Archiwa tagu: Game Boy

Powrót growego chłopca

Dawno, dawno temu marka Game Boy była synonimem konsoli przenośnej. Alternatywę stanowiły elektroniczne gierki z ekranami LCD na których dało się grać w wyłącznie jedną rzecz, składającą z kilku klatek animacji. Na tym tle Game Boy był naprawdę cudowną maszynką, oczywiście jak na swoje czasy i dostępne technologie. Zaś możliwość zabawy na ośmiobitowej konsoli z dala od gniazdka elektrycznego i telewizora stanowiła zapowiedź przyszłości, której nadejścia jeszcze wtedy nie podejrzewaliśmy.

Moje osobiste wspomnienia z udziałem Game Boya są trojakie. Pierwsze z nich to dziewczynka w białej sukience która nad jeziorem grała w “Bugs Bunny Crazy Castle”. Chyba się wtedy zakochałem, trudno powiedzieć czy bardziej w dziewczynce, czy w konsoli. Oczywiście jedno i drugie było dla mnie niedostępne: ja byłem jednym z tysiąca urwisów na zakładowych koloniach, ona przyjechała z rodzicami luksusowym samochodem i miała zagraniczne zabawki.

Drugie wspomnienie to wizyta u belgijskich czy francuskich znajomych, w której brałem bierny udział z racji nieznajomości języka. Żeby mały Bartuś nie zanudził się na śmierć, dostał komiksy i elektroniczną zabawkę, od której nie mógł się potem oderwać i z wypiekami przeplatał rundki “Tetrisa” pojedynkami wojowniczych żółwi ninja w “Teenage Mutant Ninja Turtles: Fall of the Foot Clan”. Niestety, zarówno konsolę, jak i komiksy trzeba było oddać pod koniec wizyty.

Po lewej – Legenda Zeldy tak jak wyglądała naprawdę. Po prawej – tak jak ją zapamiętaliśmy.

Trzecie to dziewczyna w pensjonacie w okolicach Babiej Góry, gdzie spędzaliśmy z rodziną ferie zimowe. Pamiętam, że miała krótkie włosy i grę „The Legend of Zelda: Link’s Awakening” w wersji niemieckiej. Ba, nawet pożyczyła mi sprzęt wraz z grą na jeden wieczór, co było bardzo miłe.

Aż wreszcie nadszedł czas na własnego Game Boya, który kilka lat później zawitał w casa di Nagórski. Rodzice sprezentowali go Jackowi, mojemu młodszemu bratu, żeby miał nade mną jakąś przewagę i argument w negocjacjach ze starszym rodzeństwem. Wyszło trochę krzywo: awantur i przepychanek o to czyja teraz kolej grać w Mario, Wario i zestaw “32 w jednym” było bez liku. Efektem ubocznym po latach jest czarny pas Jacka w karate i puchary z ogólnopolskich zawodów – mam wrażenie że rodzicom nie do końca o to chodziło.

Wracając do Game Boya po latach przeżywa się trochę szok. Same gry są w większości bardzo ośmiobitowe, to znaczy wizualnie uproszczone, a w warstwie rozgrywki jednocześnie nieskomplikowane i zarazem piekielnie trudne. Najlepsze tytuły, jak „The Legend of Zelda: Link’s Awakening”, “Contra: The Alien Wars”, “Tetris”, “Super Mario Land 2: 6 Golden Coins” i “Wario Land: Super Mario Land 3”, wyrywają się z okowów ograniczeń platformy i dołączają do grona retro klasyków wszechczasów. Większość gier bardzo się jednak postarzała.

To wszystko jednak nic w porównaniu z ekranem: niepodświetlony, zielonkawy LCD o fatalnym kontraście i smużący jak jasna cholera. Żeby cokolwiek na nim zobaczyć, trzeba ustawić Game Boya pod odpowiednim kątem w dobrze oświetlonym miejscu. Próba grania nawet w takich warunkach kończy się łzawiącymi oczyma – nie daję rady z taką uwagą wpatrywać się w rozmyte zielone kształty na zielonym tle. Cóż, słaby wzrok plus notoryczne przepracowanie plus zbyt wiele czasu spędzanego przed rozmaitymi monitorami.

Przez jakiś czas korzystałem z emulatorów Game Boya na PSP, najczęściej z MasterBoya (często polecany EmuMaster to jego chamska kopia). Ekran konsoli Sony ma zbliżone rozmiary, ale znacznie lepsze parametry – nic dziwnego, w końcu dzieli je ponad piętnaście lat rozwoju technologii. Niebagatelnym plusem jest też możliwość ustawienia dowolnych kolorów: ja osobiście preferowałem zbliżone do oryginału odcienie zielonego, ale wariantów jest znacznie więcej. Dla zainteresowanych: trzeba zmienić parametry w pliku palettes.ini na takie jak poniżej (źródło):

Palette RGB (214,216.68), RGB (158,175.56), RGB (102,135.44), RGB (47.95, 32)

Jeśli nie zadziała, to przypuszczalnie z powodu zapisania pliku z niewłaściwymi znakami końca linii. Najprościej wtedy podmienić wartości w tej z gotowych palet którą najmniej lubimy i z której najrzadziej korzystamy, a potem wybrać ją w menu emulatora.  

Przekrój Game Boya: elektronika i dusza.

Z czasem zatęskniłem jednak za trzymaną w rękach przyciężką bryłą klasycznego Game Boya. Każdy pasjonat retro powie Wam że granie na emulatorze to tylko namiastka zabawy prawdziwym sprzętem. Jest coś w tych plastikach i dizajnie z lat osiemdziesiątych, piskliwych głośniczkach, klikaniu mikrostyków – może dusza, jak twierdzą niektórzy, a może po prostu echo radości jaką dawały nam te zabawki w dzieciństwie. Tak czy owak, zachciało mi się uruchomić mojego starego Game Boya. Tylko co zrobić z tym nieszczęsnym ekranem?

Na szczęście w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat problem ten został rozwiązany. Po pierwsze, poprzez dołożenie do ekranu podświetlenia o dowolnej barwie, a po drugie, przez dodanie poprawiającego kontrast elementu który nazywa się bivert. Co zabawne, przy białym podświetleniu po przeróbce zmienia się kolor ekranu z charakterystycznego zielonkawego na odcienie niebieskiego – jest to spowodowane polaryzacją przechodzącego przez LCD światła. Jako że w dziedzinie praktycznej elektroniki nadal jestem bardzo początkujący, skorzystałem z usług Adriana Linde, allegrowy pseudonim 4drian_87, którego z tego miejsca gorąco polecam. Efekt jego pracy możecie zobaczyć poniżej, zapewniam jednak że na żywo i w ruchu wygląda to jeszcze lepiej.

Kolejną kwestią do rozwiązania jest sprawa oprogramowania. Kartridże na Allegro najczęściej są relatywnie tanie, niemniej skompletowanie najlepszych gier na Game Boya może summa summarum okazać się dość kosztowne, nie mówiąc o dostępności co rzadszych tytułów. Sposobem na to jest tak zwany flash cart, czyli kartridż na którym można zapisywać ściągnięte z internetu pliki z grami. Sęk w tym, że w przypadku Game Boya większość z nich jest albo bardzo droga (EverDrive GB), albo praktycznie nieosiągalna (El Cheapo, Drag’n’Derp), w dodatku niektóre wymagają strasznie dużo gimnastykowania się (konwertowanie plików do specjalnego formatu, oprogramowanie działające wyłącznie pod starszymi systemami operacyjnymi). Osobiście rekomendowałbym EverDrive GB w najtańszej wersji X3 i oddzielnie dokupienie gier które wymagają dostępu do zegara (RTC – Real Time Clock). Dla większości graczy będzie to tylko „Pokemon” i „Harvest Moon”. Jeśli zaś ktoś ma życzenie pobawić się niszowymi japońskimi tytułami, to wtedy będzie musiał zainwestować w dwukrotnie droższą wersję X7. Bardziej ekonomiczną, acz podwójnie wątpliwą etycznie alternatywą jest znalezienie na Allegro lub AliExpresie JackDIY – chińskiej podróbki, która pod względem funkcjonalności jest odpowiednikiem starszej wersji EverDrive GB. Nadal kosztuje sporo, ale jednak mniej niż oryginalny EverDrive, natomiast działa równie dobrze.

Tak uzbrojeni możemy udać się w sentymentalną podróż w czasie i odwiedzić ulubione gry z dawnych lat na oryginalnym sprzęcie, nieco tylko oszukując po drodze żeby było wygodniej. Może nie będzie to stuprocentowo autentyczne doznanie, ale z wiekiem człowiek jest w stanie zrezygnować z autentyczności na rzeczy wygody.