Latka lecą albo wołanie z grobu

Ostatnio ktoś mi powiedział, że się zestarzeję. Nie bardzo mam ochotę w to wierzyć, a i temu człowiekowi nie ufam, gdyż potem wydukał coś o śmierci, w co po prostu nie mogłem uwierzyć.

Podobno młodość jest kwestią psychiki. To częściowa prawda, gdyż znam takiego, co już w przedszkolu miał pod osiemdziesiątkę, a następnie obrał kurs odwrotny (teraz liczy sobie mniej więcej czterdzieści lat). Wiele zależy od trybu życia prowadzonego przez danego delikwenta. Weźmy najpiękniejszy z możliwych przykładów, czyli niżej podpisanego. Nie pracuję, nie mam rodziny, zaś żyję z popkultury, wskutek czego nie zauważyłem, jak na razie, upływu lat. Inni nie mieli tyle szczęścia. Ostateczną granicę stanowi oczywiście zdrowie, które, trwale nadszarpnięte, otwiera przed delikwentem perspektywę niedołężności oraz grobu. Chciałbym napisać, że wszystkich nas to czeka, ale przecież nie każdy dożyje.

Wiele mówi się o przyszłości gier, ale nigdy w tym kontekście. Gry są młodą dzieciną, stąd trudno o wiekowych graczy (dlaczego tak się dzieje, zobaczymy za chwilę). Ale za trzydzieści lat? Wyobraźmy sobie teraz dom spokojnej starości i pensjonariuszy ściskających pady w dłoniach pokrytych plamami wątrobowymi. Jak oczy im się świecą! Który to numer „Fify” sprawia im tyle radości? Łatwo obliczyć.

Starzenie się graczy wpłynie na rozwój branży. Najłatwiejszą do przewidzenia zmianą będzie dalsze obniżenie poziomu trudności. Poniżej „łatwy” pojawi się kolejny schodek: „senior”. Uwiąd komórek nerwowych i mięśniowych wymusi na producentach zmniejszenie dynamiki gier. Wskutek rosnących problemów z pamięcią i dolegliwości związanych z miażdżycą skróci się czas przechodzenia poszczególnych gier. Stareńki miłośnik konsol po prostu nie zdoła wytrzymać wielu godzin rozwalania orków, nie zdoła zapamiętać, dlaczego ich zabija, a rzecz idzie o to, aby ciągle kupował nowe tytuły. Gra łatwiejsza, trwająca około dwóch godzin – oto pieśń przyszłości.

Zmianie ulegnie estetyka. Już Max Payne siwieje wraz z graczami, którzy przeszli pierwszą część jego przygód. Nadejdą następni. Gdy się zestarzeję, najprawdopodobniej nie będę miał ochoty sterować młodzieniaszkiem, skaczącym z półki skalnej na most, a z mostu na dziewczynę. Wolałbym dostać innego starca, jeno sprawniejszego i dzielniejszego ode mnie. Dziewczyna ewentualnie może zostać. Kratos jeszcze nasmaruje swe więdnące mięśnie rozgrzewającym łojem, Marcus Fenix, skończywszy zadanie, wyjmie sztuczną szczękę, a Master Chief wreszcie zdejmie swój idiotyczny kask, ujawniając światu szczęśliwą gębę matuzalema.

Prawdziwym problemem jest coś, co nazywam intuicyjnym wglądem w naturę rzeczy. Szczególną cechą człowieka jest to, że żyje zawsze we własnej młodości. Dotyczy to również starców. Weźmy znowu mnie. Mam trzydzieści pięć lat i zaliczenie mnie do grona ludzi młodych będzie raczej aktem łaski. Opanowałem Internet, to znaczy umiem ściągnąć plik i zobaczyć gołą babę, niedawno postawiłem system, no i prowadzę bloga. Można powiedzieć, że posiadłem zdolność intuicyjnego wejścia w sferę komputerów oraz sieci. Ale na nowsze wynalazki sieciowe, w rodzaju Twittera, łapię się z ogromnym trudem. To samo dotyczy smartfonów i tabletów. Umiem używać tego szajsu, potrzebnego zresztą światu jak plagi egipskie, lecz intuicyjny wgląd w naturę rzeczy został dla mnie zamknięty. Mówiąc innym językiem: „jakoś mnie do tego nie ciągnie”.

Tymczasem dla dzisiejszych dwudziestolatków ten świat jest naturalnym środowiskiem.

Przyglądam się moim rodzicom. Oboje opanowali komputer w stopniu umożliwiającym zdobycie informacji, lecz intuicyjny wgląd w naturę rzeczy stoi przed nimi zatrzaśnięty, o czym świadczą liczne karteluszki, gdzie wynotowano czynności konieczne do wysłania załącznika. Ludzie jeszcze starsi – przyznaję, nieliczni – wciąż nie potrafią obsłużyć radia i maszyny do pisania. Naprawdę takich znam.

Innymi słowy, starzec będzie oczekiwał gier takich, jakie już zna. Niekoniecznie zmieni się przy tym w inżyniera Mamonia, tkwiącego w wiecznym kole utrapień kulturowych. Nowości pozostaną nęcące. Będzie domagał się coraz lepszych fabuł, ciekawszej grafiki, grywalności większej niż przedtem i tak dalej, chcąc jednocześnie, aby te cuda podsunięto mu w znajomych foremkach. Mam tu na myśli sposób toczenia rozgrywki i jej dynamikę, sam kształt pada i metodę używania konsoli.

Kiedy dwadzieścia lat temu grałem w pierwszą odsłonę „Prince of Persia”, moja wyobraźnia dopowiadała rysy na murach, wsadzała kępy traw między kamienne kloce i osadzała złowrogą ciemność w rozpadlinach. Usiłowałem również domyśleć sobie księcia. Po dwóch dekadach, odpaliwszy najnowszą wówczas odsłonę moich przygód zrozumiałem, że rozwój techniki zaspokoił oczekiwania z dzieciństwa. Mniej więcej tak sobie to wyobrażałem, z jednym tylko zastrzeżeniem: książę dwadzieścia lat temu milczał, więc nie zdołałem się zorientować, że jest cymbałem.

Dragon Slayer Ornstein...

Moja pierwsza konsola – również sprzed dwudziestu lat – swoim kształtem przypominała dzisiejsze PlayStation. Miała jednak dżojstiki, a nie pady. Te pojawiły się zaledwie parę lat później (mogę się mylić) i ich kształt, z tego co pamiętam, właściwie się nie zmienił. Charakter grania również pozostał statyczny, co się nie zmieni, nawet gdyby do flaszki wódki dawali Kinecta. Człowiek chce leżeć przed telewizorem, a nie skakać. Jedziemy dalej? Przyglądnijmy się seriom gier, utrzymywanym przy życiu przez długie lata, jak „Doom” czy „Mortal Kombat”. Zmiana w ich przypadku zasadza się na rozwoju technologicznym, żadnym innym. W tym sensie dynamika rozwoju gier jest dynamiką pozorną, zasadza się bowiem na rosnących możliwościach technicznych, a nie na ideach. Technika winna pozostawać w służbie ducha, tak sobie myślę, spoglądając na ten zasrany świat. Mało tego, wydaje mi się, że to nie od technologii, ale od idei zależy przyszła, wielka rewolucja w grach. Jeśli oczywiście się wydarzy, co wcale nie jest już takie pewne, ale jeśli tak, to zeżre własne dzieci, od najstarszych zaczynając. Wśród nich będę i ja.

...i Executioner Smough

Jeśli nawet do tej rewolucji dojdzie (przypominam – mam na myśli zmianę myślenia, analogiczną do tej, jaka dokonała się w kinie wraz z „Obywatelem Kane”), gry jakie znamy nie znikną. Utrzymają się nawet wysokie budżety. Stanie się tak dlatego, bo jesteśmy przecież my, przyszłe dziady z watą w uszach. Dla nas to zrobią i dopilnują, że będziemy się cieszyć. A młodzi zagrają w rzeczy, których nie zrozumiemy. Intuicyjny wgląd w nie będzie już dla nas niedostępny.

Istnieje i druga możliwość, mianowicie taka, że aktualny stan rozwoju, oparty na technologii, zostanie utrzymany. Wówczas pozycja społeczna gier ulegnie odwróceniu. Dziś, jak wiemy, grają dzieci oraz dorośli uchodzący powszechnie za młodzieżowców, choćby siwe włosy sięgały im aż do zupy. Za kolejne dwadzieścia lat może się okazać, że gry to rozrywka dla dziadów, a młodzi interesują się czymś innymi. Czym, pojęcia nie mam. Zbieraniem znaczków, może.

PS. Niniejszy tekst nie jest poświęcony żadnej konkretnej grze. Stało się tak, ponieważ Pan Pisarz gra w „Dark Souls” pięćdziesiątą godzinę. Pan Pisarz utknął na bossie Ornstein & Smough. Tak. Pan Pisarz woła o pomoc.

(Wszystkie ilustracje pochodzą z gry „Dark Souls”)

8 odpowiedzi do “Latka lecą albo wołanie z grobu

  1. Misiael

    „Dziś, jak wiemy, grają dzieci oraz dorośli uchodzący powszechnie za młodzieżowców, choćby siwe włosy sięgały im aż do zupy. ”

    A mnie się wydawało, że takie myślenie to już – nawet w naszym kraju – od paru ładnych lat jest anachronizm.

    Mój ojciec na przykład, będąc obecnie w wieku Ezia Auditore z AC: Revelations (a graczem będąc od jakichś 3-4 lat, wcześniej był na tradycyjnym dla ludzi wychowanych w epoce przedkomputerowej poziomie „pasjansowca”) spokojnie ogarnął interfejs Operation Flashpoint w stopniu, który umożliwił mu w miarę bezproblemowe przejście gry na średnim poziomie trudności, a obecnie przechodzi po raz czwarty Mass Effect 2 zachwycając się interaktywnością fabuły. Chodziła mi nawet po głowie notka, w której opisałbym jego ewolucję „grową”, ale koniec końców skończyło się na planach.

    Odpowiedz
  2. Bartłomiej Nagórski

    Pan Nagórski też gra w „Dark Souls”. Pan Nagórski póki co ogarnął Undead Burg i Undead Parish i właśnie rozmaite stwory w Darkroot Garden i Darkroot Basin robią mu z zupy jesień średniowiecza. Pan Nagórski czuje ból Pana Pisarza.

    Odpowiedz
  3. Michał Mielcarek

    Pan Pisarz, Pan Nagórski i w ogóle wszyscy zainteresowani Dark Souls (Demonsami również) zawsze mogą zajrzeć na FB i poszukać pomocy w naszej grupie https://www.facebook.com/groups/preparetodie/ Niektórzy już splatynowali, inni rządzą w PvP i mają po kilka buildów (i tysiąc godzin na liczniku) – co nieco o grze wiemy ;) A poza tym, możemy po prostu pogadać w miłym towarzystwie – jest kilku polygamistów, neoplusiaków, jest też Tomek Gop.

    Polecam Panom również oglądanie kanału http://www.youtube.com/user/EpicNameBro Niejaki Marucs przechodził grę, podawał różne taktyki, a także zgłębiał (i chyba wciąż to robi) fabułę DkS. Tylko uważajcie na spoilery :)

    Odpowiedz
    1. Bartłomiej Nagórski

      O wow, nie zauważyłem komentarza. Usprawiedliwia mnie nieco to, że miałem wtedy dostęp do internetu wyłącznie w pracy.

      Dziękuję za zaproszenie i wysłałem request, aby się do tej grupy przyłączyć. Wprawdzie „Dark Souls” przeszedłem już dwa razy i mam ponad setkę godzin na liczniku, ale niedługo wersja PC, dodatek, no i PvP może bym trochę doszlifował.

      Odpowiedz
  4. Aśka

    Też jestem święcie przekonana, że domy starców będą pełne padów kiedyś. Kolejny ciekawy, zabawny tekst wart nie wnoszących w sumie wiele, ale szczerych gratulacji.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *