Zeszłego roku

bientot„Zeszłego roku w Marienbadzie”. Uwielbiam. Francuski film z 1961 roku, w którym właściwie nic się nie dzieje, a bohaterowie rozmawiają przez większość czasu o niczym, a jednak ogląda się go z wypiekami na twarzy. Hipnotyzuje i zachwyca. Przenosi w dziwaczny, senny świat, w którym obowiązuje zupełnie inna logika. Liczą się w nim tylko badawcze spojrzenia, chwile milczenia i rozmowy, w których żadne zdanie tak naprawdę nie dotyka poprzedniego. Swego czasu w „Przekroju” porównywałem do „Marienbadu” grę (?) „Dear Esther” jako najlepszy komputerowy odpowiednik tego, co zrobili reżyser filmu, Alain Resnais, i jego scenarzysta, Alain Robbe-Grillet. Ale kilka dni temu pojawił się tytuł jeszcze bardziej zbliżony do „Marienbadu”, najnowsza produkcja studia Tale of Tales, „Bientôt l’été”.

Spaceruję po plaży. Na pozór przypomina plaże ziemskie, ale rozciąga się pod obcym niebem – nad horyzontem wznoszą się nieznane konstelacje, a wraz ze zmieniającymi się porami dnia znad linii wody wysuwają się zarysy planet i księżyców, których nie potrafię nazwać. Plaża jest płaska jak blat stołu i oślepiająco biała – jest w niej coś głęboko nierealnego. Po piasku, na którym rozbijają się kolejne fale, podskakują szukające pożywienia mewy. Kiedy się do nich zbliżam, odlatują.

bientot4

Przechadzając się, od czasu do czasu zauważam wypisane na piasku zdania – jakby części rozmowy, którą ktoś (ja?) tu kiedyś z kimś (ze mną?) odbył. Nie wiem, po co były wypowiedziane i o co w nich chodzi. Czasem są proste („Nie.”). Czasem pretensjonalne („Przeżywać miłość jak rozpacz.”). Czasem rozsądne („Napiję się jeszcze tego wina.”).

bientot1

Kiedy odwracam się od morza, widzę samotną budowlę. Codziennie wydaje mi się inna. W środku jest mała kafejka, w której codziennie spotykam się z pewną zupełnie nieznajomą kobietą. Rozmawiamy ze sobą, grając w szachy. Rozmawiamy bez powodu i bez tematu. Przerzucamy się słowami znalezionymi na plaży. Kiedy plansza jest już zastawiona figurami, słów, które jeszcze czekają na wypowiedzenie, jest coraz mniej. Coraz bardziej się w naszej rozmowie mijamy. Potem już tylko milczymy, paląc papierosy.

bientot6

A potem wychodzę. Spaceruję po plaży. Na pozór przypomina plaże ziemskie, ale rozciąga się pod obcym niebem.

Na plaży znajduję nie tylko słowa – zdarzają się też figury szachowe. Raz znalazłem coś zupełnie innego, ale o tym nie wypada mi mówić. Odkryłem, że nie mogę iść przed siebie w nieskończoność – w pewnym momencie drogę zamyka mi połyskująca niebieskimi liniami bariera, która mi przypomina, że to wszystko nieprawda. Po drugiej stronie stoi, jak moje lustrzane odbicie, jakaś kobieta. Może ta sama, z którą gram w szachy i rozmawiam. Może chodzi po swojej plaży i szuka tego samego, co ja. Tylko ja nie wiem, czego szukam. Nie umiem jej zapytać, czy ma taki sam problem. Może kiedyś znajdę to pytanie pod jakimś kamieniem na piasku. Będę szukać dalej.

bientot5

* * *

Jak dobrze, że stosowane wobec niektórych gier wideo określenie „nie-gra” tak ładnie się już przyjęło. Mało kto z piszących o „Bientôt l’été” („Wkrótce lato”) ma problem z tym, jak zaklasyfikować najnowszą produkcję Tale of Tales. Podobnie, jak „Fatale”, „The Graveyard” czy „The Path” wykorzystuje schemat gry głównie jako element skomplikowanej metafory. Tu grą (w szachy) jest rozmowa, polegająca na przerzucaniu się cytatami z dialogów zaczerpniętych z powieści francuskiej Marguerite Duras, znalezionych podczas spacerów na plaży. Piękny pomysł twórców polega na tym, że ta część „Bientôt l’été” wykorzystuje połączenie z Internetem i, pozostawiając możliwość zagrania z botem, stawia nas wobec innego anonimowego użytkownika. Rozmowy, które w ten sposób powstają, są czasem zupełnie pozbawione sensu („Jaka piękna pogoda” – „Kocham panią nad życie” – „Nie pamiętam” – „Nie kocham Pani, kocham tylko ból związany z miłością” – „Ale dobre to wino”), a czasem zaskakująco dramatyczne, bo wyłaniają się z nich kolejne stadia improwizowanego na bieżąco romansu. Ciekawe jest to, że czytając rozmowę, którą sami współtworzymy, zawsze szukamy sensownych połączeń między kolejnymi wypowiedziami, choć przecież nie wiemy, czy nasz rozmówca odpowiedział tak, a nie inaczej, bo tego chciał, czy dlatego, że zabrakło mu już – dosłownie – słów, więc rzucił pierwsze lepsze hasło. Można zresztą porozumiewać się i na inne sposoby – na przykład wypalając w milczeniu całego papierosa (niedopałki zostają w popielniczce), włączając w szafie grającej taką, a nie inną piosenkę, albo przewracając figury na szachownicy. Nie można tylko powiedzieć tego, co by się chciało. W „Bientôt l’été” nie ma czatu – nasze postaci bezskutecznie próbują się dogadać, my musimy milczeć.

Jest w tym niedogadywaniu się coś na tyle ciekawego, że będę do „Bientôt l’été” jeszcze wiele razy wracać. Bo tak bardzo przypomina mi niedogadanie postaci z „Marienbadu” – mówiących o miłości, która im się cały czas wymyka i nigdy nie wiadomo, czy jest czymś wielkim, czy skończonym banałem.

* * *

Czuję się rozpieszczany. Oto kolejna po „Dear Esther” i „Little Inferno” przemyślana i dopieszczona nie-gra. Widać, że ta forma coraz bardziej się przyjmuje, i że nie musi już wiązać się z minimalizmem środków i zawartości. Budzi też chyba coraz mniejszą panikę wśród dziennikarzy i recenzentów.

Tak, jak w przypadku pozostałych produkcji ToT, podniosą się pewnie teraz głosy zachwytu i głosy zarzucające twórcom pretensjonalność. Nie odmawiając do końca słuszności tym drugim, stoję jednak stanowczo po stronie pierwszych – w „Bientôt l’été” widzę bardzo konsekwentną wizję tego, co Harvey i Samyn chcą pokazać, i świetne dopasowanie do tego środków wyrazu, których poza grami próżno szukać. Widać, że twórcy z ToT po prostu mówią w języku gier, i właśnie dlatego tak trudno przełożyć to, co robią, na inne medium. Na przykład na potrzeby recenzji.

24 odpowiedzi do “Zeszłego roku

  1. Dr Judym

    Standardowo bardzo ostrożnie podchodzę do kolejnej produkcji ToT, ale faktycznie zapowiada się co całkiem intrygująco. Nie ukrywam, że nadal odpycha mnie brak podstawowych umiejętności czysto rzemieślniczych — wystarczyłaby choćby poprawna animacja i grafika na poziomie nieco wyższym niż 3dsmax w połowie lat 90.

    Co do określenia „nie-gra”, to moim zdaniem pasuje ono raczej w cudzysłowie niż bez — tak jak w przypadku innych form ludzkiej ekspresji (żeby nie powiedzieć sztuki), nadal mamy do czynienia z formą uczestnictwa, zabawą autor-odbiorca, udziałem pewnych reguł, widocznych lub ukrytych założeń itd. A to, że nie ma checkpointów, startu i mety, i nie trzeba nikogo zabijać? :)

    Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @Dr Judym – No, ale przecież np. nad „Fatale” pracował m. in. Takayoshi Sato („Silent Hill 2”), więc zdarzają się wyjątki od reguły. W „Bientot” modele postaci są nierówne – Mężczyzna jest moim zdaniem całkiem fajny (dziwaczne ciuchy, pofałdowane i świetnie cieniowane), a Kobieta dla odmiany bardzo bezbarwna. Reszta grafiki podobnie – niebo niezłe, fale fatalne. Prostota plaży mi odpowiada – hotelik, który na niej wyrasta, jest trochę jak wycięty z papieru i wklejony w nieprzygotowane tło. A trochę o to chodzi – to nie tyle rzeczywista plaża, co holodeck. Ma budzić poczucie prowizorki i odrealnienia.

      A nie-gra – myślę, że w przyszłości będzie coraz mniej w cudzysłowie, a to do czasu znalezienia lepszej nazwy, która się przyjmie. Bo coraz mniej te formy z tradycyjnie rozumianymi grami łączy. Chociaż obie strony są częścią większej formy sztuki. Jako miłośnik IF mam duże wątpliwości co do terminu „interaktywne wideo”, więc pozostanę przy Dukajowskiej „szlai”. A do (nie-)gier ToT „szlaja” świetnie pasuje, skoro przecież przeważnie polegają na szlajaniu się :).

      Odpowiedz
  2. Dawid Walerych

    Cieszę się Pawle, że to napisałeś. I tamto o „Little Inferno”. Jeszcze czuć puls dawnych Jawnych Snów ;). Też postaram się coś dorzucić: Mam bite 8 stron rozmowy z Michaelem Samynem, specjalnie dla JS, z okazji nowej gry i nie tylko. Michael miedzy innymi skomentuje dlaczego jednak „Dear Eshter”, a nie „Bioshock”. Proszę tylko o odrobinę cierpliwości, muszę to przetłumaczyć, a do Świąt czasu mam mało. Zatem tekst będzie gotowy najprawdopodobniej w pierwszych dniach stycznia.
    A co do języka recenzji – dla mnie to jakoś zupełnie nie problem. Dopiero takie rzeczy jak „Bientot” powodują, że chce mi się je pisać ;).

    Odpowiedz
        1. Pita

          Nie zgodzę się – Mother 3 to IMO najważniejsza gra jaką dotychczas opisano na Jawnych, a chociaż kocham Twoje teksty Pawle całym sercem, ciałem, śpiewem i tańcem to Alex nie tylko równa się Tobie, ale jest przy tym zupełnie odmienny. Barkley (którego wstrętnie przysłoniłeś ;p!) jest również w dużej mierze „artystyczny” – taka zabawa konwencją, klimatami oraz zasadami tworzenia dzieła jest niesamowitą rzadkością w grach wideo.

          Faktycznie pojawiło się kilka „zwykłych recenzji zwykłych gier” ale były to zaskakująco dobre, zwykłe recenzje jakich brakuje w Internecie ;)!

          Odpowiedz
          1. Pita

            Oczywiście nie myśl że coś Ci zarzucam ;p – chodzi mi o to, że zarówno Ty jak i Alex często piszecie o artsy games. Tylko, że Ty bardziej o artsy, a Alex bardziej o games i na tym właśnie polega cała jakość takiego układu i dlatego klikuję ile mogę ;)!

            pozdrawiam

          2. Paweł Schreiber Autor tekstu

            @Pita – nie potraktowałem tego broń Boże jako zarzutu, i nie uważam, żeby w związku z pisaniem o np. „Mother 3” (właśnie gram!) Jawne cieniej przędły, niż kiedy piszą np. o Tale of Tales, bo jedno i drugie to wspaniałe rzeczy. Chciałem tylko zauważyć, że mniej było tekstów o art games czystej wody, czyli tych bardziej artsy niż games, a przecież w tym światku też się sporo działo.

            Aleksandra wstrętnie przysłoniłem zupełnie niechcący – najwyraźniej pisaliśmy równolegle, obaj z nosami w swoich tekstach, i nie zauważyliśmy, że wyszło jednocześnie. Głupio byłoby tekst już opublikowany chować, więc zostawiłem…

            A że układ jest świetny – to wiem. Dawno, dawno temu Aleksander powiedział, że nie czuje się targetem JS, bo zajmują go trochę inne rzeczy, więc poprosiliśmy go, żeby pisał dla nas o tym, na czym się nie znamy, i moim zdaniem robi to wspaniale.

          3. Pita

            Amen, nie mam nic do dodania, rozumiem również, że to był czysty zbieg okoliczności wynikający z Waszej ogromnej płodności ;)!

  3. Tav

    Znakomity tekst! :)

    Zawsze byłem sceptyczny w stosunku do terminu interaktywne wideo – określenie „interaktywne” wydaje mi się pojęciem o zbyt małej „rozdzielczości”, żeby uchwycić charakter interakcji gracza ze środowiskiem gry (pomija całą „fizykę” takiej interakcji – mechanikę, cele, reguły, motywacje), podczas gdy słówko „wideo” zawiera w sobie jakiś brak szacunku wobec całej złożoności „materii” danej gry – w przypadku strategii czy rpg wykraczającej daleko poza to, co można w sensie wizualnym przedstawić na ekranie.

    Osobiście pozostałbym przy terminie „gra”. Nie tylko dlatego, że oddaje specyfikę tego, co stanowi o współczesnych grach wideo (spójne uczestnictwo w wirtualnym świecie, zorganizowane według określonej mechaniki), ale również dlatego, że takie produkcje jak te autorstwa TOT można automatycznie (jako enigmatyczne „nie-gry”) ustawić w pozycji dzieł subwersywnych, dekonstruujących „klasyczny” model gry. W „Bientot l’ete” chodzi w końcu o uwolnienie mechaniki od wymogów celowości, konieczności, spójnego rytmu. Przy „interaktywnym wideo” gubi się gdzieś cała doniosłość projektu, który – czy tego chcemy czy nie – powstał w konkretnym czasie, nawiązując (krytycznie) do określonej tradycji tworzenia gier.

    Odpowiedz
      1. Tav

        O grach – obecnie nie, ale zdarza mi się skrobnąć na inne tematy tu i ówdzie ;)

        Natomiast Jawne Sny czytam regularnie właściwie od samych początków, choć nie zawsze jest czas, żeby włączyć się w ogień gęstych dyskusji!

        Odpowiedz
          1. Tav

            Oczywiście, że pamiętam – nie wiem tylko, czy podpisałbym się dzisiaj pod częścią swoich tez wygłoszonych wtedy w tych elaboratach na Poly ;)

          2. Bartłomiej Nagórski

            Heh, może i dobrze. Ja pod większością moich pewnie bym się podpisał, ale dyskusję prowadziłbym w trochę innym stylu. Z wiekiem człowiek łagodnieje, nieprawdaż.

            Cieszę się, że nie chowasz urazy, bośmy chwilami trochę ostro się pojedynkowali. :)

          3. Tav

            Ależ skąd, czasem czytając JS aż się tęskni do tych wszystkich utarczek ;)

            A dyskusja na Poly była o tyle ciekawa, że podobna problematyka nie była (wciąż nie jest?) w zasadzie poruszana poza hermetycznym światkiem blogów (oczywiście z wyjątkiem „Kultury” Dziennika), więc samo wytoczenie tak „ciężkich dział” na łamy bądź co bądź mainstreamowego portalu sprawiło, że do dziś wspominam ją ciepło :)

    1. Whiskas

      Warto także wspomnieć, że samo ToT wspomina o tym w swoim manifeście artystycznym, „And claim the name «game» for what we do even if it is inappropriate”.

      Odpowiedz
    1. Paweł Schreiber Autor tekstu

      @Michał – Oj, tak. Dla mnie napisanie o „Bientot l’ete” wiązało się z całym dniem ciężkiej roboty – granie i myślenie. Żona – patrząc, jak na przemian gram i łażę po dużym pokoju – chyba nie do końca dowierzała, że właśnie jestem pogrążony w pracy… :) A tekstu i tak wyszło nie dużo. Ale stwierdziłem, że w tym przypadku stanowczo lepiej nie-do-gadać niż przegadać.

      Odpowiedz
  4. Krzysztof Torlewski

    Przypomina mi się wiersz Szymborskiej „Na wieży babel”. ToT znów mnie zaskakuje jak interaktywnością można wzmocnić doznania. Jak pamięcią sięgam, zawsze w grach widziałem przede wszystkim miejsce. Miejsce do odkrycia, do zwiedzenia, do poznania. Może było to związane z typową dziecięcą ciekawością, jednak potrafiłem spędzić parę godzin na głupim demie technologicznym ukazującym wnętrze katedry Notre Dame. Szkoda, że im dalej w las, tym mniej tej ciekawości, a wielkie lokacje zaczynają bardziej nudzić. To se ne vrati, czy jak to było.
    Są jednak jeszcze takie produkcje, które potrafią ciekawość pobudzić, subtelniej jednak. Ciekawość nie tyle do miejsca (choć i to się zdarza i za to właśnie kocham francuską szkołę), a do treści i jej przesłania. Gry ToT to dla mnie zawsze wielka niewiadoma, którą z czasem rozczytuję i interpretuję. Wyjątkiem było może Vanitas, bo cała jej treść i przesłanie są głęboko zakorzenione w kulturze (i do dziś pojęcia nie mam, dlaczego RPS miał problemy z jej zrozumieniem).

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *