Śpiewogra

pamplelogoDominique Pamplemousse to prywatny detektyw. Albo detektywka. Trudno powiedzieć. Jest zrobiona/y z plasteliny/a. I uwielbia śpiewać. Dlatego wyśpiewuje połowę swoich kwestii przy akompaniamencie uroczej muzyczki, troszkę fałszując. Podobnie, jak reszta postaci. Dominique Pamplemousse to bohater/ka najnowszej gry Deirdry Kiai („Life Flashes By”, „The Play”), ufundowanej za pomocą kampanii Indiegogo. Plastelinowy musical w konwencji noir? Tego jeszcze w świecie gier nie było. Warto więc „Dominique Pamplemousse” zobaczyć choćby dlatego, żeby się przekonać, że taka gra może istnieć. Czy warto i z innych powodów?

Zacznijmy od początku. Dominique Pamplemousse to plastelinowa istota o niedookreślonej płci, trudniąca się ciężką pracą prywatnego detektywa. Jak wszyscy wiemy z literatury, prywatny detektyw zajmuje się głównie siedzeniem w zapuszczonym biurze, jedynym na jakie go stać, i czekaniem na zlecenia, które pozwolą mu zapłacić czynsz (a właściciel nie zna litości). Biuro Dominique jest właśnie takie, jak być powinno – z plastelinowym laptopem, który, jak mówi bohater/ka, ledwie nadaje się do podkradania pasma wifi sąsiada, z obdartymi kartonowymi ścianami, pokrytymi tapetą zrobioną na oko z papieru do pakowania prezentów urodzinowych dla tej cioci, której się nie lubi. Dominique, jak na detektywa przystało, nosi długi płaszcz, przewiązany w pasie kawałkiem troszkę rozczapierzonej czarnej nitki. Cały świat, jako że to opowieść noir, jest czarno-biały. Gra zaczyna się, zgodnie z kanonem, od wizyty właścicielki mieszkania domagającej się zapłaty. Potem – jakżeby inaczej – do biura wchodzi kobieta, prosząca o pomoc.

Biuro detektywa z trudem odnajdującego się w realiach kryzysu gospodarczego.

Biuro detektywa z trudem odnajdującego się w realiach kryzysu gospodarczego.

Fabuła gry jest krótka, ale odpowiednio zawikłana. Żadna z napotkanych postaci nie jest do końca tym, za kogo się podaje. Zdrady, oszustwa, zabójstwa, a nawet mroczna tajemnica z przeszłości. Problemy kartonowo-plastelinowego świata na pierwszy rzut oka są inne, niż to, z czym się na co dzień stykamy. Pierwszy z brzegu – na zarzuconych w końcu studiach doktoranckich (dawno, dawno temu) Dominique zajmował/a się badaniami nad elegancką muchą, która sprawia, że noszący ją nigdy nie fałszuje przy śpiewaniu. Ale kiedy przyjrzeć się bliżej temu, co się dzieje w „Dominique Pamplemousse”, okazuje się, że zmieściło się w niej dużo treści jak najbardziej realnych – bieda, dola samotnej matki, problemy inteligentnej młodej kobiety (zaszufladkowanej jako głupiutka panieneczka) z wielkimi aspiracjami, kryzys gospodarczy, bezwzględność branży rozrywkowej, kwestia oceniania ludzi na podstawie ich płci. Końcowy dylemat Dominique to wybór między własną godnością a sensowną emeryturą. Jak wiemy z życia, wcale nie taki prosty.

Dominique Pamplemousse - to chłopczyk czy dziewczynka?

Dominique Pamplemousse – to chłopczyk czy dziewczynka?

Pierwsze wrażenie przy graniu w „Dominique” to poczucie prowizorki – plastelinowe ludziki i kartonowe tła jak z zajęć plastycznych w przedszkolu, postaci, pod które głos niezmiennie podkłada autorka (chrząkając mniej lub bardziej, w zależności od wieku), dość fałszywie śpiewające (to uzasadnione fabularnie!), króciutka fabuła (1-2 godziny), prościutkie zagadki. Potem okazuje się, że od prowizorki jesteśmy jednak bardzo daleko – śpiew jest zawsze zsynchronizowany z przygrywającą w danej lokacji muzyką (czasami, żeby się w nią dobrze wstrzelić, postaci przebąkują jeszcze coś pod nosem), pisane częstochowskimi rymami piosenki potrafią zaskoczyć błyskotliwą puentą, głupkowato zawikłany scenariusz jest bardzo przewrotny i inteligentny, a pozornie czarno-białe dylematy okazują się niejednoznaczne. Gdybym miał „Dominique” do czegoś porównać, byłyby to błyskotliwe i świadomie obciachowe gry thecatamites (pisałem o nich tutaj), z tym, że dziełko Kiai jest bardziej dopieszczone. I rozśpiewane.

Najbardziej – poza poczuciem humoru i muzyką – ujmuje osobisty ton gry. Widać, że wszystko tu powstało z własnego zaangażowania. Wszędzie znać rękę autorki. Najbardziej urocza jest piosenka przy napisach końcowych – Kiai wyśpiewuje w niej podziękowanie dla wszystkich (wymienionych po imieniu) ludzi, którzy wsparli „Dominique” na Indiegogo. Najlepsza tego typu rzecz od czasu pierwszego „Portala”!

napisypample

Napisy końcowe w dobie Indiegogo i Kickstartera.

Jak na polskie realia prawie 20 złotych, które trzeba zapłacić za pełną wersję „Dominique”, to sporo. Czy warto? Oczywiście, zależy, czego się kto spodziewa. Dla jednego wymarzony prezent to najnowszy IPad, dla drugiego – ręcznie wykonany śmieszny drobiazg. Tych drugich zawsze będzie mniej – ale „Dominique” to gra właśnie dla nich. Kto chce się przekonać, do której grupy należy – może zobaczyć udostępnione przez autorkę demo gry.

Aha, wersja na Ipada też jest.

Cieszę się, że „Dominique” istnieje. Nie jest to może objawienie (zwłaszcza, kiedy się zna twórczość thecatamites), kończy się o wiele za szybko, ale… inteligentny plastelinowo-kartonowo-nonsensowy musical w stylu noir opowiadający o bolączkach społecznych początku XXI wieku… Kiedy następny raz w coś takiego zagramy?!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *