Archiwa kategorii: Tak jak w kinie

Br35 Ba56

Podobno Joni Mitchell miała kiedyś powiedzieć, że przed popełnieniem samobójstwa w latach 60. uchroniła ją ciekawość kolejnych płyt Rolling Stonesów. W tym duchu napiszę: warto było dożyć premiery takiego serialu jak „Breaking Bad” (produkcja telewizji AMC, tej od „Mad Men” i „The Walking Dad”). Na okładce DVD pierwszego sezonu (dwie pierwsze serie można kupić tanio np. w brytyjskim Amazonie) zamieszczono fragment recenzji z The Daily Mail Weekend:

more believable than Dexter and more human than Weeds.

Czytaj dalej →

Gdyby tylko

– Moja droga córko, zaspałaś!
– Czułem się wyjątkowo niedobrze, mamusiu.
– Ty tutaj narzekasz na ból głowy, a czyż twoje wszystkie żony nie stoją na skraju śmierci?

Taki jest pierwszy dialog w „Pirouette”, znakomitym flashowym drobiazgu Stephena Lavelle (increpare) i Haydena Scotta-Barona (dock), dostępnym za darmo w przeglądarce. Mój przekład zdradza jednak oryginał, bo język polski wymusza użycie rodzaju gramatycznego („czułem się”) – w „Pirouette” nie jest jednak całkiem pewne, czy główna postać jest mężczyzną, czy kobietą. Mama zwraca się do niej „córko”, ale nasza postać wygląda jednak raczej jak facet, ma zresztą żony (byłe? aktualne? wyobrażone?).

Czytaj dalej →

Historia pewnej zdrady. Co się wydarzyło w Vault 106

„Fallout 3” od dawna był w czołówce mojej listy „do nadrobienia po upgradzie sprzętu” i właśnie niedawno przyszedł na niego czas. Jako fan poprzednich „Falloutów” wracałem na Pustkowia z przyspieszonym biciem serca. I oczywiście ostrzegano mnie ze wszystkich stron: uważaj, to już nie to samo co „Fallout 2”, nie ta fabuła, nie ta złożoność. Że Bethesda to nie Black Isle. I że to tylko „Oblivion” w post-apo. I że „New Vegas” lepsze, to może od razu do niego przeskoczę? Ja tego wszystkiego wysłuchałem, przyjąłem do wiadomości i pogodziłem się z tym, że nie wchodzi się dwa (trzy?) razy do tej samej napromieniowanej rzeki. Ale jak dotąd i generalnie rzecz biorąc, po około dwudziestu godzinach gry (niedużo jak na cRPG z otwartym światem, ale daje już pojęcie o grze) nie jestem rozczarowany. Chciałbym wam jednak opowiedzieć pewien epizod z moich wędrówek po Stołecznych Pustkowiach.

Czytaj dalej →

Samotni na krańcach Wszechświata

To się dzieje dawno temu, w bardzo odległej galaktyce. Aktywuję wieczorami czasoprzestrzenny tunel i wsiąkam zwyczajowo „tylko na pół godziny craftingu”, które – jak to zwykle bywa w massive’ach – przeciąga się często do późnej nocy. Ot, jeden z wielu fenomenów związanych ze względnością czasu w krainie po drugiej stronie lustra. Nie będę udawał zaskoczenia. Wiem, czym grożą światy MMO i już lata temu się przekonałem, że nie jestem odporny na te feromony.

Od czasu przeprowadzenia odwyku od „World of Warcraft” trzymam się od MMORPG-ów z daleka. No, ale „Star Wars: The Old Republic” to pokusa, której nie mogłem się oprzeć.

Czytaj dalej →

do not WALKEN outside this area

Christopher Walken gra we wszystkim, co porusza się 24 klatki na sekundę. Wynika to prawdopodobnie z tego, że – mimo swojego wieku – wciąż pamięta jeszcze milczący telefon początkującego aktora. W fantastycznej rozmowie z Henrym Rollinsem dodał, iż w zasadzie nie ma żadnego hobby i po prostu lubi grać (serwis IMDb wyświetla jego 117 ról!). W efekcie obok tytułów wybitnych w rodzaju „Łowcy jeleni” Michaela Cimino (Oscar za rolę drugoplanową) czy „Pogrzebu” Abla Ferrary, wystąpił też w wielu obrazach tak złych – cytuję – że sam nie miał ochoty ich obejrzeć albo po prostu nie trafiły one nawet na kasety wideo. W 1996 roku wystąpił także w dwóch bardzo dobrych grach komputerowych: przygodówce FMV „Ripper” oraz kosmicznym symulatorze handlowym „Privateer 2: The Darkening” (dla tej drugiej produkcji kupiłem swój pierwszy pecetowy joystick).
Czytaj dalej →

Krakowskie gry komputerowe: garść sugestii dla projektantów

Niedawno w krakowskiej „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł o tym, że władze miasta rozważają dofinansowywanie gier komputerowych związanych z Krakowem na podobnych zasadach, jak dzieje się to teraz w przypadku filmów. Nie czekając na decyzje radnych w tej kwestii, a widząc w temacie niewątpliwy potencjał, postanowiłem podrzucić mitycznym deweloperom (którzy, jak wiadomo, ciągle tylko przeczesują blogosferę w poszukiwaniu genialnych pomysłów, w które zainwestują swoje ciężkie pieniądze) kilka swoich pomysłów na krakowskie gry.

Czytaj dalej →

Oszukany w Los Angeles

Byłem w Los Angeles dwukrotnie i za każdym razem mi się nie podobało.

Pierwszy raz pojechałem naprawdę, wiedziony złotym wyobrażeniem fabryki snów. Dostałem ponure bryły miasta rozsypane na górkach, do przesławnej plaży nie dopchałem się wcale ze względu na korki, czego nie żałuję – nad wybrzeżem wisiała mgła gęsta jak katarakta. Żarcie mieli okropne, dobrze, że przynajmniej drogie. Najsmutniejsze wrażenie zrobił sam Hollywood, zaludniony przez turystów oraz osobników, których tylko czysty strój odróżniał od kloszarda. Sklepy powtarzały się naprzemiennie: koszulki pamiątkowe, studia tatuażu oraz szeroki wybór fajek wodnych. Innymi słowy, mogłem co najwyżej zrobić sobie dziurę, nabyć t-shirt z Nicholsonem, a potem zjarany jak Snoop Dogg zastanawiałbym się, czy było warto.

Czytaj dalej →

DRIVE me crazy

„Oglądaj uważnie, bo wszystko wydarza się szybko. Pościg – pustynia – kryjówka – dziewczyna – blokada drogowa – koniec” – tym tłumaczeniem hasła reklamowego z plakatu „Znikającego punktu” Olaf kończył swój tekst o „Need For Speed: The Run”. W artykule podniesiony został m.in. problem braku odwołań wśród gier wideo do szlachetnego wzorca pod postacią wymienionego powyżej filmu:

„Może kiedyś powstanie taka gra. Chciałbym wierzyć, że to tylko kwestia czasu”.

Cytując zebranych w siedzibie PIS-u: „zwyciężymy”. Ale po zdaniu Olafa dotyczącym wyłącznie X muzy: „»Znikający punkt« doczekał się wielu potomków. Zwykle bez zbliżonych ambicji”, należy odpowiedzieć (dać odpór?): taki film powstał. A tytuł jego „Drive”.

Czytaj dalej →