Pocztówka z podróży: Angry Birds

„Angry Birds” pod stupą Swayambhunath

„Angry Birds” to jedyna gra, która zdaje się budzić emocje w Nepalu. Sądząc po obecności na koszulkach, bynajmniej nie sporadycznej, jedyna powszechnie znana. Odniesień do innych tytułów – czy to na murach, czy to na odzieży – nie zauważyłem.

Wydaje się, że dla Nepalczyków świat gier wideo to świat gier na komórkach.

To ma uzasadnienie. Przenośne telefony są, przynajmniej w Katmandu (prowincja to zupełnie inny świat), wielu ludziom po prostu niezbędne, by zarabiać. Dlatego zaoszczędzą ostatni grosz, zapożyczą się, ale komórkę kupią. To miasto żyje z turystów. Taksówkarze próbują jak najszybciej zaprzyjaźnić się z każdym przewożonym indżim, wciskając na koniec wizytówkę z numerem telefonu. Wizytówki wkłada z uśmiechem do ręki każdy sprzedawca, bez względu na to, czy coś się u niego kupiło, czy nie. Bo może kiedyś indżi zmieni zdanie. I nabędzie coś za taką cenę, że zwróci się długie czekanie na jakiegokolwiek klienta. Turyści płacą bowiem często wielokrotnie więcej, niż zgodziłby się wysupłać znający realia tubylec – zakładając, że w ogóle okazałby się na tyle szalony, by wyłożyć fortunę na, powiedzmy, szal z kaszmiru lub paszminy. Typowi indżi są przy tym szczęśliwi, że zbili cenę z 7 tys. na 5 tys. rupii, nie wiedząc, że i tak przepłacili pięciokrotnie. A za tę forsę sprzedawca będzie mógł długo żywić swą rodzinę.

Podwójna taryfa o gigantycznych widełkach może wydawać się hucpą, ale uważam, że tak jest OK. Mieszkańcom Nepalu należą się te pieniądze. Bogaty świat i tak bez pardonu żeruje na ich ubóstwie. Sam w negocjacjach nie zbijałem cen poniżej pewnego pułapu, choć wiedziałem, że mógłbym, bo czułbym się przez to jak łotr. Bogaty wieprz z niedostępnej dla nich enklawy dobrobytu, zachłannie zagarniający więcej, jeszcze więcej, choć ten drobny zysk nabywcy jest niczym wobec dramatycznie mniejszej korzyści z transakcji dla miejscowego sprzedawcy.

„Angry Birds” (alt. cult. take)

Oczywiście smartfony to wciąż przywilej nielicznych, ale ze względu na to, że nosi się je ze sobą, jakże łatwo nimi imponować tym, których na takie aspiracyjne gadżety nie stać. Na przykład grą „Angry Birds”, która, choć darmowa, świetnie się sprawdza jako atrybut wysokiego statusu. Promyk słońca z tego lepszego, bogatego świata, znanego z oglądanych na starych telewizorach bollywoodzkich i hollywoodzkich szlagierów, a przede wszystkim z szokującej rozrzutności turystów, postrzeganych jako wszechmocni, rzygający banknotami krezusi.

Ten biedny chłopiec ze zdjęcia nie grał zatem pewnie nigdy w „Angry Birds”. Być może widział, jak gra w nie bogaty rówieśnik z wyższej kasty, ale pewnie nawet i to nie – on po prostu zna ten mem, bo znają go wszyscy. Wie, że to coś, co każdy chciałby mieć. W takiej koszulce może nawet czuje się trochę lepszy. Śni, że kiedyś cud się wydarzy i zrobi krok w chmurach. Tak jak my w czasach PRL-u marzyliśmy o symbolizującym ekonomiczny raj Zachodu mercedesie lub porsche, choć nie stać nas było nawet na małego fiata.

Substytuty. „Komputery” i „konsole”

A tak, jak widać na zdjęciu powyżej, wyglądają ich codzienne aspiracje. Mieszkańców Nepalu stać głównie na atrapy. Na „komputery”, na „konsole”. Gdy pokazałem to zdjęcie koledze, spontanicznie opowiedział mi historię biedaka, którego syn bardzo chciał mieć konsolę, bo koledzy ze szkoły mieli i śmieli się, że on nie ma. Biedak nie chciał, by jego syn czuł się gorszy. Ze znalezionych na śmietnikach części zbudował mu atrapę PlayStation. To podobno prawdziwa historia, miała miejsce w Polsce.

***

A teraz spójrzcie, jak wygląda życie poza miastem – enklawą względnego dobrobytu, a przynajmniej enklawą nadziei, że dzięki pieniądzom westmenów życie nagle się odmieni:

Z pola...

 

...i na pole. W skwarze, długie godziny.

Wątpię, by ktoś w rodzinach tych kobiet grał w „Angry Birds”. Albo chociaż o tym śnił. Inne realia, priorytety, kryteria, inny świat. Gdy próbowałem sobie wyobrazić jakiś obraz z naszej kultury, o biegunowo innej energii, jakoś tak sama zabrzmiała mi w uszach ta piosenka:

Znajdź dziesięć różnic.

3 odpowiedzi do “Pocztówka z podróży: Angry Birds

  1. Michał Gancarski

    @Życie poza miastem

    Znam osoby, które coś takiego uznają za piękny, beztroski żywot, bo myli im się on z wakacjami na wsi. No bo jakież zmartwienia mogą mieć ci ludzie? Auto im się nie zepsuje. Nie martwią się o kredyt hipoteczny. Internet im nie zwalnia. Korków nie doświadczają. Nie muszą zastanawiać się czy po odebraniu dziecka z lekcji francuskiego zdążą na partyjkę squasha.

    Sielanka.

    Odpowiedz
  2. Olaf Szewczyk Autor tekstu

    @Jakub „O! Jesteś w jedynym chyba kraju na świecie, który upiera się przy strefie czasowej przesuniętej o 15 minut w fazie do reszty świata? :)”

    Powiedziałbym, że przesunięcie fazowe Nepalu względem reszty świata jest głębsze niż kwadrans :). Na planie czasu bywają to setki lat, a na innych planach… A propos, jestem już w Polsce, stąd nadaję. Tam generalnie trudno i o internet, i o motywację, by opuszczać real (który jest bardzo unreal).

    @Michał „Znam osoby, które coś takiego uznają za piękny, beztroski żywot, bo myli im się on z wakacjami na wsi.”

    Nagminne. Większość beneficjentów kultury Zachodu nie ma świadomości, z jak unikalnych przywilejów korzysta, traktując je jako coś oczywistego. A ja mam wciąż przed oczami kilkuletniego chłopca całego we wrzodach. Według fachowej opinii lekarskiej ewidentnie gronkowiec. Wystarczyłaby seria zastrzyków. Ale nie byliśmy w stanie mu pomóc.

    Znajomi stamtąd wspominali niedawną śmierć kolegi. Młody człowiek, zmogło go wyniszczające latami wirusowe zapalenie wątroby. Nie chorowałby na to, gdyby był zaszczepiony. Nikt z tych, którzy go wspominali, nie przeszedł tego szczepienia.

    I tak dalej, i tak dalej. Może dorzucę jeszcze tylko przykład z krajów arabskich, bo akurat chodził mi po głowie, gdy podczas łącznie chyba dziesięciu godzin na lotnisku w Katarze patrzyłem na całe otulone czarnym suknem dziewczęta, tylko ze szparką na oczy. Z powodu braku dostępu do słońca ich organizmom dramatycznie brakuje witaminy D. Mają zdeformowane kości, w tym miednice, co sprawia, że często umierają podczas porodu, nie mogąc wydać na świat płodu. Już nawet pomijam piekło, jakim musi być noszenie czarnych ubrań w palącym słońcu (mężczyźni rzecz jasna paradują w odbijającej promienie słoneczne bieli i mają w rzyci to, przez co przechodzą „ich” kobiety).

    Sielanka.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *