sobie dowolny element ekwipunku pod konkretny klawisz. Wciskasz „Q”, najeżdżasz na przedmiot który Cię interesuje i wciskasz przykładowo „1”.

    Odpowiedz
    1. mrrruczit

      Czyli da się normalnie wyciągać miecz/łuk/łykać miksturki naciskając po prostu 1, 2, 3…? Dzięki Damian, właśnie zacząłem tęsknić za nowym kompem…

      Odpowiedz
  4. Matesko

    Nigdy nie grałem w żadnego TESa, ale ten tekst wydał mi się przepiękny. Dzisiaj chyba mniejszość „wkłada” w grę własną wyobraźnię.
    Hm, czy Daggerfall nie został udostępniony za darmo? Jakoś nabrałem ochotę…

    Odpowiedz
    1. japko

      Jest, dostępne są nawet wygodne instalatory, z którymi nie trzeba męczyć konfiguracji DOSboxa – np. tutaj. W razie podjęcia próby mogę nawet zasugerować sterowanie, bo domyślne jest dla współczesnego gracza nie do ogarnięcia :)

      Odpowiedz
  5. Pancho

    W Skyrima na pewno kiedyś zagram, ale podobnie jak Misiael do tej pory nie przekonałem się do całej serii. Daggerfall był dla mnie strasznym rozczarowaniem. Obiecywali gigantyczny, barwny świat fantasy, a ostatecznie był CopyPasteLand i Buggerfall. Morrowind mnie szybko znudził, podobnie Oblivion. Nie połknąłem bakcyla. W cRPG jestem emocjonalnie związany z Ultimą, Gothickiem i Kotorem (dobre wspomnienia mam też po pierwszym Mass Effect, Fallout 3, Arkanum i Deux Ex: Human Revolution). No i ostatnio zaraziłem się fenomenem Demon’s Souls, choć trochę nie wypada stawiać go w rzędzie z pełnoprawnymi reprezentantami gatunku. Niemniej nietypowym zjawiskiem jest bez wątpienia (podobnie jak jego młodszy brat Dark Souls).

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *