Futbolowa wojna światów

Jak powszechnie wiadomo, jako piszący na Jawnych Snach grywam wyłącznie w gry ambitne, albo wybitne, albo jedno i drugie. Po graniu zajmuję się dorabianiem do nich głębi, na której dołączenie zabrakło twórcom czasu, pieniędzy albo ochoty, a betatesterzy jakoś tego braku potem nie wyłapali. Czasem jest łatwiej, a czasem trudniej. Zdarzają się też gry, w których graniczy to z niemożliwością. I cóż poradzę, że ostatnio odkurzyłem swoje Nintendo DS i zabrałem się za „Inazuma Eleven 2 (Firestorm)”, i tak mnie to diabelnie wciągnęło?

Fabuła „IE2” to bzdura kompletna jakich mało. Bohaterowie to kolejna gromadka japońskich uczniów, których ktoś zmusza do uratowania świata. Problem w tym, że uczniowie znają się właściwie tylko na kopaniu piłki (w poprzedniej części wygrali nawet jakiś prestiżowy ogólnojapoński turniej), więc muszą trafić na taki kataklizm, od którego można uratować świat właśnie kopiąc piłkę. W grę nie wchodzi więc ani trzęsienie ziemi, ani odwieczny spisek półboskich istot, ani międzynarodowy kryzys paliwowy. Jedyną możliwością (i ratunkiem dla scenarzystów) są kosmici. Zbrodnicza jedenastka istot o nieco fioletowej karnacji, które za pomocą futbolu szerzą swoją absolutną władzę i ideologię zła. Sytuacja szybko robi się na tyle napięta, że nawet gracz nie zastanawia się za mocno nad tym, jak można szerzyć władzę i ideologię zła za pomocą piłki. Kosmici mają bardzo czarne i bardzo ciężkie piłki, którymi rozwalają całe budynki – może to jest jakieś wyjaśnienie. Tak czy inaczej – co poważny facet w moim wieku powinien powiedzieć o grze, która rozpoczyna się następująco?

Okropieństwo? Wręcz przeciwnie, a to z jednego podstawowego powodu – za grę odpowiada Level-5. Wśród twórców gier zdarzają się od czasu do czasu firmy z charakterem, takie jak nieodżałowane Clover i Cing czy miłościwie nam panujące Double Fine i Nippon Ichi. W każdym z ich tytułów widać odciski tych samych linii papilarnych (a nie ślady maszyn obsługujących linię produkcyjną). Firma Level-5, najbardziej znana z serii o profesorze Laytonie, wyspecjalizowała się w grach przypominających kreskówki. Na pierwszy rzut oka ociekają lukrem, a na drugi zwykle okazują się i złożone, i diabelnie inteligentne.

Główny bohater serii „Inazuma Eleven” – Mark. Wiecznie podekscytowany.

Infantylna fabuła „IE2” doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jest infantylna, i idzie za ciosem. Dlatego w pewnym momencie okazuje się, że japońskie tajne służby mają własną tajną drużynę piłkarską do zadań specjalnych, do miejscowego parku zakradamy się uprzednio powodując stampede zwabionych krakersami jeleni, a w nagrodę możemy sobie jednego z nich zaprosić do drużyny. Tak, piłkarza, który nazywa się (cokolwiek znajomo) Jeleń i jest jeleniem. W koszulce, porteczkach i trampkach. Jak się w takiej grze nie zakochać?

Poważne mecze piłki nożnej straszliwie mnie nudzą. Nie oglądałem nawet Polski-Rosji ani Polski-Czech, o wyniku wnioskując tylko z wycia za oknem. Przy żadnej grze piłkarskiej nie wytrzymałem dłużej niż godzinkę – wliczając w to „Sensible Soccera”. Dlaczego więc gram jak szalony w „Inazuma Eleven”?  Bo to nie gra sportowa – to klasyczny japoński RPG z taktycznymi bitwami, które, tak się składa, są rozgrywanymi w czasie rzeczywistym meczami piłki nożnej.

Efekt – czekam na każdą kolejną losową bitwę, co mi się dawno w jRPGu nie zdarzyło. Jest ciekawie, nieprzewidywalnie, dynamicznie (bo ludki biegają po boisku jak szalone) i bardzo taktycznie (od czasu do czasu można włączyć aktywną pauzę). Wszystko to i efektowne (mnóstwo ataków/bloków/strzałów specjalnych z odpowiednio absurdalnymi animacjami, od strzelania bramek tyłkiem po wywoływanie korytarzy nadprzestrzennych), i bardzo złożone (każda z ponad tysiąca pięciuset (!) postaci, które można przyjąć do drużyny ma inne charakterystyki, ulubione pozycje na boisku oraz silne i słabe punkty).

Tzw. sytuacja podbramkowa.

Jak zwykle w grach RPG Level-5, taką samą uciechę można czerpać z podążania za fabułą, jak i z włóczenia się po ogromnym świecie gry i robienia, co się komu podoba – wygrywania kolejnych meczy, znajdowania potencjalnych członków drużyny, gadania z ludźmi, psami, kotami i, oczywiście jeleniami.

I cóż? Ja, który w życiu strzeliłem trzy gole (dwa w podstawówce), dwa razy byłem na stadionie, a raz obejrzałem w całości mecz w telewizji, każdą z niewielu wolnych chwil poświęcam teraz na kopanie piłki na kreskówkowych murawach kreskówkowej Japonii, myśląc, że naprawdę nie byłoby źle, gdyby w zwykłych RPGach krótki mecz czterech na czterech do pierwszego gola był akceptowaną przez wszystkich alternatywą wobec tłuczenia kijem+1 przez łeb-1, które trochę mi się przejadło, a do tego zwykle jest nudne jak flaki z olejem.

Ludzie z Level-5 znów pokonali kryjącego się we mnie dorosłego, i chwała im za to.

Cuda japońskiej myśli szkoleniowej.

A widok Jelenia szarżującego na piłkę z opuszczonym bojowo porożem… to trzeba zobaczyć, proszę Państwa, to po prostu trzeba zobaczyć.

Krótka piłka – jedna z najfajniejszych gier na DS-a.

4 odpowiedzi do “Futbolowa wojna światów

  1. Aleksander Borszowski

    Ja obecnie pogrywam w pierwszą część Inazumy i chociaż póki co mnie nie porwała, ma przesympatyczny klimat. Podoba mi się tłumaczenie, purystów mogło rozwścieczyć, jako że jest dość swobodne, ale ma swój urok. „Oi, lads, let’s play some football!”.

    Wpis w sumie trafiony czasowo, bo niedawno kreskówka na podstawie IE zaczęła lecieć na Disney XD. Obejrzałem pół odcinka przez ramię najmłodszego brata i donoszę, że choć może nie jestem jej targetem, to adaptacja jest dość wierna. Drużyna Raimon grała z zespołem z dżungli, gdzie każdy z zawodników przypominał inne zwierzę i każdy miał odpowiednie dla swojego gatunku ataki specjalne. Mało tego, przy każdym z tych „specjali” pojawiał się tak jak w grze wielki napis u dołu ekranu (Mark Evans użył swej Boskiej Ręki, gorylowaty bysio latał po boisku na lianie pojawiającej się znikąd i nie wiadomo do czego przyczepionej). A w tle tego wszystkiego oczywiście umoralniająca historia o tym, że przyjaciołom należy ufać.

    Uroczo absurdalne. Może serial sprzeda parę kopii gry małoletnim? (P.S. Jeśli chodzi o adaptowanie w drugą stronę, z ekranu telewizora na ekran DSa – oby WayForward odpowiednio potraktował moją ukochaną Porę na Przygodę!)

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @Aleksander – Z pełną świadomością napisałem „jedna z najfajniejszych”, a nie „jedna z najlepszych” – bo są na DS-a tytuły lepsze, ale rozkoszniejszych mało. Nie jestem w stanie ocenić tłumaczenia, bo nie znam japońskiego, ale strona językowa „dwójki” mocno dopieszczona – od nonsensownych nazwisk postaci po różne rejestry języka świetnie dopasowane do kontekstu.

      Odpowiedz
  2. japko

    Nippon Ichi to mistrze – kilka lat temu byłem absolutnie zakochany w pierwszej „Disgaea” na PS2 i absurdalna fabułka (piekielne zastępy pod wodzą chuderlawego, świeżo upieczonego władcy, cukierkowe zastępy anielskie, ziemscy agenci i bitwy w kosmosie) jarała mnie równie mocno , co system rozgrywki. I wyzwań – głosowania o inwazję na nowe światy można było rozwiązywać siłowo a poziom dosłownie wszystkiego (każdy przedmiot generował nowy świat) można było podnosić kolejnymi bitwami. Co nie od razu do mnie dotarło, więc po kilkudziesięciu godzinach gry jarałem się, że pokonałem Boga Pingwinów na setnym poziomie i miałem się za niezłego wymiatacza. Po czym okazało się, że przeciwnicy na poziomie 1000+ to w tej grze normalka.

    Co napisawszy, zorientowałem się, że nie o tym studiu mówimy. Ale klimat czuję, choć czuję też fifę12, w roboczych przerwach, na 6 osób, to więcej niż 4 przy ostatnim Mortal Kombat.

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @japko – Oooj, tak. Moja miłość do Nippon Ichi sięga tak daleko, że gram nawet (z wielkim poświęceniem) w „Prinny: Can I Really Be a Hero?”, obie części. A w „Disgaei” absolutnie się zakochałem, kiedy zobaczyłem parlament demonów i stosowane w nim formy perswazji.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *