Prawo, etyka i gry wideo (2)

Jak osobliwie, niczym oksymoron, by to nie brzmiało, jestem anarchizującym legalistą. Także w kwestii omawianej pod niniejszym szyldem. Uważam, że prawo jest dobre – jeśli jest dobre. Czyli gdy stoi na straży społeczeństwa i jednostki, innymi słowy: na straży sprawiedliwości. I w dobrej woli, bo tak pojmuję powinność obywatelską, staram się domyślnie traktować jako słuszne każde prawo. Element anarchii tkwi w zdrowej obywatelskiej czujności. Otóż gdy dochodzę do wniosku, że dane prawo sprawiedliwości nie służy, rewiduję swój nań pogląd. A prawu zdarza się zawodzić choćby dlatego, że jak każda reguła społeczna może nie przystawać do konkretnych przypadków nie przewidzianych przez autorów danego paragrafu (nawet gdy generalnie – w ujęciu statystycznym – się sprawdza). Bywa i tak, że prawo jest wynikiem skutecznego lobbingu potężnej grupy nacisku, w efekcie chroni jej interesy kosztem cudzych; niewykluczone, że także moich. W takiej sytuacji mam, uważam, moralne prawo kierować się swoją własną oceną: prywatnym azymutem uczciwości.

Z takiej właśnie pozycji patrzę na problem nielegalnego kopiowania zapisywanych w formie cyfrowej dóbr, w tym gier wideo, a także na handel nimi. I nie w każdym przypadku jestem przekonany, że to, co zgodne z literą prawa, jest zgodne z duchem prawa. I że to, co z literą prawa zgodne nie jest, rzeczywiście zasługuje na potępienie.

Jako że ostatnio padały pytania, kim jest Stasiek B. – voilà! Tu jeszcze z czasów małego „b”. Dziś jest panem „B”.

Głównym powodem powszechnego sporu o to, co w omawianym przypadku jest kradzieżą, a co nie – liczba komentarzy pod pierwszą częścią tego tekstu dobitnie dowodzi, że są do takiej różnicy zdań podstawy – jest historycznie uwarunkowana niezgodność dzisiejszych zasad dotyczących dostępu do kopii elektronicznych z wciąż obowiązującym uzusem dotyczącym dostępu do tych samych dóbr zapisanych na materialnych nośnikach. Czy ktokolwiek, kto kupi w kiosku „Przekrój” i da go w domu do przeczytania rodzinie, namawia do draństwa? Przecież, zgodnie z duchem lansowanych dziś zasad (dobrem, za który należy się zapłata, jest produkt intelektu, nawet w oderwaniu od nośnika) rodzinka, która czyta na łamach „Przekroju” o perypetiach Staśka Brontozaura, mimo że za pismo nie zapłaciła, narusza prawa wydawcy i autora. Za wspólną lekturę papierowego „Przekroju” nikt się nie obrusza. Spróbujcie jednak przesłać komuś nielegalną kopię elektronicznej edycji „Przekroju” (strona „P” jest dostępna tylko dla osób, które za to zapłaciły), a będzie to postrzegane zupełnie inaczej.

Wciąż nie widzimy nic złego w pożyczaniu książek. Wciąż za placówki bardzo pożyteczne uważa się biblioteki, czyli – gdyby zastosować wobec nich kryteria etyczne obowiązujące w dzisiejszym świecie kopii cyfrowych – złodziejsko-paserskie meliny. Przecież ten, kto przeczyta książkę (wciąż objętą prawami autorskimi, bo na przykład Sienkiewicz nie liczy na tantiemy), nie płacąc za ten przywilej, nie różni się od tego, kto skopiuje na dysk komputera płytę Sade. Nie różni się, dodajmy, w kategoriach elementarnej logiki. Prawo to inna para kaloszy – bywa przecież na tym polu szalenie niekonsekwentne.

Kiedyś wszystko było proste i logiczne jak działania na zbiorach: kupiłeś bukiet kwiatów od handlarki lub go jej ukradłeś. Dziś można ukraść kwiaty i sprzedać je, mimo że bukiet handlarki wciąż czeka na nabywcę. Józef Pankiewicz „Targ na kwiaty pod kościołem Saint Madeleine w Paryżu” (1890)

Te różnice mają pewne podstawy w powszechnym rozumieniu dobra ogółu. Słowo pisane – książki, ale i prasa – postrzegane jest jako uniwersalna wartość. Kto czyta, nie tylko polepsza jakość swojego życia, ale i staje się bardziej wartościowym obywatelem, ergo: całe społeczeństwo na tym korzysta. W związku z tym pożyczanie książek łatwo oceniać łagodniej niż, powiedzmy, ściąganie z torrentów gier wideo – produktów postrzeganych jako czysto rozrywkowe, bez większej wartości.

I, mówiąc brutalnie, jest w tej dychotomii postaw jakaś elementarna logika. Działalność bibliotek niesie korzyści nam wszystkim; także tym, którzy nie czytają nic. Z istnienia torrentów z grami społeczeństwo nie odnosi zysków. Dobro powszechne to notabene istotny element w równaniach, które pomogą nam ustalić, co w dziedzinie kopiowania produktów umysłu jest dopuszczalne, a co nie. Jak już bowiem wiecie, wychodzę z założenia, że sztywne rozumienie obowiązujących zasad prawnych nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem, gdy chcemy postępować jak najlepiej, zgodnie z własnym sumieniem i pojmowaniem sprawiedliwości.

Gdzieś w tekście pada uwaga o Sade. Absolutnie każdy pretekst jest dobry, by zaprosić ową damę do Jawnych Snów. Mam nadzieję, że nie miałaby mi za złe przypomnienia tej piosenki, mimo że nie zapłaciłem tantiem. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak to wygląda od strony prawnej – czy sięgając po muzykę z YouTube, potykam się teraz o jakiś paragraf?

Próba odklejenia wycenianego w ofercie produktu od jego nośnika, którą właśnie obserwujemy, nie w każdym przypadku – tak to ujmijmy taktownie – jest wyrazem troski o ochronę praw wszystkich stron transakcji. Wydawcy, bywa, występują przeciw nam, konsumentom, z pozycji siły, by zwiększyć swoje zyski. Widać to w przypadkach rażącej asymetrii w rozumieniu tego, co czego tak naprawdę nabywamy prawa, kupując dobra zapisywane w formie cyfrowej.

Kilka lat temu mocno mną zatrzęsło, gdy rzeczniczka firmy Sony oświadczyła, że nabywca legalnie kupionej płyty z muzyką nie ma prawa skopiować jej na inne nośniki. Reasumując: wydawca, gdy oskarża nabywcę o udostępnianie lub pobieranie treści w formie cyfrowej, powołuje się na to, że nie nośnik jest ważny, ale zapisana na nim treść. Gdy nabywca, w myśl tej samej reguły, chce przenieść nabytą treść na inne nośniki – by, powiedzmy, móc słuchać muzyki z kupionej płyty także w samochodzie – wydawca przestawia wajchę na zwrotnicy i nagle okazuje się, że to nie treść, a nośnik jest najważniejszy. Po fali protestów wkurzonych klientów Sony spuściło z tonu, ale ten przypadek pokazuje, że nie ze wszystkim powinniśmy się zgadzać jak te owce. Wydawcy muzyki do dziś zresztą stosują dokładnie tę samą co opisana wyżej filozofię Kalego, lekceważąc prawa nabywców. Skoro kupując płytę, kupuję prawa do zapisanych na niej treści, dlaczego w pudełku nie znajduję kodu upoważniającego do pobrania nabytej muzyki z serwera, gdy coś się stanie z nośnikiem? Tak jak to ma choćby miejsce przy kupowaniu gier powiązanych ze Steamem? Przecież płyty CD, o czym już dobrze wiemy, mają krótką żywotność. O co chodzi w tym przypadku wydawcom, wie każdy, kto kupował parę razy ten sam ulubiony album, bo poprzedni pękł lub posłużył dziecku do ozdobienia zamku w piaskownicy.

Walczmy o swoje prawa.

http://youtu.be/Ha3ktAL4SNo

Żyjemy na przełomie epok. Jeszcze nie okrzepł nowy ład, a stary już się nie sprawdza najlepiej. Dopiero uczymy się określać i respektować wartość wymiernych dóbr wirtualnych, nie zakotwiczonych w świecie materialnym; testujemy coraz to nowe rozwiązania rynkowe, które pozwolą na rozsądnych zasadach obracać produktami podlegającymi nieskończonej bezstratnej replikacji. Nie nadąża za tymi zmianami ani zbiorowa mentalność, ani prawo. Z jeden strony powszechnie szanowane i legalne biblioteki publiczne – z drugiej potępienie i sankcje wobec osób ściągających z serwerów dobra w formie cyfrowej, w tym książki(!). Iście schizofreniczne rozszczepienie postaw.

Nic dziwnego, że tak się miotamy, próbując ustalić wreszcie jakiś consensus. Moje zdanie na ten temat jest takie: musimy zdać się na indywidualny osąd. Powinniśmy postępować zgodnie z własnym rozumieniem tego, co w danej konkretnej sytuacji jest właściwe, sprawiedliwe, a co nie. Nie istnieje żadna uniwersalna matryca, do której moglibyśmy przyłożyć dowolny rozważany przypadek, by ustalić bezspornie: to jest słuszne, a to nie. Możemy się wspierać jedynie uniwersalnymi metaregułami, jak: „Nasze działanie nie może szkodzić innym”, „Respektujemy oczekiwania twórców dóbr, z których korzystamy”, „Staramy się w miarę możliwości podejmować takie działania, które przynoszą korzyści społeczności” etc., etc. Jak to działa, pokażę na przykładzie sytuacji, w której możemy przyjąć różne postawy – wobec prawa, wobec dobra powszechnego, wobec producentów dóbr, w których posiadanie chcemy wejść.

Sprawiedliwość niejedno ma imię. Astraea (w języku polskim także Astrea lub Astraja) - grecka bogini sprawiedliwości, tak jak jej matka Temida - pojawia się w grze „Demon's Souls” jako przeciwnik. Co za ironia, że zwalcza Sprawiedliwość ten, kto zapłacił za grę, a nie - bo i tak bywa - ten, kto mu sprzedał ją z drugiej ręki

Przejdźmy zatem do przyjrzenia się procederowi, który był dla mnie głównym powodem napisania tego tekstu. To przykład na to, jak bezradne bywa prawo wobec powyżej opisanych wyzwań. Proceder ów jest zgodny z prawem, praktykowany powszechnie – także w naszym kraju – a przy tym, moim zdaniem, nieetyczny i szkodliwy. To handel używanymi grami.

Po pierwsze: wytwórca dóbr ma dobre prawo decydować, na jakich zasadach klient może z nich korzystać. Autorzy oprogramowania stawiają sprawę jasno: najważniejsze jest nie pudełko, nie płyta nawet, ale to, co na niej zapisano. Nabywamy prawo do korzystania z oferowanego oprogramowania – w tym przypadku gry. Ktoś, komu grę sprzedamy, takiego prawa nie ma – nie zapłacił wytwórcom danych dóbr. Patrząc na sprawę uczciwie, zgodnie z moją oceną ten, kto korzysta z gry (kupionej z drugiej ręki), mimo że za nią nie zapłacił, nie różni się od tego, kto ściągnął ją nielegalnie z torrentów lub kupił od stójkowych rosyjskiej mafii na bazarze. Notabene zarabianie na pośrednictwie, w wyniku którego ktoś wszedł w posiadanie dóbr – wbrew oczekiwaniom wytwórców danych dóbr – za które nie zapłacił, jakoś mocno kojarzy mi się z paserstwem. A Wam?

„Jupiter i Astraea”, Giulio Campi (ok. 1500 - 1572)

Taki handel, choć legalny, nie tylko w swej istocie nie różni się od tego, co ma miejsce w szarej strefie internetu. Jest jeszcze bardziej szkodliwy niż to, co zwykło się powszechnie określać piractwem. Wyciąga bowiem pieniądze od osób, które chcą być fair, nabywając grę legalnie. Gdy Empik odwiedza tata szukający dla dziecka zamówionej na urodziny popularnej gry futbolowej i widzi, że może ją kupić znacznie taniej, to trudno mu się dziwić, że nie sięgnie po nowy egzemplarz. Autorzy i wydawca gry nie dostaną ani grosza z pieniędzy, które mogły do nich trafić – gdyby Empik nie skusił uczciwego nabywcy solidnym „rabatem”.

Legalne? Jak najbardziej. Ale gdy patrzeć na to w kategoriach nie prawnych, tylko etycznych, to jest to rozbój w biały dzień.

Przyjrzyjmy się trzem różnym wyjściom z podobnej sytuacji. Przyjmijmy dla wygody, aby łatwiej się liczyło, że gra używana kosztuje 100 zł – połowę tego, co nowa za 200 zł. Przychodzimy do sklepu, w którym można kupować i „nówki”, i „używki”. Mamy w ręku 200 zł.

1. Kupujemy dwie gry używane, po 100 zł każda.
Kto zyskuje: sklep. Czy łamiemy prawo: nie.

2. Kupujemy jedną grę nową za 200 zł, drugą ściągamy z torrentów.
Kto zyskuje: twórcy i wydawca kupionej gry, także sklep – choć mniej, niż gdybyśmy kupili dwie używane gry po 100 zł. Czy łamiemy prawo: tak.

3. Obie gry ściągamy z torrentów. 200 zł wysyłamy na konto Polskiej Akcji Humanitarnej, z przeznaczeniem na kopanie studni w Afryce
Kto zyskuje: najbardziej potrzebujący (dobro społeczne). Czy łamiemy prawo: tak.

W każdej z tych trzech sytuacji weszliśmy w posiadane dwóch gier. Tylko w jednej z nich całkowicie legalnie. Jest to zarazem jedyny przypadek, w którym na naszych pieniądzach pasie się wyłącznie cwany pośrednik wykorzystujący lukę w prawie. Ani nie zyskują na tym ci, dzięki którym gry do nas trafiają, ani nie rośnie dzięki temu dobro społeczne.

Wybierajcie.

(Ciąg dalszy, gdy się zepnę. Dziś ze wszystkim niestety nie zdążyłem)

37 odpowiedzi do “Prawo, etyka i gry wideo (2)

  1. Michał Gancarski

    Obiecałem sobie, że już nie będe, więc jedynie powiem, że to dobrze, że zająłeś się tematem logicznego i praktycznego rozjazdu starego myślenia w zetknięciu z nową rzeczywistością.

    Bo to wszystko sprowadza się do jednej prostej zasady – bezpośrednio zarabiać można jedynie na rzadkości, a dzięki dystrybucji cyfrowej żyjemy w czasach jej braku (czasach obfitości). Zysk pochodzić musi więc z rzadkości nowego rodzaju. Można wypracować ją w sposób szkodliwy dla innych pryncypiów (jak swoboda wyrazu w internecie i zwykłe poniechanie psucia jego technologicznych podstaw) albo i nieszkodliwy, poszukując tych jej form, które promowane są poprzez obfitość właśnie (np. Trent Reznor i limitowane, fizyczne edycje albumów rozdawanych za darmo). Takie zresztą jest uzasadnienie dla istnienia każdej formy tzw. własności intelektualnej.

    Ale dla mnie to koniec dyskusji w tym temacie bo co prawda są fascynujące ale i zabierają czas. Chętnie jednak będę śledził komentarze innych.

    Odpowiedz
  2. Forge

    3. Obie gry ściągamy z torrentów. 200 zł wysyłamy na konto Polskiej Akcji Humanitarnej, z przeznaczeniem na kopanie studni Afryce
    Kto zyskuje: najbardziej potrzebujący (dobro społeczne). Czy łamiemy prawo: tak.

    Komunizm się nam zakradł na Jawne Sny… Ciekawa to logika – mogę kraść dla siebie tak długo, jak pomagam przy okazji innym :O Dostajesz usługę, nad którą ktoś się napracował – zapłać! A 200zł dla murzynków odłożysz np. robiąc sobie miesiąc bez alkoholu.

    Absurdy w stylu działań Sony też nie usprawiedliwiają tego procederu.

    Notabene zarabianie na pośrednictwie, w wyniku którego ktoś wszedł w posiadanie dóbr – wbrew oczekiwaniom wytwórców danych dóbr – za które nie zapłacił, jakoś mocno kojarzy mi się z paserstwem. A Wam?…
    Nie, gdyż nośnik nie może być używany przez pierwszego nabywcę, który zrzeka się prawa czy możliwości do grania na rzecz drugiej osoby. Zaś producent nie traci, bo gra została kupiona. I jeśli ktoś chce zagrać, to musi ten nośnik kupić – a nie po prostu ściągnąć dla siebie.

    W ogóle mam nadzieję, że to tekst prześmiewczy, a ja to wszystko powyżej napisałem nie wyczuwszy tej ironii. Z całym szacunkiem do autora.

    Odpowiedz
    1. Olaf Szewczyk Autor tekstu

      @Forge „Komunizm się nam zakradł na Jawne Sny… Ciekawa to logika – mogę kraść dla siebie tak długo, jak pomagam przy okazji innym :O Dostajesz usługę, nad którą ktoś się napracował – zapłać! A 200zł dla murzynków odłożysz np. robiąc sobie miesiąc bez alkoholu.”

      Hola, to nie tak, jak to próbujesz odczytać! Ja nigdzie nie twierdzę, że to jest rozwiązanie, które promuję. Dla mnie optymalna jest sytuacja, gdy płacisz za nowe gry, by zarobili na nich autorzy i wydawca, i ponadto wysyłasz dodatkowo 200 zł na PAH. Podałem ten przykład tylko po to, by zderzyć go z sytuacją, gdy płacisz za grę, a dla osób, które powinny na niej zarobić, to nie ma znaczenia. Bo równie dobrze mógłbyś ją kupić od mafii na bazarze.

      Swoją drogą, czy naprawdę nie widzisz, że ja w tym tekście rozszerzam, a nie zawężam przestrzeń sytuacji związanych z pozyskiwaniem gier, które uważam za naganne?… :/

      No przecież, na miłych bogów uważności i przytomnego osądu, nie staję w obronie tak zwanego piractwa! Ja lekko przesuwam jego terytorium, by te granice przystawały do rzeczywistości, a nie opierały się wyłącznie na paragrafach, które nie są w stanie objąć nawet tak jawnej hucpy, jak zarabianie na wtórnym rynku gier!

      Odpowiedz
      1. Forge

        Cieszę się, widząc te wyjaśnienia :)

        Nadal nie rozumiem czemu nazywasz wtórny rynek gier hucpą. Producent, po otrzymaniu pieniędzy za prawo do korzystania z gry pozwala Ci ją przekazać ją dalej, po jej uprzednim użyciu, bądź jego braku . On już swoje pieniądze zainkasował. Co innego, jakbyś oddał grę komuś zachowawszy ją na dysku, czy zrobiwszy dla siebie kopię. Ale nie o tym mówisz…

        Odpowiedz
  3. Bartłomiej Nagórski

    Hmm, o ile zgadzam się w kwestii piractwa, że jest ono co najmniej nieoczywiste, to w przypadku kupowania używanych gier mówię zdecydowane weto.

    Dla mnie to jak ze sprzedażą już przeczytanej książki – nacieszyłem się treścią, teraz niech się z nią zapozna ktoś inny. Tak, autor nie dostanie za tego nowego klienta złamanego grosza – trudno. Jakiś procent wszystkich dóbr kultury rusza dalej, bo się znudził / przeterminował / nigdy nie był dostatecznie fajny.

    Dragon’s Age i Mirror’s Edge nie sprzedam dalej, tak jak nie rozstanę się z moimi książkami Pratchetta czy Perez-Reverte’a. Autorzy bowiem stworzyli je tak genialnymi, że sam fakt posiadania ich na półce po zapoznaniu się z treścią jest dla mnie rekomfortujący. Jeżeli zaś po przyswojeniu treści czuję satysfakcję, ale nie odczuwam potrzeby powracania do niej – to moim psim prawem jest się jej pozbyć, zresztą najczęściej ze stratą.

    Nie mówiąc już o tym, że czasem zdarzają się zakupy nietrafione – autor napisał straszną kaszankę, płyta okazała się być słaba, gra piękna, ale wkurza gameplayem – a z tych czy innych względów (brak dema czy zakup impulsowy), nie było możliwości sprawdzić wcześniej. I co, mam zostać wtedy z gniotem i w imię potencjalnie straconych zysków autorów stracić wydane pieniądze? O nie, Olafie. Że zacytuję Nianię Ogg: „Spróbujta innego numera, ten nie przejdzie”.

    Odpowiedz
  4. Bartek (BD)

    Olaf, pozwolę sobie wyrazić kilka wątpliwości. Napisałeś tak:

    „Proceder ów jest zgodny z prawem, praktykowany powszechnie – także w naszym kraju – a przy tym, moim zdaniem, nieetyczny i szkodliwy. To handel używanymi grami”.

    A potem tak:

    „Po pierwsze: wytwórca dóbr ma dobre prawo decydować, na jakich zasadach klient może z nich korzystać. Autorzy oprogramowania stawiają sprawę jasno: najważniejsze jest nie pudełko, nie płyta nawet, ale to, co na niej zapisano. Nabywamy prawo do korzystania z oferowanego oprogramowania – w tym przypadku gry. Ktoś, komu grę sprzedamy, takiego prawa nie ma – nie zapłacił wytwórcom danych dóbr. Patrząc na sprawę uczciwie, zgodnie z moją oceną ten, kto korzysta z gry (kupionej z drugiej ręki), mimo że za nią nie zapłacił, nie różni się od tego, kto ściągnął ją nielegalnie z torrentów lub kupił od stójkowych rosyjskiej mafii na bazarze”.

    Moim zdaniem, jest tak: jedno z dwojga. Albo opisany przez Ciebie proceder jest legalny, a wtedy osoba, która kupiła z drugiej ręki program komputerowy, nabyła uprawnienie do korzystania z niego w ramach licencji ustawowej i/lub umownej. Albo ów proceder nie jest legalny, a wtedy taka osoba nabywając z drugiej ręki program komputerowe nie nabywa rzeczonego prawa.

    W rodzimym prawie spełniona jest pierwsza z podanych opcji. Patrz – instytucja wyczerpania prawa w naszym prawie autorskim. Dzięki tej instytucji można nabyć z drugiej ręki wraz z egzemplarzem programu prawo do korzystania z niego w ramach stosownej licencji, nie płacąc jednak za nabycie tego prawa podmiotowi posiadającego prawa autorskie majątkowe do owego programu. Dlatego twoja analogia do osoby kupującej grę od stójkowych rosyjskiej mafii na bazarze jest chybiona.

    To po pierwsze. Po drugie, wpływ na etyczną ocenę czynu ma w interesującym nas kontekście to, czy oceniany w ten sposób czyn narusza w ramach obowiązującego prawa czyjeś uprawnienia. Omawiany proceder nie narusza. Odpada więc jeden z powodów do uznania tego procederu za nieetyczny. Są jakieś inne racje?

    Po trzecie, twoje zarzuty pod adresem procederu handlu używanymi programami komputerowymi można uogólnić na handel używanymi utworami dowolnego rodzaju. To z kolei sugeruje redukcję do absurdu twojej argumentacji. Patrz:

    „Po pierwsze: wytwórca dóbr ma dobre prawo decydować, na jakich zasadach klient może z nich korzystać. Autorzy powieści stawiają sprawę jasno: najważniejsza nie jest książka, ale to, co w niej zapisano. Nabywamy prawo do korzystania z oferowanego tekstu literackiego – w tym przypadku powieści. Ktoś, komu książkę z powieścią sprzedamy, takiego prawa nie ma – nie zapłacił wytwórcom danych dóbr. Patrząc na sprawę uczciwie, zgodnie z moją oceną ten, kto korzysta z powieści (kupionej z drugiej ręki), mimo że za nią nie zapłacił, nie różni się od tego, kto ściągnął ją nielegalnie z torrentów lub kupił od stójkowych rosyjskiej mafii na bazarze”.

    Jeśli ten przykład do Ciebie nie przemawia, to tam, gdzie mowa jest o książce wstaw sobie słowo „nośnik”, a słowo „utwór” tam, gdzie o tekście literackim i powieści.

    Pozdrawiam

    Odpowiedz
  5. Bartosz Grzesiowski

    Mimo wszystko lepiej chyba nie przywiązywać się do miana „anarchizujący legalista”. Legalizm raczej kojarzę z postawą wiążącą się z bezwzględnym poszanowaniem prawa w jego obowiązującym kształcie. Czemu by miało służyć wyróżnienie odmiany anarchizującej? Pańskie poglądy wiązałbym raczej z doktryną prawnonaturalną.

    Co do użyczania książek: problem leży nie w tym, że ktoś korzystając ze swych praw w ramach użytku osobistego pozwala znajomym czytać swój egzemplarz „Przekroju”. Prawa na dobrach niematerialnych chronią wydawcę m.in. przed „zapożyczeniami” ze strony konkurentów. Problemem jest porównywanie pożyczania książki i zwielokrotniania dzieła cyfrowego, udostępnianego nie w ramach dozwolonego użytku osobistego, lecz w publicznej sieci komputerowej, co uniemożliwia kontrolę dostępu do wspomnianego dobra, rozpowszechnianego przecież na zasadach określonych w licencji użytkownika. Co innego, gdy chodzi o odsprzedaż praw użytkownika. Licencjodawca może przecież uniemożliwić dalsze zbywanie praw do dobra cyfrowego — EA bodajże blokowało już dostęp do rozgrywek sieciowych graczy, którzy kupili używaną grę. Jeżeli jednak wybiera tę opcję, musi liczyć się z niezadowoleniem graczy.

    I na koniec zetknięcie z Nową Rzeczywistością. Nie wiem, w jaki sposób przyjmując, że uprawniony nie traci z powodu uzyskanego przez niepowołaną osobę dostępu do dobra niematerialnego (gdyż nie poniósł żadnych kosztów zwielokrotnienia; nawet tych polegających na ew. kosztach przesyłu danych), mógłby on w sposób uzasadniony domagać się zysku po wypracowaniu sztucznej rzadkości (zapewne w postaci filtrowania treści). Przecież również w tej nowej rzeczywistości, w razie „scrackowania” gry i jej rozpowszechniania na straganie, nie ponosi żadnych kosztów, które ponosi np. właściciel myjni.

    Moim zdaniem nie chodzi o to, że dobra cyfrowe można bez kosztów uprawnionego zwielokrotniać. Obecnie wszelkie dobra można „niemal bez kosztów” zwielokrotniać, również „fizyczne” książki, wiele wynalazków. Koszty osoby kopiującej są najczęściej niższe. Ale rzecz w tym, by chronić interes twórcy i uniemożliwiać bez jego zgody dostęp do jego dóbr na zasadach innych, niż dopuszczonych ustawą, tak by mógł korzystać z owoców swojej pracy. W przeciwnym razie nie ma on gwarancji, że konsument zechce zapłacić za dobro, które może nabyć bez kosztów twórcy, bez uszczerbku dla niego, bez wysiłku. Może w końcu zabraknąć motywacji twórców do rozpowszechniania ich dzieł, co ma już miejsce na rynku gier PC (nieopłacalność portów).

    Odpowiedz
  6. Dahman

    Nie można porównywać biblioteki z torrentami. Tak samo jak korzystania z kopii używanych z tzw. zapasowymi. W momencie kiedy „dystrybucja cyfrowa przez torrent” nie ma żadnego ograniczenia i wytwarza się tyle kopii ile potrzeba, to kiedy jest fizyczny egzemplarz, rozprzestrzenianie się go jest ograniczone. Jedna książkę przez lata w bibliotece może przeczytać setka osób, kopie ebooka może ściągnąć setka osób w ciągu minuty.

    Zgadzam się i stanowczo buntuję przeciwko ostatnim politykom wydawniczym Ubisoftu, EA, Sony, itd. Oni nie szkodzą piratom, oni szkodzą uczciwym klientom. Doprowadziło to do tego, ze przestałem kolekcjonować gry, kupuję i na bieżąco sprzedaję, bo na co mi buble, które mają zablokowaną treść jakimiś kodami?

    Myślę, że zamiast moralizować na temat piractwa, warto podjąć temat rypania w tyłek klientów przez wielkie koncerny.

    Odpowiedz
  7. Bartosz Grzesiowski

    Nie kupuję tego argumentu z łatwiejszym dostępem do gier z warezów. Ją również trzeba pobrać, bądź przez cierpliwe pobieranie poszczególnych części archiwum, bądź przez torrent (gdzie szybkość pobierania zależy chyba od ilości klientów), tak samo się ją łata, za każdym razem dodatkowo trzeba pobrać cracka, dodatkowo w teorii możesz narazić się na złośliwe oprogramowanie. Nie mówiąc o konieczności rozpakowania archiwum i często zamontowania obrazu płyty. Takie działania podejmuje się nie z wygody, raczej dlatego, że gra wcześniej wyciekła albo nie stać kogoś na zakup.

    Odpowiedz
  8. ghror

    Idąc tokiem rozumowania autora, należałoby zakazać handlu wszystkimi używanymi rzeczami. Bo kupując np. używany samochód pieniądze nie trafiają do fabryki tylko do komisu/poprzedniego właściciela. Dla mnie chora i nieetyczna jest sytuacja odwrotna – tzn. gdy kupię grę w dystrybucji cyfrowej i nie mogę jej nikomu odsprzedać. Burzy się we mnie wtedy kapitalista, bo toż to całkiem przeciw wolnemu rynkowi, nawet faszyzmokomunizmem mi zalatuje.
    P.S.Smutna to wizja, takiego świata, w którym nie można do woli rozporządzać przedmiotami które nabyło się za swoje ciężko zarobione pieniądze.

    Odpowiedz
    1. Bartosz Grzesiowski

      Na steamie nie kupujesz gry, tak jak w Empiku, tylko uzyskujesz możliwość do wielokrotnego pobierania gry na różnych komputerach, wraz z usługami społecznościowymi. Gdyby nawet była taka możliwość, nie rozporządzałbyś grą z dystrybucji cyfrowej jak własną płytą, bez interwencji Valve, lecz obciążeniem ich serwera, rujnując przy tym ich politykę cenową. Co miałoby skłonić ich do umożliwienia kupna gry osobie trzeciej po niższej cenie, której muszą zapewnić ściągnięcie gry i usługi chmury, skoro w obecnym stanie rzeczy należy im się od tej osoby tyle, na ile swe usługi wycenili (i uwzględnili w planie finansowym)?
      Pomijam już kwestię utrudnień związanych z kontrolą tego, czy gracz zbywający grę odinstalował.

      Odpowiedz
    2. Aśka

      Podpisuję się pod powyższym komentarzem. W świetle tego artykułu nieetyczne staje się odsprzedawanie czegokolwiek. Etyczne jest jedynie wyrzucenie tego na śmieci (albowiem w dzisiejszych czasach pojemność przeciętnego mieszkania jest ograniczona i nie można wszystkiego przetrzymywać w nieskończoność) i zwiększenie problemu z nadprodukcją odpadów, co jest bardzo etyczne (tak, wiem, że cyfrowe produkty nie stwarzają tego problemu, ale mówię teraz o nieetyczności odsprzedawania czegokolwiek). Mniejsza o to, że dzięki możliwości odsprzedania niepotrzebnych mi produktów (które w wypadku gier odsprzedaję często z powodu już wyżej przez kogoś nadmienionego, że nie spełniły moich oczekiwań – czyt. zrobiły mnie w bambuko zgodnie z zasadą, że nielegalny jest dostęp do całego produktu przed zakupem, możemy się jedynie oprzeć na demie lub recenzji, na czym straciłam już setki złotych. Czułabym się jakbym kupowała sweter obejrzawszy jeden rękaw i później nie mogła go oddać ani odsprzedać) mogę zyskać dodatkowe fundusze na zakup większej ilości kolejnych nowych gier, więc koniec końców producenci nie są tak absolutnie poszkodowani. Poza tym niektóre gry ciężko dostać poza drugim obiegiem (np. stare gry na PSXa, których jestem fanką), więc jestem bardzo wdzięczna za jego obecność.

      Odpowiedz
  9. Tomasz Ilnicki

    Olafie, ja również mam sporo zastrzeżeń do Twojego toku rozumowania. Osoba kupująca gry w drugim obiegu jest przyzwyczajona do tego, że za grę należy zapłacić. Osoba ściągająca ów tytuł z torrentów nie płaci ani grosza. Z punktu widzenia moralności oba przypadki są niemal skrajne. Z kolei biorąc pod uwagę czynnik ekonomiczny, handel „używkami” sprzyja wydawcom, gdyż istnieje spora grupa odbiorców, która regularnie zaopatruje się w oryginalne gry w dniu lub okolicach premiery tylko dlatego, że za kilka dni, jak ukończy daną grę, może je odsprzedać, dołożyć 20-30 zł i kupić kolejny produkt. Ponadto osoby kupujące używane gry z pewnością raz na jakiś czas kupią jakiś oryginał z powodu wielkiej miłości do danej serii itp.

    Uważam, że gdyby handel używanymi grami został całkowicie zniesiony (w ogóle nie miałby miejsca, teoretyzując) to wydawcy nie zarabialiby takich pieniędzy, jak obecnie.

    Wydawcy walczą z drugim obiegiem gier, gdyż są krwiopijcami. Wielkie koncerny zalazły mi za skórę poprzez wypaczenie idei DLC. Jakim prawem mam dopłacać za dodatek stanowiący element wątku głównego , który bezczelnie wycięto z produktu końcowego (AC2, PoP)? Tak więc wszelkie pomysły pokroju wyżej wspomnianych DLC czy kodów do np. trybu multi lub innych dodatków (nie mam dostępu do Internetu i nikt nie ma prawa pozbawiać mnie dodatkowych skórek dla postaci w edycji kolekcjonerskiej) uważam za chamstwo wydawców, którzy po prostu nie szanują klienta. W końcu mówimy o rzeczach kosztujących 200 zł, a nie 20.

    Ostatnią kwestią, którą chciałbym poruszyć jest fakt, że jesteś Olafie recenzentem gier, których mrowie otrzymujesz za darmo. Teraz, gdy Twoje potrzeby względem dostępu do gier zostały mocno rozbudzone ciężko by Ci było zacząć je kupować. Jeżeli chciałbyś nabyć sobie np. dwie ostatnie wielkie premiery to musiałbyś zapłacić 400 zł ( ja „pozbyłem się” 450 zł kupując Uncharted 3 i Batmana w edycjach lekko dopasionych). Kogo na to stać w naszym kraju? Będąc młodym chłopcem piraciłem na potęgę posiadając PSX-a i teraz, gdy zarabiam swoje pieniądze trudno by mi było ograć tytuły, w których jestem zakochany. Po prostu nie stać mnie na to, a potrzeby należy zaspakajać. Dlatego też niezwykle trudno oprzeć się kupnie używanej gry za 50 zł.

    Odpowiedz
  10. Tomasz Ilnicki

    „Notabene zarabianie na pośrednictwie, w wyniku którego ktoś wszedł w posiadanie dóbr – wbrew oczekiwaniom wytwórców danych dóbr – za które nie zapłacił, jakoś mocno kojarzy mi się z paserstwem. A Wam?”

    Paserstwo charakteryzuje się tym, że nabywamy produkt, który został nielegalnie pozyskany przez sprzedającego (skradziony, np. z magazynu, ewentualnie odkupiony od złodzieja – o ile mamy tego świadomość). Gra została legalnie nabyta, wobec czego nie może być mowy o jakimkolwiek powiązaniu z tym procederem.

    Odpowiedz
  11. iBoy

    Wszyscy o korsarzach i piratach a co z wynikami konkursu literackiego ???
    Czyżby nagrody zacne uległy kradzieży i ich repliki cyfrowe krążą w czeluściach internetu ??

    Odpowiedz
  12. jamrok

    Nadprodukcja kultury niskich lotów.

    Problem z piractwem wiąże się w dużej mierze z tym, że dóbr kultury, które można kupić, jest niezmiernie wiele, jednak w przytłaczającej większości nie są one warte swojej ceny. Piractwo rozwiązuje ów dysonans ceny z jakością. Pirat mówi „za chłam nie płacę”.

    Można przeprowadzić bardzo bliską analogię do książek, które stosami zalegają w księgarniach tzw. „taniej książki”, której nikt nie chce kupić po cenie okładkowej. Sytuacja zmienia się natomiast w przypadku dóbr wybitnych – wówczas częściej zdarzy się odbiorcy (nie piratowi, ani konsumentowi, a właśnie odbiorcy) zachować dany tom czy płytę, dla pochwalenia się kolegom, ukazania swojej siatki pojęciowej za pomocą ukazania zawartości biblioteczki, czy dla pożyczania czegoś, co warto polecić.

    Odpowiedz
  13. sunrrrise

    „wytwórca dóbr ma dobre prawo decydować, na jakich zasadach klient może z nich korzystać.”

    Błąd w założeniu. Wytwórca dóbr ma prawo tylko i wyłączenie decydować o dopuszczeniu towaru do obrotu, nie może decydować jak nabywca towaru będzie nim rozporządzał. Gdyby tak było to zakupione (!) przecież towary de facto nie byłyby własnością kupującego.

    Poza tym, jak ktoś wyżej dobrze zauważył, dlaczego ta sytuacja miałaby tylko dotyczyć gier, a nie np. samochodów? W tym momencie widać jak krótkowzroczne jest zrównywanie i nazywanie paserem kogoś kto sprzedaje/odkupuje samochód od poprzedniego właściciela z kimś kto kupuje/sprzedaje kradziony samochód.

    Pomijam już nawet fakt, że w dalszym ciągu nie zgadzam się na stawianie znaku równości pomiędzy własnością materialną i intelektualną.

    Odpowiedz
    1. Forge

      [i]Błąd w założeniu. Wytwórca dóbr ma prawo tylko i wyłączenie decydować o dopuszczeniu towaru do obrotu, nie może decydować jak nabywca towaru będzie nim rozporządzał.[/i]

      Jasne. Można sprawę ująć inaczej: wytwórca dóbr i usług może zaoferować usługę, nośnik dodając jedynie jako umożliwienie jej wykonania.

      Odpowiedz
    2. Dr_Judym

      @sunrrrise
      „Wytwórca dóbr ma prawo tylko i wyłączenie decydować o dopuszczeniu towaru do obrotu, nie może decydować jak nabywca towaru będzie nim rozporządzał. Gdyby tak było to zakupione (!) przecież towary de facto nie byłyby własnością kupującego.”

      Czytałeś kiedykolwiek, choćby pobieżnie, jakąkolwiek umowę pomiędzy wydawcą/dystrybutorem a użytkownikiem oprogramowania? Powyższy fragment sugeruje że ani jednej. To właśnie jest brak równości pomiędzy własnością materialną a intelektualną. Tej drugiej nie kupujesz, co najwyżej nabywasz lub zbywasz prawa do jej użytkowania innej osobie. I nie jest to żadne piractwo, bo tę kwestię również opisują umowy użytkownika. Zazwyczaj jest tak, że posiadacz oryginału musi zniszczyć wszystkie fizyczne kopie/nośniki oprogramowania lub przekazać je osobie trzeciej, wraz dołączonymi materiałami drukowanymi, pudełkiem, kluczem itd.

      Oczywiście w umowach amerykańskich wydawców jest również tona różnych bzdur w tym zakresie, głównie ze względu na naturę ich prawodawstwa, ale na terenie UE jest tak, że wszystkie te niedorzeczne/nielegalne z naszego punktu widzenia postanowienia umów są uznawane za nieważne i zastępowane prawem obowiązującym w UE lub w danym kraju i tyle.

      Odpowiedz
  14. Marcin

    Na tym blogu pisze się różne głupotki, ale ten tekst – z tezą że handel używanymi grami jest nieetyczny i szkodliwy – przechodzi moje ludzkie pojęcie. Aaargh!

    W skrócie: jeśli sklepy (komisy? giełdy?) z używanymi grami istnieją, to kupujący nową, nie-używaną grę w sklepie ma świadomość, że kupuje coś co ma zbywalną wartość, więc częściej go stać na kupno takiej nowej gry za 150zł, niż gdyby tego handlu używanymi grami nie było. Zakaz handlu używanymi grami prawdopodobnie nie zwiększyłby sprzedaży nowych gier, a na dłuższą metę pewnie pogrążyłby branżę gier w konkurencji z innymi rodzajami rozrywki.

    Oczywiście, pojedynczy wydawca gry cieszyłby się, gdyby jego gry nie można było pożyczać/odsprzedawać, bo wtedy mógłby – utrzymując cenę na poziomie innych tytułów – liczyć na nieco zwiększoną sprzedaż. Ale nie jest to w interesie całej branży gier komputerowych.

    Odpowiedz
      1. Aśka

        Od tego momentu będę z uwagą śledzić Pańskie komentarze, Panie Marcinie. Jeśli ta strona dla Pana jest na poziomie głupotek, innymi słowy jest Pan sam na znacznie, znacznie wyższym poziomie intelektualnym, to z niecierpliwością czekam na Pańskie wypowiedzi, bo skoro już ta strona znacznie mnie rozwija, to co dopiero będzie się działo dzięki Panu i Pańskim komentarzom!

        Odpowiedz
    1. SumioMondo

      Ktoś tu przespał ostatnie kilkanaście miesięcy, bo teza o nieetyczności kupowania używanych gier jest non stop poruszana przez twórców. Wydawcy mocno walczą z handlem „używkami” – dlatego powstają specjalne DLC i „online passes”, a tacy ludzie z branży, jak CEO Ready At Dawn czy Epic Games regularnie równają handel z drugiej ręki z piractwem (lub nawet uznają go za groźniejszy – „It’s not piracy but used games that are killing us.” – Didier Malenfant). Handlu wtórnego grami chciano w USA w pewnym momencie zakazać prawnie.

      Przecież był taki okres, gdzie dzień w dzień pojawiały się w sieci lub w magazynach growych takie perełki:

      „[Retailers are] thieves. They’re parasites and thieves. Because they don’t let the publisher participate in the used games business. They take all the money. They take a game from somebody for ten bucks and then turn around and sell it for $30, and they don’t give any of that $20 back to the original copyright holder. Something would be OK, but zero is not OK.

      I’m not saying they’re doing anything illegal. But just because you can legally steal doesn’t mean it’s not stealing. Gambling is statistically theft – people know they’re going to be stolen from.”

      “What we saw when we did the online charge for the second purchaser of UFC was we found a pretty good attach rate – it confirmed our suspicion that there are a lot of people participating in used games.” – to jest jeszcze lepsze, styl sugeruje z subtelnością młotka w łeb, że kupujący używki to zwykli przestępcy.

      Czy ja się z tym zgadzam? Nie, staję po stronie Nintendo, które z handlem używkami walczy „robiąc gry, których kupujący nie będzie chciał sprzedać”, i nie uważam, że gaming powinien być traktowany na innych zasadach niż pozostałe branże rozrywkowe.

      Wydawcy gier obecnie nie potrafią odnaleźć się na zmieniającym się rynku i podejmują bez przerwy kretyńskie decyzje, a następnie szukając ratunku do szpiku kości wysysają wszystko ze swych dojnych krów (co się stało z rynkiem gier muzycznych?). Idiotyczne walki, ba, czasem i wojny z odsprzedawaniem gier mimo wszystko są powszechne, i każdy, kto choć nieco interesuje się branżą powinien to widzieć.

      „Głupotki”. Sam często mam ochotę polemizować z tym, co piszą tu autorzy – na przykład, gdy pisze się o Heavy Rain – ale nigdy w tak „głupotkowaty” sposób.

      Odpowiedz
      1. Marcin

        Dzięki za naszkicowanie tła – bo to, że miała miejsce (nadal trwa?) kampania takiej skali wymierzona przeciw handlowi używanymi grami, wyjaśnia czemu Olaf pisze, że taki handel jest szkodliwy, a nawet nieetyczny.

        Sprawa na świecie wygląda tak, że do handlu używanymi np. rowerami nie można się prawnie przyczepić, a do handlu używanymi grami niekiedy owszem. Wobec tego wydawcy mogą wykorzystując instrumenty prawa domagać się od komisów z używanymi grami części ich zysków. W trosce o większą skuteczność tych działań (tj. mających na celu przepływ $$$ z kont komisów na konta wydawców) organizuje się takie kampanie publicystyczne. Potem ktoś to czyta bez zrozumienia i sam pisze podobnie…

        Odpowiedz
        1. Marcin

          … a zżymam się, gdy ktoś określa jako nieetyczną (i szkodliwą) sytuację, która przestanie tak być określana po tym, gdy biznes X odpali biznesowi Y p procent zysków, dla pewnego 0 < p < 100. Taka sytacja jest być może *niesprawiedliwa*, ale do rangi etyki nie dorasta, chyba że się należycie szczegółowo i precyzyjnie tę nieetyczność pokaże.

          Odpowiedz
          1. SumioMondo

            Branża działała bez problemów przez długi czas, teraz nagle zniknęły gdzieś miliony graczy z poprzedniej generacji – a zamiast zastanowić się nad modelem biznesowym i zawartością produktów, próbują wycisnąć do cna to, co mają pod ręką. Jest to krótkowzroczne i mam nadzieję, że obróci się przeciwko nim.

            Przykład DRM – kiedy w przemyśle muzycznym i filmowym przeszła już fala najbardziej absurdalnych zabezpieczeń, które krzywdziły konsumentów i cieszyły ludzi pokroju inwestorów, Ubisoft zaczął torturować graczy za to, że kupują ich gry na PC, zyskał powszechną niesławę, a teraz obraża się na rynek gier komputerowych i mówi o piractwie rzędu 95%.

            Nie jestem jakimś ultrafanem CDP, ale reszta świata powinna się od nich uczyć w kwestii relacji z konsumentem. W przypadku AC2 lepsze doznania oferowała wersja piracka – w przypadku TW2 oryginał, do którego dodatki bawią mnie do dziś. (Nasz odpowiednik Valve).

          2. Misiael

            „Mam nadzieję, że obróci się przeciwko nim.”

            A ja nie, bo postawiłoby to branżę gier w bardzo nieciekawej sytuacji. Ja mam nadzieję, że deweloprzy w porę się opamiętają i wprowadzą jakiś system, który zadowoli wszystkich.

          3. SumioMondo

            „A ja nie, bo postawiłoby to branżę gier w bardzo nieciekawej sytuacji.”

            I o to mi chodzi – dać im impuls, by poszli po rozum do głowy. Jeśli się opamiętają w porę, tym lepiej dla nas.

            Zresztą branża tak się rozrosła, że przetrwa w tej czy innej formie, ważne, by się zmieniła na lepsze.

  15. Olaf Szewczyk Autor tekstu

    Jako że przez pewien czas nie zabierałem w tym temacie głosu, melduję się dziś pod Waszymi komentarzami, zapewniając, że to nie koniec – będzie część trzecia i ostatnia, w której i odniosę się do Waszych opinii, i dam powód do kolejnych wątpliwości co do stanu mego umysłu, jak podejrzewam :).

    Przepraszam, że zamilkłem, ale po prostu nie dałem rady – za mało czasu i sił, za dużo problemów. Jak może zauważyliście, komunikaty konkursowe zdarzało mi się publikować dopiero około piątej nad ranem (i nie dlatego, że wstawałem tak wcześnie). Poza tym, a może przede wszystkim, trochę skomplikowała się moja sytuacja zawodowa. W ciągu ostatnich dni wyrzucono na bruk prawie całą redakcję „Przekroju”. Rzeź przeżyły tylko cztery osoby. To, że jestem wśród nich, niewiele jednak ułatwia. Nie macie pojęcia, co to znaczy redagować tygodnik opinii w tak – że użyję eufemizmu – kameralnym gronie. I w takiej, a nie innej atmosferze.

    Naprawdę trudno w powyższej sytuacji zebrać myśli i siły na polemikę w równie ważnym, kontrowersyjnym temacie. Ale spokojnie, w końcu się za to zabiorę.

    Odpowiedz
    1. Dawid Walerych

      @ Olaf – Jako czytelnik mam nadzieję, że nie zmieni się przynajmniej profil „Przekroju” – społeczno-naukowo-kultularny miks z małą domieszką polityki wyjątkowo mi odpowiadał. Zresztą autorzy też byli naprawdę w porządku – ze swojej perspektywy żałuję, że ten zespół został rozmontowany i dziękuję za dotychczasową, dobrą robotę. Rozumiem, że to się nie sprzedawało tak, jak pan Hajdarowicz by sobie życzył. Ech, który to już raz moje gusta nie idą w parze z dobrym biznesem… Tak czy siak – powodzenia Olafie z pismem, oby było jeszcze lepsze.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *