Fedrujemy: “Wiedźmin” – od książki do gry i z powrotem

Dawno, dawno temu, w listopadzie 2012 roku pojawił się pierwszy numer magazynu “LAG”, który zawierał mój tekst o tym jak wiedźmin Sapkowskiego towarzyszył mi od wczesnej młodości i o jego związkach z elektroniczną rozrywką. Co ciekawe, artykuł ten powstał o rok wcześniej – tyle mniej więcej trwał cykl produkcyjny “LAG-a”, nie dziwi więc zbytnio, że magazyn padł. Za zgodą Arka Bartnika, redaktora i wydawcy, pozwalam sobie na recykling po dłuuuugim czasie, bo i okazja ku temu doskonała. Jako ukłon w stronę osób, które już kiedyś czytały ten tekst, wrzuciłem go w wersji oryginalnej z listopada 2011 roku – porównanie go z tym co później ukazało się w druku jest dodatkowym bonusem. Po kolejnych latach można by zapewne dopisać kilka akapitów o dalszych dziejach wiedźmina i wpływie dzieła Sapkowskiego na życie Nagórskiego. Kto wie, może kiedyś jeszcze to zrobię. A póki co – zapraszam do lektury.

LAG_Sapkowski_2

Moja znajomość z oboma panami o białych włosach, Andrzejem Sapkowskim i Geraltem z Rivii, trwa już prawie dwadzieścia lat, rozpoczęła się bowiem w 1992 roku. Byłem wtedy w szóstej klasie szkoły podstawowej, szczytem osiągnięć literatury  wydawało mi się fantasy, a mistrzem gatunku J.R.R. Tolkien. Pewnego dnia w dodatku do Gazety Wyborczej natrafiłem na recenzję zatytułowaną “Zbawca o kocich oczach”, która traktowała o świeżo wydanej książce fantasy “Miecz Przeznaczenia” autorstwa bliżej nieznanego polskiego pisarza, Andrzeja Sapkowskiego.

Wtedy tego rodzaju literaturę wydawano u nas wyłącznie anglosaską, więc Polak piszący fantasy był ewenementem. Kiedy mój ojciec pojechał kupić mi książkę, młody pracownik Empiku popatrzył na niego jak na zgniłe jajo, po czym powiedział “Nie ma takiego pisarza jak Sapkowski”. Doskonale pamiętam moment, kiedy w końcu tacie udało się upolować “Miecz Przeznaczenia”: w słoneczne listopadowe popołudnie pospiesznie otwierałem bramę i garaż, a potem niecierpliwie czekałem, aż wreszcie wprowadzi samochód i będę mógł się wziąć za książkę.

Dojmującym wrażeniem po przeczytaniu “Miecza” było – to tak można? Fantastyczne uniwersum bez złowrogiego imperium i mrocznego władcy, zaludnione przez zwykłych ludzi z normalnymi problemami (no dobrze, niekiedy ponadnaturalnymi)? Rubaszne zabawy słowem i intertekstualne gry z czytelnikiem plus garść gorzkich, życiowych obserwacji pod płaszczykiem fantasy? Od tamtej pory Andrzej Sapkowski stał się jednym z moich ulubionych pisarzy, wiedźmin Geralt jedną z ulubionych postaci literackich, zaś cykl opowieści o nim towarzyszył mi w różnych momentach życia, o czym co nieco poniżej.

Andrzejowi Sapkowskiemu i wiedźminowi Geraltowi zawdzięczam między innymi wygraną rok później olimpiadę z języka polskiego, dzięki której nie musiałem zdawać stresujących egzaminów do liceum. Ostatni jej etap był ustny, zmęczona komisja zamiast pytań o epoki, dzieła i terminologie zapytała mnie o ulubioną lekturę, więc oczywiście opowiadałem o “Mieczu Przeznaczenia”. Pomogło mi wtedy, że miałem książkę przy sobie, trzymałem ją na kolanach i zerkałem na blurba z tyłu okładki, kiedy tylko zabrakło mi zgrabnych sformułowań.

LAG_Sapkowski_3

Z kolei w 1999 roku wiedźmin Geralt uratował mnie od depresji i nerwicy. Byłem wtedy piekielnie zestresowany zbliżającą się maturą, jako że na próbnej z języka polskiego dostałem ocenę mierną. Chwilę wcześniej jednak wysłałem alternatywne zakończenie sagi wiedźmińskiej na konkurs w Gazecie Wyborczej – i dosłownie w tydzień czy dwa po zawalonej maturze próbnej dowiedziałem się, że wygrałem. Poza nagrodą główną w niemałej na owe czasy sumie czterystu złotych, moją nadwątloną samoocenę wzmocniła świadomość, że w każdym kiosku w Polsce można kupić moje opowiadanie i że może jednak nie piszę aż tak fatalnie.

Ścieżki moje i wiedźmina Geralta przeplatały się też podczas wyjazdów zagranicznych, w których zresztą często towarzyszył mi coraz bardziej powycierany egzemplarz “Miecza przeznaczenia”. Kiedy w wakacje 2003 pracowałem w Hiszpanii, często przechodziłem koło księgarni fantastycznej, na wystawie której pewnego dnia ujrzałem książkę “La espada del destino” autora o znajomo brzmiącym nazwisku. Sytuacja powtórzyła się, gdy kończyłem studia we Francji w 2005 roku – tam dla odmiany ujrzałem świeżo wydany tytuł “Le dernier voeu” pewnego polskiego pisarza… Wszystko to jednak przebił mocno surrealistyczny moment w 2007 roku, chwilę po światowej premierze gry “Wiedźmin”, gdy pracowałem w Teksasie.

Znajomy Wietnamczyk o imieniu Tim zaprosił mnie na imprezę do swoich znajomych, zapomniał jednak wspomnieć, że obecna tam będzie wyłącznie tamtejsza wietnamska społeczność. Jako jedyna osoba spoza towarzystwa, w dodatku wyróżniająca się wzrostem i kolorem skóry, czułem się tam jak, by użyć pratchetyzmu, jak samotna cebulka w sałatce owocowej. W pewnym momencie wszedłem do pokoju komputerowego, gdzie siedziało parę osób i zauważyłem tam pudełko od gry “Witcher”. Żeby jakoś zacząć rozmowę, zagaiłem “hej, a wiecie na podstawie jakiej książki powstała ta gra?”, na co zapadła cisza, po czym kilku Wietnamczyków jednogłośnie odpowiedziało “no jak to, przecież, że wielkiego polskiego pisarza Andrzeja Sapkowskiego!” Nie żartuję, naprawdę użyli sformułowania “great Polish writer”!

I tak oto, w piętnaście lat po moim pierwszym kontakcie z Andrzejem Sapkowskim, od mało znanej książki doszliśmy do gry rozpoznawalnej na całym świecie, a w zasadzie – od książek do gier. Gier, które stanęły w szranki z najlepszymi światowymi produkcjami, gier rozpoznawalnych na całym świecie, które stały się do tego stopnia reprezentatywną marką Polski, że polski premier wręcza edycję kolekcjonerską amerykańskiemu prezydentowi. W tym kontekście może nieco dziwić, że autor książek od których wszystko się zaczęło mocno stwierdza “Nie jestem zaangażowany i nie wiem nic o Wiedźminie 2.” Dlaczego?

05.09.2000 WIEDZMIN -PLAN FILMOWY - ZBIGNIEW ZAMACHOWSKI,  MICHAL ZEBROWSKI, DANIEL OLBRYCHSKI. BB721

Od lewej: anonimowy człowiek w misiurce, Zbigniew Zamachowski w roli przystojnego poety Jaskra w fioletowym kapelusiku, Michał Żebrowski w roli wiedźmina Geralta, Daniel Olbrychski w roli pięknego elfa. Ahem.

Cóż, pamiętacie jeszcze ten niedobry serial i fatalny film o wiedźminie? Te, w których pięknego elfa grał podstarzały Olbrychski, przystojnego Jaskra Zamachowski, zeugla gumowe macki, a któryś szwarccharakter wykrzykiwał “święty Novigradzie”? Tym co położyło to wątpliwej jakości dzieło nie był wbrew pozorem mizerny budżet, ale raczej podejście autorów, które doskonale ilustruje kwestia nakrycia głowy Jaskra. Na pytanie fanów, dlaczego śliwkowy kapelusik barda jest w filmie zielony, twórcy filmu odpowiedzieli, że “może i w książce był śliwkowy, ale u nas jest zielony”. Biorąc powyższe pod uwagę można łatwo zrozumieć, dlaczego Sapkowski odżegnywał się od jakiejkolwiek odpowiedzialności za filmowego gniota i cytował bon-mot Bruce’a Sterlinga, że jeśli tylko Hollywood nie obsadziło w roli głównej różowego pudla, to pisarz i tak wygrał. Można również zrozumieć, dlaczego z podobnie negatywnym nastawieniem podchodził do mającej później powstać gry komputerowej, a i po jej premierze odnosił się do niej raczej sceptycznie.

Podstawową różnicą między fatalnym filmem, a bardzo dobrymi grami jest to, że u twórców z CD Project Red widać szacunek w podejściu do materiałów źródłowych. Jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że robiący grę ludzie w dużej części byli fanami twórczości Sapkowskiego. Podczas swojego wystąpienia na konferencji TEDx Kraków, założyciele CD Project Red, Marcin Iwiński i Michał Kiciński opowiadali trochę o kulisach powstania pierwszej gry “Wiedźmin” (nota bene za ich zaproszenie odpowiadał niżej podpisany). Z prelekcji obu panów, adekwatnie zatytułowanej “strategia czarnej owcy”, wynikało, że decyzja ta była krokiem pod prąd ówczesnych trendów: kiedy wszyscy stawiali przede wszystkim na produkcję MMORPGów i gier na konsole, oni postanowili wydać grę komputerową single player, w dodatku z dorosłą treścią. Ich wiara w to, że na przekór innym można odnieść sukces tą drogą brała się między innymi z wiary w klasę książkowego pierwowzoru.

Najlepszym dowodem na to, że materiał literacki został przez autorów gry potraktowany z szacunkiem i wiernie przeniesiony w świat komputerowego “Wiedźmina” jest to, że w wielu opisach gry, pisanych przez zagranicznych recenzentów, najczęściej nieznających książek Sapkowskiego, pojawiały się motywy jakby wyjęte z recenzji cyklu wiedźmińskiego. Chwalono wykreowany świat za gorzki realizm i brak jasnego podziału na dobro i zło, zachwycano się, że gra traktuje o kwestiach poważnych, w tym tak ciężkich jak rasizm czy dyskryminacja, wspominano, że niełatwo jest zachować neutralność, że wybory są nieoczywiste, a rezultaty każdego z nich w jakiś sposób bolesne, że w tej grze brak wyboru to też wybór. Są to dokładnie te same cechy, które poniekąd są wyróżnikiem opowieści o Geralcie z Rivii: euhemeryzacja, urealistycznienie fantastycznego świata, gorzkie obserwacje dotyczące ludzi. Jeśli zatem tego rodzaju odczucia towarzyszą graczom, to oznacza że twórcom gry udało się przekazać rdzeń tego o czym traktują książki Sapkowskiego – a jest to niebagatelne osiągnięcie.

Choć cykl wiedźmiński był już wcześniej bardzo popularny w krajach słowiańskich, a także bardzo dobrze przyjęty w Hiszpanii, Francji i Niemczech, to jednak w kręgu kultury anglosaskiej stosunkowo długo nie mógł się przebić i gdyby nie gra, to zapewne stan ten trwałby nadal. Na marginesie, mało kto wie, że w 2000 roku wydawnictwo SuperNowa podjęła pierwszą próbę wejścia na rynek brytyjski, próbę ambitną, ale jednak nieudaną. Wydawnictwo zebrało najlepsze polskie opowiadania fantastyczne wyróżnione nagrodą Zajdla w jeden zgrabny anglojęzyczny tomik, zatytułowany “Chosen by Fate” (nota bene przyozdobiony okładką autorstwa Tomasza Bagińskiego, który to lata później stworzył intro do gry “Wiedźmin”). Niestety wydanie to nie odniosło sukcesu. Pomimo że w podziękowaniach przewijały się nazwiska takich tuzów translatoryki jak Piotr W. Cholewa, Paulina Braiter czy Michael Kandel, to jakość tłumaczenia nie była najwyższa: przykładowo w opowiadaniu “Wiedźmin” sformułowanie “po trzecim kurze” zostało przełożone jako “after the third cock”…

Wracając kc5384_s_wiedzmin_plakatdo kwestii tym co najbardziej upowszechniło postać Geralta z Rivii w świecie anglojęzycznym są jednak, czy to się komu podoba, czy nie, dwie części gry od CD Project Red. To za ich sprawą wiedźmin przebił się do mainstreamu anglosaskiej kultury popularnej. Wprawdzie nie sposób udowodnić, że wydanie gry przyspieszyło wydanie książki, ale jeśli nawet nie, to na pewno napędziło na nią klientów – amerykańskie wydanie miało nawet okładkę nawiązującą do okładki gry komputerowej. Podobnie zresztą najnowsza polska edycja cyklu wiedźmińskiego przyozdobiona jest wizerunkami bohaterów zaczerpniętymi z “Wiedźmina 2” – w ten sposób zatoczyliśmy pełny krąg, od książek do gier i z powrotem.

Wiedźmin Geralt stał się już częścią światowej kultury popularnej: od brytyjskiego prześmiewcy Bena “Yahtzee” Croshawa żartującego, że Witcher to ktoś, kto, cytuję, “has sex with witches” i wyzłośliwiającego się o różdżce +69 do penetracji, przez Tycho i Gabe’a z popularnego komiksu sieciowego Penny Arcade, bawiących się stopniowaniem “Witchy, Witcher, The Witchest”, po poważne recenzje w prasie spoza branży gier komputerowych (nie tylko polskiej), każda taka wzmianka napędza popularność gry, a tym samym literatury z której się on wywodzi. I za to właśnie Sapkowski powinien być wdzięczny ludziom z CD Project Red, nawet jeśli sam nie przepada za grami: ich dzieło nie jest porażką jak nieudany film, tylko godną pierwowzoru adaptacją, która stanowi marketingową tubę dla książek twórcy wiedźmina.

Gdyby ktoś dziewiętnaście lat temu powiedział mi, że Andrzej Sapkowski będzie rozpoznawalny na całym świecie, że na podstawie jego prozy powstaną gry komputerowe sprzedające się w milionach egzemplarzy, że grę “Wiedźmin” i animację do niej sprezentuje amerykańskiemu prezydentowi polski premier – nie uwierzyłbym. Dzisiaj, kiedy to wszystko stało się już faktem, kiedy lada dzień Geralt z Rivii zawita na konsoli firmy Microsoft i zapewne podbije kolejne miliony fanów, mogę powiedzieć: daleko zaszliśmy od tamtego chłodnego listopada 1992 roku, panie Andrzeju.

witcherpremiera

16 odpowiedzi do “Fedrujemy: “Wiedźmin” – od książki do gry i z powrotem

  1. Bartłomiej Nagórski Autor tekstu

    Cieszę się, że się podobało. Oczywiście dzisiaj patrzę na ten tekst krytycznie i napisałbym go zupełnie inaczej… :)

    Natomiast co do archeologii, to polecam kategorię „Fedrujemy”, która miała właśnie odkopywać i recyklingować nasze różne archeologiczne teksty z niesitniejących już pism i portali: http://jawnesny.pl/category/fedrujemy/ Wrzuciłem tam kiedyś kilka swoich artykułów z ŚP „Neo+” (oczywiście za zgodą Michała Mielcarka).

    Odpowiedz
    1. TakiSeGracz

      Aż się łza w oku kręci… Jakimś zupełnie nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności kupowano mi Fantastykę, jeszcze przed okresem kiedy stała się Nową Fantastyką. Zdaję się, że pierwszy raz zrobił to dziadek, kupił mi pismo w kiosku Ruchu zamiast kapiszonowego pistoletu. Miałem wtedy może dziesięć, jedenaście lat. Na okładce gwiezdny krążownik, jakaś para z blasterami w dłoniach, Frederik Pohl, Harry Harrison, nazwiska nic mi nie mówiące. Z tyłu zaś prawdziwa bomba demoralizacji i upadku: zupełnie nieubrana pani przedziwnej urody z wielgachnym szablozębym kocurem u nóg. Już nawet nie pamiętam czy to był obrazek Royo czy Frazetty. Pismo zabrałem do domu wstydliwie zrolowane. W środku mieściło zupełnie nowy świat. Zaś dama z kocurem czeka na mnie gdieś tam w Walhalli czy gdzie indziej, taką mam przynajmniej nadzieję. Łączy się to z Sapkowskim o tyle, że na łamach Fantastyki, w której wtedy raczej przeważała sf, przeczytałem jego debiut: „Wiedźmina”. Do tej pory pamiętam cienki gazetopodobny papier, okropnie rozrąbaną twarz krostowatego, który osuwał się po szynkwasie, pragmatyczną radę, żeby królewnie odrąbać łeb szpadlem i to, że miała mały biust. Potem życie potoczylo się swoją koleją, z Fantastyką straciłem bieżący kontakt, ale czytaniem zostałem zarażony nieodwracalnie. Wiele lat później, w drodze z egzaminu, zanabyłem „Miecz Przeznaczenia” w badziewnym paperbacku Supernowej, który rozkleił się pierwszego dnia. Jaki to był żal, kiedy kończyłem połykać ostanie opowiadanie…

      Odpowiedz
      1. Bartłomiej Nagórski Autor tekstu

        Też czytałem Fantastykę, ale nieregularnie i akurat na opowiadanie/a Sapkowskiego się tam nie natknąłem. Ale z różnymi klasykami zapoznałem się właśnie w Fantastyce.

        Drobna anegdotka odnośnie Harry’ego Harrisona: Sapkowski miał dużo sentymentu do jego twórczości i kiedy potem po latach spotkał go na jakimś konwencie, powiedział mu, że to przez niego poniekąd zainteresował się fantastyką i zaczął pisać. Podobno Harrison się wzruszył.

        Odpowiedz
  2. Void

    Też zamiast przygotowywać się do matury tamtego roku czytałem „Wiedźmina”, ale moje pierwsze spotkanie z nim było zupełnie przypadkowe – w mało znanym zbiorze opowiadań „Jawnogrzesznica”.

    Odpowiedz
    1. wersy2

      Moje pierwsze spotkanie z Wiedźmakiem było…no nie, pierwsze spotkanie miało miejsce w dość wczesnej młodości i Geralt przyszedł do mnie w glorii sławy legendy polskiej fantastyki, ale od „Krwi Elfów” się odbiłem. Jakoś do dziesięciolatka bardziej przemawiał bajkowy Hobbit, epicki Władca czy inne proste opowiastki o, ekhem, „rębajłach pokroju Conana”

      Aż wstyd się przyznać, ale Wiedźmin na poważnie pojawił się w moim życiu jako…lektura w liceum:P Na szczęście brakło czasu na jej omówienie na lekcjach, bo pewnie bym się zraził, a tak szybko po opowiadaniach poleciała saga, a niedługo potem przyszły gry:)

      Cieszę się, że Wiedźmin wreszcie zajmuje należne mu miejsce w panteonie światowej fantastyki, nawet jeśli osobiście uważam go za nieprzetłumaczalnego i po angielsku z pewnością nijak by mnie nie zachwycił:P Mam też nadzieję, że skrycie cieszy się z tego sam pan AS, mimo że publicznie za punkt honoru zawsze bierze sobie pokręcić nosem.

      Bardzo liczę też, że podobny los prędzej czy później spotka Dukaja. To skandal, że nie jest on drugą żyjącą ikoną polskiej fantastyki powszechnie znaną od Los Angeles po Berlin.

      Odpowiedz
  3. Surin

    Po „Wiedźmina” sięgnąłem w szkole podstawowej. Stało się to po tym, gdy zauważyłem go w rękach koleżanki z klasy. Tak więc, swój pierwszy kontakt z Sapkowskim zawdzięczam rówieśniczej fascynacji („skoro najlepsza uczennica w szkole sięga po „Wiedźmina”, to musi to być coś świetnego! Koniecznie muszę sprawdzić, kto to jest ta cała <>” – rozmyślałem, dedukując intensywnie i sądząc, że główny bohater jest kobietą i wiedźmą jednocześnie).

    ;)

    Odpowiedz
  4. wersy2

    Tak mnie tknelo, ze Polska w ogole ostatnio naciera ostro na wszystkich frontach; Oscary, literatura, gry, nawet w pilke trafilismy ostatnio mistrzow swiata…

    Ale wlasnie, skoro to ponoc nasz najmocniejszy eksport kulturowy od czasow Chopina ciekaw jestem, jaki ma promien razenia poza naszym, duzym bo duzym, ale jednak gettem.

    Autor o ile dobrze kojarze pisal kiedys cis o Japonii – redowy Geralt szczesciem nie nosi juz katany ale jako ze kazdy miecz ma dwa ostrza, mam nadzieje, ze nie stanie to na przeszkodzie w jego szturmie na kraj samurajow:p Ciekawym, jak go tam odbieraja i czy odbieraja w ogole, w koncu to gra w stylu na wskros wRPGowym, ktory tam poklasku nigdy nie zdobywal. Z drugiej strony widze, ze CDP zainwestowal w pelna lokalizacje (ba, ukazalo sie nawet japonskie tlumaczenie Ostatniego Zyczenia i to ilustrowane!) wiec nie stawiaja chyba na tym rynku a priori kreski.

    Byloby super, gdyby pewnego dnia Japonczyk ma wiesc, z jakiego kraju pochodze ze swiecacymi oczami zakrzyknal ooooooo, Uicza!. Chcialbym tez zapoznac sie z interpretacja tej historii przez kigos totalnue niezanurzinego w naszym kregu kulturowym, moze to taki moj fetysz, ale to cholernie intrygujace:p

    Odpowiedz
  5. Gap

    Witam wszystkich, to mój pierwszy raz tutaj :)

    Dobry tekst, który przypomniał mi moje pierwsze spotkanie z twórczością Sapkowskiego. Piąta klasa podstawówki i kupiona za 1,50 zł na targu niewielka książeczka z pięcioma opowiadaniami, zatytułowana po prostu ,,Wiedźmin”. Jednocześnie jarałem się bardzo wydawanym wtedy przez Prószyński i S-ka komiksem Polcha i Parowskiego. Jako fan futbolu byłem początkowo przekonany, że akcja tych utworów toczy się gdzieś między Słowenią a Belgią, bo cały czas przewijały się tam nazwy Maribor i Brugge.

    Odpowiedz
    1. Bartłomiej Nagórski Autor tekstu

      Witamy! :)

      Też mam tę książeczkę, aczkolwiek kupiłem ją parę lat później, na stoisku z tanimi książkami w Karwi. Komiks, well, o komiksie lepiej zmilczmy. To nie był dobry komiks.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *