Archiwa tagu: Shadow of the Colossus

Carnby uczy się chodzić

Podkusiło mnie ostatnio, żeby sobie znowu popatrzeć na to, jak chodzi pan Carnby. Nie ten nowy, podrabiany, z dwóch ostatnich odsłon „Alone in the Dark”, za każdym razem inny, tylko ten stary, jedynie słuszny i kanciasty, z trzech pierwszych części serii. Pan Carnby chodzi w szczególny, właściwy sobie sposób. Jego ruchy są powolne, ale zdecydowane, jakby szedł po dnie morza i z każdym krokiem musiał przezwyciężać jakiś potężny opór. Pan Carnby nie chodzi jak istota ludzka – jego powolne i dostojne kroki przypominają nienaturalne ruchy potworów, z którymi walczy. W świecie pierwszego „Alone in the Dark” nie ma podziału na normalnego, ludzkiego Carnby’ego i dziwaczne stwory spod znaku Cthulhu. Wszystko tam jest dziwaczne i powykręcane, ale najbardziej do wyobraźni przemawiają nie kształty postaci, tylko to, jak się poruszają.

Czytaj dalej →

Cienie kolosów

Parę słów niezbędnego wprowadzenia od menażerii Jawnych Snów. Prosimy, przeczytajcie, to ważne. Poniższy tekst Romana Książka skonstruowany jest podobnie jak wiele fabuł gier wideo, rozwidlających się w alternatywne warianty – ma dwa zakończenia. Prowadzą do nich furtki uchylone na dole tej strony, pod ilustracją z bączkiem.
Być może niektórym z Was artykuł ten wyda się znajomy. Owszem, kiedyś przemknął jak meteor przez jeden z popularnych wortali o grach – notabene tylko z jednym zakończeniem. Od kiedy zniknął z tamtych stron, nie miał innego miejsca w sieci. Zdaniem Autora, który, jak już wiecie, właśnie zasilił nasze szeregi, Jawne Sny dobrze się nadają na docelową przystań „Cieni kolosów”. Bardzo nas to cieszy, bo uważamy, że to ciekawy głos. I wierzymy, że też będziecie tego zdania.

***

Czytaj dalej →

Gra przestrzenią (2): Genius loci

Dzisiaj głównym bohaterem będzie „Shadow of the Colossus” – gra, o której bardzo dużo już napisano, ale wciąż pozostaje wdzięcznym tematem. Kiedy się ukazała, sporo się mówiło o niesamowitej jak na możliwości powoli zaczynającej się starzeć PlayStation 2 grafice. Tak się złożyło, że pierwszy raz mogłem się porządnie nagrać w „SotC” kiedy, w porównaniu z wyglądem przeciętnej gry na PCta, wszystkie techniczne sztuczki Team ICO już mocno przybladły. Ale gra wciąż wyglądała rewelacyjnie – nie ze względu na swoją stronę techniczną, tylko na to, jak się prezentowała w ruchu. Czyli na wagę, jaką położono w niej z jednej strony na animację, a z drugiej – poczucie skali, odległości, przestrzeni. Kiedy wdrapałem się na głowę pierwszego kolosa i, trzymając się jego futra, popatrzałem na ziemię, latającą mi przed oczami (bo próbował mnie strząsnąć), daleko, daleko w dole – „SotC” awansował na jedną z moich ukochanych gier. Cała magia tego tytułu siedzi moim zdaniem w tym, co jest zaletą każdego dobrego filmu animowanego – przemyślanego rozwiązania problemu ruchu i przestrzeni.

Czytaj dalej →