Recenzja „Raped”

RapedNiektórzy nieznający się na grach pseudodziennikarze szukają na siłę sensacji i w swoich pełnych hipokryzji wypocinach czepiają się mediów gamingowych, że takich gier jak „Raped” w ogóle nie należy recenzować, tak jak nie recenzuje się filmów snuff i pornograficznych. Że niby takie dowartościowywanie „Raped” to żenada. Co za pseudointelektualny bełkot, lol! Najlepszym dowodem na dojrzałość gier – i ich krytyków, czyli nas – jest odwaga w podejmowaniu kontrowersyjnych tematów. Jak jest napisane, że gra jest dla dorosłych, to tylko głupek może narzekać, że mówi o dorosłych sprawach. A my jesteśmy dorośli. Graliśmy od dziecka w wiele brutalnych gier i wcale od tego nikogo jeszcze nie zabiliśmy. Trzeba być debilem, żeby nie rozumieć, że to tylko gra i się dzieje na ekranie. Tak jak „zabijanie” pikseli na ekranie to nie żadne zabijanie, tak „gwałcenie” pikseli na ekranie to nie żadne gwałcenie. Wypadałoby ogarniać, że gry to tylko rozrywka i nikt normalny od tego żadnego dziecka ani nikogo innego naprawdę nie zgwałci. Handlujcie z tym, pseudoeksperci. To nawet lepiej, że gracz się rozładuje przed ekranem, a nie na kimś prawdziwym – chyba logiczne, nie? Okazuje się, że nie dla każdego.

My się nie boimy trudnych tematów i nie damy sobie założyć kagańca świętoszkowatej, pseudomoralnej cenzury, dlatego publikujemy w Jawnych Snach recenzję odważnej polskiej gry „Raped” debiutującego nią studia Creative Rape – kolejnej w ostatnim czasie gry obok „Wiedźmina 3”, na którą, mimo pewnych słabości, warto zwrócić uwagę. Jak by nie patrzeć, to dobry czas dla developerów z naszego kraju. Dzieje się!

Kontrowersyjny symulator gwałtów znad Wisły jest niezły, choć nie bezbłędny

Zacznijmy od początku. Gry wideo w zasadzie stworzone zostały po to, aby kreować alternatywną rzeczywistość. Nie symulować tą zastaną. W stuprocentowej symulacji nie ma nic fajnego, bez względu na okoliczności. Umówmy się nie każdy będzie w swoim życiu Trevorem Philipsem (bohaterem „GTA V” – red.). Ale fajnie jest nim pobyć przez godzinkę czy dwie. „Raped”, jak każda inna gra ma pozwolić się nam wyżyć, poszaleć, wyluzować. Dlatego, że poza lawiną kontrowersji wygląda na ciekawie zrealizowaną grę w rzucie izometrycznym.

Uważam też, że zdrowy psychicznie i odpowiednio rozwinięty emocjonalnie człowiek nie wyciągnie z tej gry ani trochę złych emocji czy doświadczeń. Tak samo jak z innych, mniej lub bardziej brutalnych rzeczy.

***

Kiedy rozmawiałem z pracownikami Creative Rape, zastanawiałem się, czy sympatycznym twórcom wystarczy cojones, aby umieścić w ostatecznym kodzie wszystkie zapowiedziane elementy. Efekt końcowy przerósł moje najśmielsze oczekiwania. „Raped” jest jeszcze bardziej szokujące niż przypuszczałem. Polacy dotrzymali słowa, mieli w nosie cenzurę, standardy oraz dobry smak i pojechali po bandzie.

Dla mnie największą kontrowersją jest jednak to, że produkcja Creative Rape mogła być czymś znacznie, znacznie większym i bardziej złożonym.

raped

To była pracowita noc – a właściwie pracowite sześć godzin. Zgwałciłem i położyłem trupem prawie dwa tysiące ludzi: kobiety, mężczyzn, dzieci. Ale nie zrozumcie mnie źle – to nie była radosna orgia przemocy.

Choć czuję się zadowalająco napompowany adrenaliną po tych sześciu godzinach, nie mam wątpliwości, że wziąłem udział w masowym gwałcie, i doświadczam z tego powodu pewien dyskomfort. Nie zamierzam jednak rozwodzić się nad moralną stroną „Raped” – głos w dyskusji nad tym, czy tworzenie produkcji o równie ciężkiej tematyce jest stosowne czy nie, mogę zabrać w innym miejscu.

Początkowo gwałcenie bezbronnych cywili budziło we mnie opór. Widok uciekających mieszkańców, którzy w panice rozbiegali się po uliczkach aglomeracji, może być sugestywny. „Raped” bardzo szybko mnie jednak znieczuliło. Po kilkunastu pierwszych minutach nie patrzyłem już na bezbronne dzieci jak na ofiary. Uciekające piksele były niczym innym jak apteczkami, za zgwałcenie i zabicie których główny bohater regeneruje energię.

raped6Nigdy nie poznajemy swoich ofiar. Te nie mają szans, aby w naszych oczach stać się czymś więcej niż tylko zbitką pikseli. Chociaż „Raped” to całkiem realistyczna warstwa wizualna, w grze dominuje poziom odrealnienia. Okej, pierwsze minuty mogą być ciężkie, później jednak naprawdę nie da się brać tej produkcji śmiertelnie poważnie.

Przez całą grę nie dowiadujemy się niczego o naszym antybohaterze, a już na pewno nie poznajemy powodów, które pchają go do gwałcenia. I choć prywatnie nie obraziłbym się za pogłębienie warstwy narracyjnej, rozumiem, że twórcy nie chcieli odrywać uwagi gracza od tego, co w „Raped” najważniejsze: czystej akcji.

Jedynym sposobem na uzdrawianie antybohatera jest… dobijanie dopiero co zgwałconych dzieci poprzez wykonywanie na nich brutalnych egzekucji. Prowadzi to do sytuacji, gdy staramy się oszczędzać dzieci, mogące w każdej chwili posłużyć jako „żywa apteczka”.

Na szczęście przed monotonią ratuje zróżnicowanie kolejnych poziomów – spermę i zniszczenie siejemy nie tylko w miasteczkach, ale także m.in. w kanałach, na pokładzie pociągu i w bazie wojskowej.

raped3

Jak wspomniałem we wstępie, studio Creative Rape postarało się, by nikt nie pomylił masowych gwałtów z piknikiem – przed potraktowaniem rozgrywki w „Raped” jako radosnej orgii skutecznie powstrzymuje sugestywna oprawa artystyczna. Cały świat gry jest spowity w odcieniach szarości – tylko krew i źródła światła mają naturalne kolory – a ponadto ciągle towarzyszą nam ciężka ambientowa muzyka i rozpaczliwe krzyki gwałconych i mordowanych ludzi, niepozwalające ani na moment zapomnieć, że kierujemy psychopatą i bierzemy udział w zbrodniczym szaleństwie.

Krótko mówiąc, mimo całej satysfakcji, jaka płynie z gwałcenia i walki, „Raped” potrafi ciągle pozostawać w świadomości gracza dość niepokojącym doświadczeniem.

Produkcja mogłaby być dłuższa. Na domiar złego nie uświadczymy tu żadnej dodatkowej formy rozrywki (np. trybu wyzwań), która wydłużałaby ten czas. Żywotność gry mogłoby podnieść rozlokowanie jakichś znajdziek na mapach albo implementacja systemu rozwoju postaci albo czegoś w tym stylu, ale i tego próżno tu szukać.

Debiut Creative Rape wypada ocenić jak najbardziej na plus. „Raped” to jak najbardziej grywalny kawałek kodu, który powinien zadowolić graczy spragnionych adrenaliny i mocnych wrażeń.

Nie do końca rozumiem, czemu wybuchło wokół tego tytułu tyle skandali – owszem, jest skrajnie brutalny, chory, wzbudzający obrzydzenie i ogólnie „fe”, z drugiej zaś strony przeznaczony wyłącznie dla dorosłych, a więc osób o ukształtowanej (przynajmniej u większości) psychice, którym nawet skrajna dawka wirtualnej przemocy niczego już w głowach nie poprzestawia.

„Raped” miewa naprawdę dobre momenty, jednak giną one w obliczu skrajnej powtarzalności zadań głównych i pobocznych oraz konieczności gwałcenia i zabijania całych setek osób – w tym dzieci – w celu popchnięcia akcji do przodu.

Tak, gwałcenie dzieci jest tu koniecznością.

raped

„Raped” zmusza do gwałcenia osób postronnych – inaczej nie da się ukończyć żadnej misji. I to jest chyba największym problemem gry. Po pierwsze dlatego, że czynienie gwałcenia bezbronnych jedynym celem gry jest po prostu niskie. Podobnie jak zmuszanie gracza do podrzynania gardeł, zgniatania głów ciężkim butem i wprowadzania w życie innych sposobów wykańczania przed chwilą zgwałconych dzieci po to, by odzyskał zdrowie – nie ma tu apteczek, egzekucje zgwałconych dzieci to jedyny sposób. Po drugie zaś dlatego, że jest to zwyczajnie uciążliwe i kiepsko zrealizowane.

A przecież poza zgwałceniem chorej liczby osób, w czym policja przeszkadza niemal od samego początku, trzeba jeszcze przetrwać wieńczącą misję obławę. Powtarzanie tego po odniesieniu porażki to mordęga i festiwal ziewania zarazem.

Chociaż zaprezentowane graczom w rzucie izometrycznym, „Raped” prezentuje się naprawdę okazale. Widać to zwłaszcza podczas kilku scen, w których kamera zjeżdża zza plecy (anty)bohatera. Poziom detali jest momentami przytłaczający.

Architekci poziomów powinni dostać podwyżkę. Lokacje są względnie otwarte i wypełnione drobnymi elementami.

raped5

Grze Creative Rape można dać szansę w kategoriach kontrowersyjnej, interesującej ciekawostki. Produkcja ma jednak znacznie większy potencjał do wykorzystania. Ten tytuł aż prosi się o tryb kooperacyjny, w którym dwójka, trójka, a nawet czwórka graczy gwałciłaby razem na względnie otwartych mapach. Szkoda tylko, że poziom Sztucznej Inteligencji cywilów to coś pomiędzy amebą a dżdżownicą. Niektórzy potrafią nie ruszyć się o krok, gdy gwałcimy kogoś tuż obok.

Największą wadą tej gry jest jej optymalizacja. Gra wymaga naprawdę mocnego komputera do płynnego działania.

Zakończyłem swoją przygodę z „Raped”. Wracać do gry nie będę, bo nie ma po co. Choć momentami miałem już dość i trochę się męczyłem, rozpaczać nad straconym czasem nie zamierzam, bo wcale nie uważam że był stracony. To nie jest zła gra. Oczywistym jest, że gdyby nie brutalna otoczka, mało kto by o niej usłyszał, zwłaszcza że to debiutancka produkcja nieznanego studia. Ale nie ma tu rażących błędów, nie śmierdzi niskim budżetem, nie wygląda jak półprodukt sklecony na kolanie w tydzień byle natrzepać kasę póki jest o nim głośno. To „uczciwa”, praktycznie pozbawiona błędów technicznych gra z nie najgorszą mechaniką gwałcenia, pomysłową oprawą i świetnym systemem destrukcji otoczenia. Tyle że bardzo powtarzalna, która za szybko wywołuje nudę. Średniak, któremu można dać szansę i nie żałować tego, jeśli tylko potrafi się przełknąć potężną dawkę nienawiści i przemocy. Albo nie dać i też nie żałować.

Czy po spędzeniu tych sześciu godzin z „Raped”, stałem się agresywnym psychopatą? Raczej nie. Czy rozumiem, o co był ten cały krzyk i lament przed premierą? I tak, i nie. „Raped” jest jak parówki na śniadanie – znośne, ale bez krzty polotu.

Zagrać? Można. Takie 5,5, no może 6,5 na 10.

 

WSTYDLIWA AKTUALIZACJA Z 5 MAJA 2015 R.

Dręczony wyrzutami sumienia, nie zmrużyłem oka przez całą noc. Jest mi po prostu wstyd z powodu tego, co zrobiłem. To nie przyjdzie mi łatwo, ale tu i teraz wyznam swój występek, prosząc Was o wybaczenie – i licząc na to, że wyrzucenie z siebie prawdy przyniesie mi ulgę. Zresztą kłamstwo ma krótkie nogi, prędzej czy później ktoś z Was zauważyłby, co naprawdę uczyniłem.

No więc tak naprawdę nie do końca jestem autorem recenzji „Raped”. Głęboko inspirowałem się przy jej pisaniu cudzymi recenzjami pewnej gry. Aby być do końca szczerym, zmuszony jestem oświadczyć, że praktycznie każdy fragment mojej recenzji to lekko tylko podretuszowany lub dosłowny cytat z cudzego tekstu.

Niecnie wykorzystałem artykuły z następujących źródeł: Gry-Online, Polygamia, Gamezilla, Spider’s Web i Gameplay.

Jeszcze raz za tę haniebną zrzynkę serdecznie wszystkich przepraszam.

:(

57 odpowiedzi do “Recenzja „Raped”

  1. sunrrrise

    Świetny tekst! Zwłaszcza wstęp, który pięknie naśladuje tę wszechobecną nowomowę pełną kalekich kalek językowych z angielskiego (nawet moje ulubione „handluj(cie) z tym się znalazło”).

    Sam osobiście pokazuję środkowy palec „Hat…”, tzn „Raped” zamkniętym portfelem. Ale jednocześnie cieszę się, że znalazło się dla niej miejsce tu, na Jawnych Snach (które nota bene zdają się od kilku miesięcy odradzać).

    Odpowiedz
  2. Olaf Szewczyk Autor tekstu

    Dręczony wyrzutami sumienia, nie zmrużyłem oka przez całą noc. Jest mi po prostu wstyd z powodu tego, co zrobiłem. To nie przyjdzie mi łatwo, ale tu i teraz wyznam swój występek, prosząc Was o wybaczenie – i licząc na to, że wyrzucenie z siebie prawdy przyniesie mi ulgę. Zresztą kłamstwo ma krótkie nogi, prędzej czy później ktoś z Was zauważyłby, co naprawdę uczyniłem.

    No więc tak naprawdę nie do końca jestem autorem recenzji „Raped”. Głęboko inspirowałem się przy jej pisaniu cudzymi recenzjami pewnej gry. Aby być do końca szczerym, zmuszony jestem oświadczyć, że praktycznie każdy fragment mojej recenzji to lekko tylko podretuszowany lub dosłowny cytat z cudzego tekstu.

    Niecnie wykorzystałem artykuły z następujących źródeł: Gry-Online, Polygamia, Gamezilla, Spider’s Web i Gameplay.

    Jeszcze raz za tę haniebną zrzynkę serdecznie wszystkich przepraszam.

    :(

    Odpowiedz
    1. sunrrrise

      Inna sprawa, że recenzja na Polygamii jest całkiem, w moim mniemaniu przynajmniej, wyważona, natomiast ta z Gameplaya to jakaś żenująca żenada.

      Odpowiedz
  3. Staszek Krawczyk

    Świetne! Przewiduję, że dominującą reakcją w pewnych kręgach będzie głęboka konsternacja. Bo jak tu krytykować ten tekst, skoro jednocześnie byłaby to krytyka recenzji, dzięki którym powstał?

    Absolutne mistrzostwo świata.

    Odpowiedz
  4. Daniło

    Dobry trolling w słusznej sprawie, ale mam jedną uwagę – to nie przytyk broń Boże – autor zapomniał o jednym. Skupił się na recenzjach w mediach hmmm growych, ale nie wspomniał o Youtuberach (zamierzone?), którzy mają bardziej bezpośredni kontakt ze swoimi widzami, nie ukrywajmy dzieciakami i mają na nich ogromny wplyw. Ot choćby taki Rock. Proszę zobaczyć. Koleś ma widownię złożoną no z dzieci, poakzuje filmiki z Minecrafta z synkiem, a tu proszę na wizji ogrywa Hatred chociaż OCZYWIŚCIE od razu na wstępie mówi, że się brzydzi… hipokryzja –> [ciach!]

    PS. Moderacjo nie musicie zamieszczać klikalnego linka do tego filmiku… nie warto…

    JS: OK, wycięliśmy.

    Odpowiedz
  5. Dycu

    Dopiero w połowie tekstu wyłapałem o co chodzi, a już chciałem gromy rzucać co taki tekst robi na tym serwisie :).

    Odpowiedz
  6. Adam Szymczyk

    Im bardziej media mainstreamowe nie- growe czepiają się brutalności w grach, tym bardziej media mainstramowe- growe muszą udowodnić swoją deklarowaną a-ideologiczną (będąca rzecz jasną kolejną ideologią) neutralność, ten fałszywy rozdział między recenzją techniczną jak przed zakupem tostera a nieistotnym dumaniem o pretensjach gier do miana dzieł kultury, sztuki.

    To taka dyskursywna bańka, która chyba prędzej czy później pęknie. Czy nie?

    Pozwoliłem sobie wspomnieć o sprawie w swoich aktualnościach: https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=906548439406256&id=483705475023890

    Odpowiedz
  7. Blady Mistrz

    To doprawdy zabawne, że branżowym recenzentom zarzuca się “fałszywą neutralność” w sytuacji, kiedy żadne media „głównego nurtu” nie są tak przesiąknięte ideologią, jak właśnie topowe anglojęzyczne media piszące o grach. Postacie takie jak Anita Sarkeesian, Patricia Hernandez, czy Ben Kutchera podobnie jak portale, na łamach których publikują i z którymi są zaprzyjaźnieni (między innymi Kotaku i Polygon), to branżowy odpowiednik naszej rodzimej komisji Antka Macierewicza w kontekście fanatyzmu i ideologicznego zacietrzewienia. Różnica polega tylko na tym, że zamiast trotylu i ruskich agentów, Anita i spółka tropią rasizm, seksizm – najczęściej w formie WSZECHOBECNEJ mizogini – oraz wszelką nierówność społeczną w grach. Dość wspomnieć seksistowskiego Mario, skandaliczny „gwałt” na Larze w Tomb Raiderze, czy najnowsze kontrowersje związane z trzecią odsłoną Wiedźmina, emanującą nienawiścią do kobiet i brakiem reprezentacji rasowej (bo jak powszechnie wiadomo, Murzyni byli wszechobecni w realiach średniowiecznej Europy, na których oparte jest uniwersum Wiedźmina). Do czego prowadzi takie myślenie, najlepiej obrazują najnowsze gry Bioware, które są pod dużym wpływem wyżej opisanego nurtu: czyt. większość postaci, z którymi wchodzimy w głębszą interakcję to biseksualiści, stanowiący niemniejszą mozaikę rasową niż ekipa Power Rangers.

    (W tym momencie chciałoby się krzyknąć: Płetwiarzu, zrób mi potwora!)

    W gwoli ścisłości: nie jestem wojującym prawicowcem, popieram związki partnerskie, praktykuję ateizm i nie mam w domu ołtarzyku, przy którym codziennie palę małą tęczę, ale mam świadomość pewnej cienkiej granicy, za którą walka z rzeczywistym problemem staje się komedią. Ale mniejsza.

    Rozumiem, że neutralność musi być szczera – tj. odzwierciedlać rzeczywiste stanowisko autora tekstu, który jeżeli nie jest faktycznie neutralny, to nie powinien pisać neutralnego tekstu, tylko gromić świętym oburzeniem? Chyba nie trzeba być szczególnie bystrym, aby dość szybko dojść do wniosku, że takie myślenie, zwłaszcza w kontekście pracy dziennikarza, to jakiś kompletny nonsens.

    Gdyby mnie ktoś podsunął grę „Raped” do zrecenzowania, to — podobnie jak inni autorzy — przede wszystkim przejechałbym się po jej technicznej stronie, a następnie zestawił to z faktem, że marność w tym zakresie próbuje nadrobić tanią kontrowersją, i tyle. Innymi słowy: postąpiłbym dokładnie wbrew oczekiwaniom autorów gry, którzy właśnie na kontrowersje tę grę obliczyli.

    Na marginesie; zdaję sobie sprawę, że jechanie z GWAŁTEM i ZABIJANIEM DZIECI jest popularne, bo działa na wyobraźnię, ale nie zmienia to faktu, że to niemniej niska manipulacja, co ta, którą operuje omawiana gra.

    Recenzja to opinia, i jak w każdej opinii jest w niej miejsce na odautorskie przemyślenia, nawet i filozoficznej natury, niemniej zadaniem recenzji jest przede wszystkim analiza i przegląd dzieła. Dlatego jeżeli komuś marzy się tępienie szkodliwych ideologii i wzorców (np. zabijania dzieci i staruszków, czy braku reprezentacji homoseksualnych Indian), to powinien raczej skłonić się ku innym gatunkom.

    Odpowiedz
    1. Olaf Szewczyk Autor tekstu

      @Blady Mistrz
      Postacie takie jak Anita Sarkeesian, Patricia Hernandez, czy Ben Kutchera (…) to branżowy odpowiednik naszej rodzimej komisji Antka Macierewicza w kontekście fanatyzmu i ideologicznego zacietrzewienia. Różnica polega tylko na tym, że zamiast trotylu i ruskich agentów, Anita i spółka tropią rasizm, seksizm – najczęściej w formie WSZECHOBECNEJ mizogini – oraz wszelką nierówność społeczną w grach.

      …bo, jak wiadomo, seksizm i mizoginia w grach to jakiś chory mit, kolportowany przez fanatyków na miarę Antka M.

      Do czego prowadzi takie myślenie, najlepiej obrazują najnowsze gry Bioware, które są pod dużym wpływem wyżej opisanego nurtu: czyt. większość postaci, z którymi wchodzimy w głębszą interakcję to biseksualiści, stanowiący niemniejszą mozaikę rasową niż ekipa Power Rangers.(…) W gwoli ścisłości: nie jestem wojującym prawicowcem

      „Nie mam nic przeciw homoseksualistom, byle się tylko publicznie nie afiszowali ze swoim pedalstwem”. Godne podziwu umiarkowanie.

      Gdyby mnie ktoś podsunął grę „Raped” do zrecenzowania, to — podobnie jak inni autorzy — przede wszystkim przejechałbym się po jej technicznej stronie, a następnie zestawił to z faktem, że marność w tym zakresie próbuje nadrobić tanią kontrowersją, i tyle.

      W dziennikarzach growych nadzieja, dają lekcję światu. Może wreszcie wezmą z nich przykład krytycy filmów, literatury itd. Taki na przykład Tadeusz Sobolewski mógłby opisywać snuffy i porno SM, obiektywnie oceniając pracę kamery, światło i grę aktorów, na koniec dodając komentarz o niedostatecznej głębi przekazu. W ramach, jak to ująłeś niżej, „analizy i przeglądu dzieła”.

      Na marginesie; zdaję sobie sprawę, że jechanie z GWAŁTEM i ZABIJANIEM DZIECI jest popularne, bo działa na wyobraźnię, ale nie zmienia to faktu, że to niemniej niska manipulacja, co ta, którą operuje omawiana gra.

      Przepraszam. Nie chciałem nisko manipulować Twoją wyobraźnią.

      Recenzja to opinia, i jak w każdej opinii jest w niej miejsce na odautorskie przemyślenia, nawet i filozoficznej natury, niemniej zadaniem recenzji jest przede wszystkim analiza i przegląd dzieła.

      Ach, „analiza i przegląd dzieła”. Teraz widzę, iż dotąd błądziłem w ciemnościach, naiwnie wychodząc z założenia, że czasami zadaniem recenzji jest po prostu pociągnięcie za spłuczkę.

      Dlatego jeżeli komuś marzy się tępienie szkodliwych ideologii i wzorców (np. zabijania dzieci i staruszków, czy braku reprezentacji homoseksualnych Indian), to powinien raczej skłonić się ku innym gatunkom.

      Skłaniam się ku uprzejmemu podziękowaniu za tę radę.

      Odpowiedz
      1. Blady Mistrz

        „seksizm i mizoginia w grach to jakiś chory mit”

        Niekoniecznie. (Co nie oznacza automatycznie, że Mario jest seksistowski.)

        „Nie mam nic przeciw homoseksualistom, byle się tylko publicznie nie afiszowali ze swoim pedalstwem”. Godne podziwu umiarkowanie.

        Raczej godna podziwu (pokrętna) logika. Zachodzę w głowę, jak na podstawie mojej prześmiewczej wypowiedzi — odnośnie robienia z większości kompanów biseksualistów w imię zadośćuczynienia równości™ — doszedłeś do wniosku, że mam jakiś problem z afiszowaniem się z „pedalstwem” („pedalstwo” ma, jak rozumiem, podkreślać moją rzekomą pogardę dla gejów)?
        Dla Twojej informacji: jak dla mnie pedały i lesby mogą się afiszować choćby pod moim oknem – w najmniejszym stopniu mi to nie przeszkadza. Tym niemniej śmieszy mnie niedojrzałość umysłowa ludzi, którzy uważają, że instrumentem do wpajania tolerancji jest robienie na chama z każdej postaci biseksualisty albo Batmana Murzyna.

        … I na tym poprzestanę komentowanie Twojej wypowiedzi, bo reszta to jakieś mało błyskotliwe wrzuty. Zresztą sam najlepiej się skomentowałeś.

        Odpowiedz
        1. Acetylen

          „odnośnie robienia z większości kompanów biseksualistów w imię zadośćuczynienia równości™”

          Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego temat romansów w grach nie jest widziany w takiej samej próżni jak spodnie magicznie zamieniające się w spódnicę na żeńskim awatarze (sarkastyczne pozdrowienia dla Bethesdy, bo to głupi mechanizm) czy kombinezony ze wspomnianego Mass Effecta, które zmieniają krój na żeński lub męski zależnie od tego jakim gramy Shephardem.

          W Mass Effekcie 2 może nam zginąć praktycznie każda z postaci, a jednak nikt nie kłóci się, że kanonicznie Samara zginęła w trakcie misji samobójczej, bo u niego w gameplayu tak było. Grasz kobietą Shephardem i masz romans z Kaiden? W twojej rozgrywce ani razu nie pokazał tendencji biseksualnych. Grasz mężczyzną i nie chcesz z nim romansu, droga wolna, Kaidan jest twoim kumplem z załogi. To jest chyba istota gier RPG, że dostosowują się do tego, jak odgrywasz rolę. A zamykanie komuś opcji, z której nawet nie zamierzasz korzystać (ergo, nigdy się nie wydarzyła) jest na poziomie Bethesdy, która co prawda pozwoli ci w Falloucie 4 dostosować postać nawet do poziomu rozmiaru kości policzkowych, ale z góry zakłada co najmniej biseksualność, jeśli nie heteryzm tej postaci poprzez postać męża/żony przeciwnej płci podczas intra.

          Odpowiedz
      2. sil

        „Nie mam nic przeciw homoseksualistom, byle się tylko publicznie nie afiszowali ze swoim pedalstwem”

        W jaki sposób ten cytat wynika z tego, co napisał Blady Mistrz?

        Odpowiedz
    2. Cpt. Schrodinger

      Nawet sam Sapkowski się nabija z tego bronienia hurr durr mitologii słowiańskiej. No ale jeżeli dla kogoś Wiedźminy to pierwsze przeczytane książki fantasy, może nie rozumieć nawiązań do baśniowych opowiadań i motywów (tropów?) i tkwić w tym bajorku ignorancji.

      ,,Nie jestem homofobem, ale po co w tej grze osoby LGBT?”
      …szkoda słów. No i ta definicja recenzji :D Powinno się jeszcze ostrzegać: zawiera śladowe ilości krytyki!

      Odpowiedz
      1. Blady Mistrz

        Co ma bronienie „hurr durr mitologii słowiańskiej” do tego, co napisałem , czyli że uniwersum Wiedźmina jest OPARTE na realiach średniowiecznej Europy (na marginesie, Europa to nie tylko Słowianie). Nie wyklucza to przecież nawiązań do baśniowych opowiadań i motywów.

        Nie mam nic do „osób LGBT” w grach, tj. do homoseksualnych, biseksualnych, a nawet transseksualnych postaci.

        Nie mam też nic do postaci czarnoskórych (to tak uprzedzając dalsze projektowanie cudzych wyobrażeń na moje wypowiedzi, choć zaraz i tak zapewne znowu się dowiem, że jestem jakimś anty-pedałem).

        Odpowiedz
  8. sebogothic

    LOL, przekopiowana niemal cała recka z GOLa, jedynie tytuł został zmieniony i dodano gwałcenie dzieci. Słabe to. Mogłeś się pokusić o wzmiankę, że bohaterem jest ksiądz. Teraz to takie modne.
    Nie rozumiem czepiania się polskich recenzentów, gdyż zrecenzowali Hatred jak każdą inną bez jakiegoś umoralniania i ogromnego oburzenia, na co z pewnością liczyli twórcy. O wiele gorsze moim zdaniem jest dopatrywanie się we wszystkich grach rasizmu, seksizmu, dyskryminacji homoseksualistów, niesprawiedliwości społecznej itp. itd., nawet Wiedźminowi 3 się za to oberwało. Tak jak gdyby ci recenzenci nie zdawali sobie sprawy z tego, iż realny świat nie jest piękny i kolorowy, a skąpany w odcieniach szarości. Może oni żyją w tej swojej tęczowej bańce, gdzie wszyscy są piękni i szczęśliwi, i dlatego reagują świętym oburzeniem na widok gry, która stara się przedstawić realne problemy.

    Odpowiedz
    1. Olaf Szewczyk Autor tekstu

      @seboghotic

      Nie rozumiem czepiania się polskich recenzentów,

      Tak.

      O wiele gorsze moim zdaniem jest dopatrywanie się we wszystkich grach rasizmu, seksizmu, dyskryminacji homoseksualistów, niesprawiedliwości społecznej itp. itd.

      Nie.

      Odpowiedz
        1. sebogothic

          @Cpt. Schrodinger – Sęk w tym, że nie ma żadnego problemu. Tylko ludzie, których matką jest poprawność polityczna a ojcem idiotyzm, czepiają się wszystkiego wokół. Jeszcze pojedźcie po Tetrisie, bo tam klocki są kolorowe (sic!) i po szachach, bo tam zawsze zaczynają białe. Cóż za rasizm!

          Odpowiedz
          1. Adam Szymczyk

            @sebogothic
            Załóżmy, że dostrzegasz to zjawisko. Np. że w ogromnej części (większości?) gier akcji głównym bohaterem jest muskularny, heteroseksualny mężczyzna, który w pojedynkę ratuje świat, po drodze zabijając masę przeciwników. Kobiety w całej historii pełnią rolę poboczną, co najwyżej piszczą, trzeba je ratować i mają głęboki dekolt.

            Czy zauważenie tego co powyżej jest czymś złym?

            Rolą recenzowania/krytykowania gier jest opisywanie samej gry i jej kontekstów (społecznych, politycznych, seksistowskich, ekologicznych, artystycznych, estetycznych, nawiązań do innych mediów; książek, filmów i masy innych rzeczy) Chodzi o to, że żadne z dzieł kultury (w tym gry!) nie powstają w próżni. To znaczy nigdy nie były, nie są i nie będą tym neutralnym tworem czysto techniczno- rozgrywkowym. Jeżeli nie w próżni to… ? Zadawajmy pytania i bądźmy krytycznie?

            Czy rozumiesz o co mi chodzi?

            Pozdrawiam,
            Adam Szymczyk, Napixelowany

  9. Falconek

    Gra, o której mowa nie zasługuje na komentarz, natomiast kucyki zasługują. Właśnie staliście się w moich oczach o 20 % fajniejsi.

    Odpowiedz
    1. Blady Mistrz

      Widzę tu pewną niekonsekwencję, a mianowicie z jednej strony piszesz, że gry nie warto komentować, a z drugiej chwalisz autora tekstu, który popełnił na jej temat ścianę tekstu.

      Gdyby nie powyższa recenzja, to ja o istnieniu gry „„Raped”” (w podwójnym cudzysłowie) najprawdopodobniej nigdy bym się nie dowiedział, ale że zlinkowano mi ten tekst na innym forum, to zainteresowałem się, o co ten cały ból tyłka. Innymi słowy: szanowny recenzent Olaf wpisał się w plan twórców gry, którym przecież o taki rodzaj promocji właśnie chodziło.
      Jest taka stara ludowa mądrość, że troll najbardziej cierpi wtedy, kiedy zostanie zignorowany.

      Tytułem dygresji; zastanawiam się, czym właściwie – pod względem zawartości – gra „„Raped”” różni się od np. najnowszych Falloutów, w których gracz może do woli mordować i dekapitować bezbronnych cywilów, ba, nawet zmieść całe miasto za pomocą bomby atomowej? Zresztą bądźmy szczerzy, niemal w każdej grze kogoś mordujemy – z mniej lub bardziej zasłużonych powodów.

      Odpowiedz
      1. Cpt. Schrodinger

        Na pewno tylko o grze mówi artykuł p. Olafa?
        Radzę się zastanowić przez chwilkę.

        Istnieje różnica pomiędzy typowym ukazaniem przemocy w grach (a przynajmniej ich fabułach) a sadyzmem.

        Odpowiedz
        1. Blady Mistrz

          No nie tylko o grze, bo poprzez swój pastisz autor gani też (a może nawet przede wszystkim) recenzentów, którzy zamiast ziać świętym ogniem gniewu potraktowali „”Raped”” jak każdą inną grę (a przecież powinni być oburzeni i zniesmaczeni).

          „Istnieje różnica pomiędzy typowym ukazaniem przemocy w grach (a przynajmniej ich fabułach) a sadyzmem.”

          Nie grałem jeszcze w „”Raped””, chociaż powyższy tekst mnie do tego bardzo zmotywował, ale z tego co widziałem na gameplayach, nie ma tam więcej sadyzmu, niż w przywołanych przeze mnie Falloutach. Jedyna różnica polega na tym, że jest się tym złym. Cała reszta — brutalne finishery, dekapitacja itd. — to żadna nowość. Wróć, w „”Raped”” chyba jednak nie ma dekapitacji jak w Falloutach.

          Odpowiedz
          1. Cpt. Schrodinger

            W większości gier deweloperzy nie próbują nakłonić gracza do zwracania uwagi, dlaczego zabijają przeciwników – stąd rozmaite zombie, szkielety, cyborgi, terroryści, mutanci, potwory i tak dalej. Wszelkiej maści ,,goonsy” to zazwyczaj tylko przeszkody stojące na drodze do osiągnięcia celu – zemsty na antagoniście, ocaleniu świata, odzyskaniu ukochanej osoby… W takich Falloutach możesz zabić, aby zdobyć lepsze bronie lub zapasy. Pisząc ,,a przynajmniej w fabułach” miałem na myśli, że w grach z otwartym światem często dostajesz wolność odstrzelenia komukolwiek łba bez powodu (ale gra cię za to ukarze). W ,,”Raped”” nie ma jednak konkretnego większego celu, do którego dąży postać poprzez przemoc. Pozostaje sama skorupka.

          2. Blady Mistrz

            Jest różnica między przemocą samą w sobie, a przemocą podporządkowaną jakiemuś celowi. Pytanie tylko, czy masakrowanie całych hord przeciwników w imię poszukiwania skarbów tudzież wyeliminowania głównego bossa aż tak różni się od zabijania dla zabijania – tj. na tyle, aby została przekroczona jakaś granica moralna?

            „W takich Falloutach możesz zabić, aby zdobyć lepsze bronie lub zapasy.”

            Niekoniecznie. W New Vegas możesz przyłączyć się do frakcji, która pali całe miasta, bierze niewolników i przybija wrogów do krzyża. W Falloucie 3 jest quest, który pozwala zmieść całą osadę z powierzchni ziemi za pomocą bomby nuklearnej. Zresztą we wszystkich Falloutach, począwszy od tych w rzucie izometrycznym, można być maniakiem i psychopatą.

      2. Adam Szymczyk

        @BladyMistrz; czyli Twoim zdaniem jeżeli twórca gry „A” produkuje i promuje swój tytuł tak by wywołać tanią sensację jadąc po najniższych instynktach to jeżeli jakiś krytyk „B” zauważy to i skrytykuje jako problem, to robi mu darmową promocję i w tym sensie nie powinien tego robić? Nie powinien krytyk pisać źle o grze, tak?

        Czy jest zatem jakiś inny sposób by w przestrzeni publicznej zauważyć, że jakaś gra jest beznadziejna od strony treści, faktycznego przekazu który ze sobą niesie?

        Bo Twój sposób myślenia jest właśnie w pewnym sensie taką formą autocenzury. Walą Ci po oczach gównem, ale NIE NIE! To tylko techniczna rozgrywka i nic nie można powiedzieć więcej bo wtedy byśmy założyli na siebie kaganiec politycznej poprawności tak? Nonsens. W gry trzeba walić ogniem ciągłym krytyki żeby jako medium mogły się rozwinąć.

        Pozdrawiam
        Adam Szymczyk, Napixelowany.com

        Odpowiedz
        1. Blady Mistrz

          Od dekady piszę o grach głównie źle – podobnie o ich krytykach.

          Dziennikarstwo branżowe jest dzisiaj w konflikcie interesów z deweloperami i producentami, od których de facto zależy, stąd szczera i rzetelna recenzja zeszła niemal całkowicie do podziemia. Zresztą widzę po prawej stronnie odnośnik do artykułu o #gamergate, więc rozpisywanie się na ten temat uważam za zbędne.

          Nie krytykuję powyższego artykułu za krytykę jako taką, ale za protekcjonalny ton i prawienie morałów, a właściwie to zarzucanie innym recenzentom, że tego nie robią. Czytałem w życiu różne recenzje – popełnienia Uwe Boll’a o Auschwitz, „Ludzkiej Stonogi”, „Srpski’ego filmu” itp., ale nie spotkałem się jeszcze z sytuacją, aby poważny recenzent podszedł do tematu na zasadzie: „ten film jest paskudny, obraża kobiety/homoseksualistów/czarnych/etc. i nikt nie powinien go oglądać” – bo czym innym jest krytyka treści, a czym innym próba narzucenia czytelnikowi swojej moralności. Dlatego też w swojej pierwszej wypowiedzi wspomniałem o ludziach pokroju Sarkeesian, którzy stawiają się w roli obrońców równości i moralności (dla realizacji swojej konkretnej agendy, ale to odrębna kwestia), a każdy, kto się z nimi nie zgadza automatycznie wspiera zło i opresję. Zresztą jest dość znamiennym, że w tej dyskusji zostałem z miejsca ustawiony jako jakiś anty-pedał, chociaż nie powiedziałem absolutnie nic, co by pozwalałoby uznać mnie za homofoba.

          Przejrzałem sobie recenzje, które zlinkował autor – przywołani do tablicy krytycy nie wydawali się poruszeni tematyką gry i po prostu przeszli nad nią do porządku dziennego. Stawianie im zarzutu, że nie byli dość oburzeni jest śmieszne, żeby nie powiedzieć głupie. Jeżeli autor powyższego artykułu uważa, że gra taka jak „„Raped”” jest wulgarna i obraźliwa, to ma oczywiście prawo o tym napisać, ale niech swojego oburzenia nie wymaga od innych na zasadzie jakiegoś imperatywu moralnego. Inna sprawa, że wg mnie recenzja niekoniecznie temu powinna służyć, a omawiana pozycja jest po prostu tandetnym, niegodnym uwagi shooterem, którego jedynym atutem jest kontrowersja.

          Tytułem konkluzji można zadać sobie pytanie, któremu stanowisku bliżej do cenzury: mojemu, w myśl którego recenzja powinna być co do zasady neutralna i dążyć przede wszystkim do analizy utworu, czy temu, wedle którego treści uważane przez krytyka za szkodliwe powinny być gromione – podobnie jak ci, którzy się do ciskania gromów nie przyłączą?
          Na marginesie, to ciekawa zależność, że krytycy branżowi najbardziej znani z nawalania ideologiczną pałą są najmniej kompetentnymi krytykami gier (pod każdym innym aspektem) – zupełnie, jakby nic innego ich nie interesowało.

          Odpowiedz
          1. Cpt. Schrodinger

            >recenzja powinna być neutralna i dążyć do analizy utworu
            Nad tym to chyba za dużo nie myślałeś, więc wytłumaczę powoli?… Recenzją krytyk dzieli się częścią swych opinii, poglądów; próbuje przedstawić, w jaki sposób odebrał grę. Czynnikiem odróżniającym od siebie recenzje jest właśnie background autora – dlatego czasem warto przeczytać wiele, aby dostać większe wyobrażenie o podmiocie. Recenzje wyprane z osobowości to o prostu informacyjne teksty z wiki, bez grama
            opinii. Może w takich nie znajdziesz krytyki mechanik, krytyki fabuły, przesłania, oprawy audiowizualnej, detali technicznych… Świetna rzecz, co nie?

          2. Blady Mistrz

            Myślałem tyle samo, co o całej reszcie wypowiedzi i nie robi mi różnicy, czy będziesz tłumaczył powoli, czy może nie powoli. Obawiam się jednak, że nie jesteś dla mnie żadnym autorytetem w kwestii definicji recenzji, zwłaszcza że jest ona dość szeroka, a przy tym różne media rządzą się trochę innymi [zwyczajowymi] prawami krytyki (stąd np. filmy porno recenzuje się pod innym kątem niż blockbustery).

            Poza tym to, co zacytowałeś/napisałeś (?) nie stoi w żaden sposób w opozycji do tego, o czym pisałem ja, bo recenzja „z osobowością” to niekoniecznie wykład moralny. „Osobowość” może się przejawiać w błyskotliwej formie, a swoje poglądy autor może przedstawiać w nieinwazyjny dla odbiorcy sposób (prosty przykład: „nie podobało mi się” zamiast „nie podobało mi się i tobie też ma się nie podobać”).

            Mam nadzieję, że nie za szybko.

      3. Falconek

        Pochwaliłem autora nie za ścianę tekstu, tylko za obrazki z kucykami. Hint: wygooglaj sobie „20 percent cooler”.

        Odpowiedz
    1. Blady Mistrz

      Nie mam pojęcia, bo szczerze mówiąc nigdy w życiu na Wykopie nie byłem.

      Zlinkowano was między innymi na RPGCodex.

      Odpowiedz
        1. Blady Mistrz

          Stronę zlinkowano w polskim temacie w dziale forum, który jest dostępny dla użytkowników z co najmniej rocznym stażem (dla ochrony ich zdrowia psychicznego). Zresztą żadnej większej dyskusji nie było, bo RPGCodex to forum anglojęzyczne i polski temat funkcjonuje tam na zasadzie offtopa dla polskich użytkowników (aczkolwiek liczba Polaków jest na Codexie zaskakująco duża).

          No i nic ciekawego o jawnych snach nie napisano. ;p

          Odpowiedz
        2. Ludzik

          Ja zlinkowałem jako przykład 3edgy5me – nieśmieszne, kucyki i że niby przesłanie. Nie chciało mi się całego czytać, więc wrzuciłem na przynętę.

          Fajne jest to usprawiedliwianie przez moralistów przemocy w jednych grach i wyrażanie oburzenia na inne. Bo przecież sami się prosili, bo tak estetyczna jest ich śmierć (nie krzyczą w przerażeniu, nie umierają w konwulsjach), bo to profesjonalne chwasty bez ludzkich motywacji, rodzin i innych takich pierdół.

          Odpowiedz
  10. aldek

    PROPSUJE!
    Widzę że atak ze strony białych terrorystów z krzyżami już się zaczął. Nie życzę powodzenia w walce bo wiem, że Jawne Sny to bastion nie do zdobycia :)

    Odpowiedz
    1. Blady Mistrz

      Nawet nie czytałeś komentarzy (bo gdybyś czytał, to byś wiedział, że ja się od krzyża trzymam z daleka), a już wiesz kto atakuje i „PROPSUJESZ”?

      Zabawne, że pozujecie na takich postępowych mądrali, a podejściem do rozmówcy bardzo blisko wam do Terlikowskiego i księdza Oko – ta sama ignorancja, to samo projektowanie własnych imaginacji na adwersarzy.

      Odpowiedz
        1. Adam Szymczyk

          Bartłomiej Nagórski, jak chcecie mieć tu otwartą, krytyczną dyskusję to nie straszcie kasowaniem komentarzy. Żadna z osób powyżej żadnego minimum kultury nie naruszyła.

          Odpowiedz
      1. ALDEK_bk

        Skoro wziąłeś to do siebie, zią. Ok, masz prawo do odrobiny egocentryzmu, c’nie?

        Chciałbym jedną kwestię wyjaśnić.
        Czy „postępowy mądrala” to ktoś kto uważa, że lokalne środowisko para-dziennikarskie, poprzez swoją „racjonalizację”, doprowadziło problem przedstawienia przemocy w grach komputerowych do granicy dobrego smaku i absurdu?
        Zobrazowania, które bądźmy szczerzy, w żaden sposób nie wynika z naturalnej potrzeby tych produkcji tj. symulacji trójwymiarowych przestrzeni i kinetycznej ekstazy.

        Czy to może ktoś kto wyraża się w sposób pejoratywny o mentalności środkowoeuropejskiego chłopa (żeby nie napisać – prowincjusza), wynikłej ze specyficznie zmutowanej, lokalnej odmianie instytucji religijnej?

        Bartłomieju. Mógłbym zakwestionować tak swobodne posługiwanie się terminem „kultura”. Nawet jeśli może się wydawać że kontekst twojej wypowiedzi dotyka innego zagadnienia. Nie. To wciąż ten sam problem, który w rzeczywistości zdominowanej przez dissy i „przemysł pogardy” oraz Przemysł Pogardy jest tylko teoretyczny i dotyczy zaledwie niewielkiej grupy naiwnych purystów.
        Co nam pozwala na wartościowanie stylistyki złego cuchnącego trolla? Co jeśli jego niewdzięczna rola, na moście, w przestrzeni wiecznej transgresji jest konieczna dla zinformatyzowanego społeczeństwa?

        Odpowiedz
  11. Pingback: Delikatnie wybrakowane pasmo informacyjne, jak w Polsce można nie chcieć mieć dzieci, katastrofalny Batman i obszerne E3 czyli co z czerwcem? • Napixelowany

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *