Chwalcie Lorda Helix! [Twitch Plays Pokemon]

twitch-plays-pokemon Od autora: Poniższy wpis ma dość interesującą historię. Pierwotnie ukazał się wiele miesięcy temu na moim blogu. Przeczytawszy go, Bartłomiej Nagórski uznał, iż wyśmienicie pasowałby do Jawnych Snów, toteż postanowiłem  go tu w najbliższej przyszłości umieścić. Natłok zajęć, oraz wadliwa pamięć sprawiły, iż bliższa przyszłość stała się przyszłością dalszą, później zaś – nieokreśloną. Bartłomiej jednak konsekwentnie dopytywał się, kiedy ów wpis na Jawne trafi, toteż postanowiłem w końcu się zmobilizować i rzeczoną notkę na Jawnych Snach umieścić. A zatem – Bartku, przepraszam Cię, że trwało to tak długo, zaś wszystkich pozostałych zapraszam do lektury.

twitch_plays_pokemon_by_tsaoshin-d77g03b

Demokracja, anarchia i Helix Fossil. Już niedługo w kinach (źródło)

Internet to fascynujące miejsce. Czasami straszne, czasami śmieszne. Czasami mądre, czasami niewyobrażalnie głupie. Czasami nudne, czasami – niezmiennie wręcz ciekawe. Czasami dobre, szerzące miłość, pozytywną energię i humanistyczne wartości, czasami przypominające czeluść Mordoru. A czasami – wszystko naraz. Oto jeden z właśnie takich przypadków – moment, w którym potencjał Internetu wzbiera się i kumuluje w jednym miejscu, odkształcając rzeczywistość w niemożliwy do ogarnięcia umysłem sposób. Eksperyment, który – niczym monstrum Frankensteina – wyrwał się spod kontroli swojego twórcy i chwiejnym krokiem ruszył w świat, szerząc zamęt i spustoszenie, przyciągając do siebie dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy przedstawicieli homo internetus (bo ewidentnie nie sapiens), inspirując tysiące memów i dając początek przynajmniej jednej religii. Panie, panowie – Internet gra w Pokemon Red. Cały Internet. No, prawie cały. W każdym razie – ta jego część, która ma największy potencjał. 

Ta epicka saga rozpoczyna się dwunastego lutego dwa tysiące czternastego roku. Anonimowy australijski programista postanawia przeprowadzić pewien eksperyment społeczny, mający na celu… nie jestem do końca pewien co, ale w tym momencie, widząc efekt końcowy, nie ma to specjalnie wielkiego znaczenia. Tajemniczy badacz udostępnił na Twitchu – serwerze streamującym rozgrywki w różnorakich grach video – stare, dobre Pokemon Red z konsolki Game Boy Color. Co w tym takiego dziwnego? Otóż, kodując odpowiednie mechanizmy, umożliwił każdej chętnej osobie przejęcie kontroli nad głównym bohaterem poprzez wpisywanie na czacie odpowiednich komend, odpowiadających poszczególnym przyciskom na Game Boy’u. Cały myk polega na tym, że odbywa się to symultanicznie – jeśli na czacie przesiadują dwie osoby, obie mają takie sam priorytet w nadawaniu komend. Jeśli się w czymś nie zgadzają – na przykład jeśli jeden gracz wpisuje uparcie komendę left, zaś drugi upiera się przy right, Red, protagonista Pokemon Red, słucha ich obu z równą gorliwością, postępując to na lewo, to na prawo, kręcąc się bezsensownie w jakimś absurdalnym tańcu. Dziwne, prawda? Jeśli jednak obie te osoby się znają i rozumieją, a także zdecydują się przyjąć jakiś konsensus, jest to jak najbardziej wykonalne. Ale wyobraźcie sobie, że graczy jest trochę więcej, niż dwóch. Na przykład dziesięciu. Wtedy jest już znacznie trudniej, bo skoordynowanie komend na czacie staje się sporym wyzwaniem. Przy stu graczach byłoby to właściwie niewykonalne, czyż nie? 

Na Twitchu w Pokemon Red nie grają dwie osoby. Nie gra dziesięć, ani sto osób. W chwili, w której piszę te słowa, na czacie znajduje się przeszło pięćdziesięciu tysięcy Internautów, a nie jest to bynajmniej żaden rekord. Tak, zgadza się – pięćdziesiąt tysięcy osób stara się grać równocześnie w jedną sesję Pokemon Red, wpisując na czacie stosowne komendy, które główny bohater wykonuje w czasie rzeczywistym. Tego nie można nazwać zbiorowym szaleństwem, ponieważ w najmniejszym stopniu nie oddałoby to tego, co się tam dzieje. Już myślenie o tym powoduje zawrót głowy, a oglądanie w czasie rzeczywistym to niczym patrzenie na wypadek samochodowy w spowolnionym tempie. Red, główny bohater gry, stał się schizofrenikiem, słyszącym kilkaset głosów na sekundę i miotającym się po całym środowisku gry, niczym święty szaleniec doświadczający osobliwej iluminacji. Samo podróżowanie w świecie gry w takich warunkach wydaje się niemożliwe – a jednak, zbiorowa świadomość kilkudziesięciu tysięcy zapaleńców jakoś daje sobie radę w popędzaniu Reda we w miarę właściwym kierunku, choć wygląda to groteskowo, bo protagonista miota się, kręci jak fryga, zygzakuje, cofa się i krąży w kółko. Ale jednak progres jest niespodziewanie duży. Ci, którzy grali w Pokemon Red, wiedzą, że o ile samo podróżowanie po świecie gry ma dość prostą mechanikę, o tyle zdarzają się sytuacje, w których zbiorowa, skumulowana głupota i owczy pęd nieprzebranej masy internautów nie dysponuje precyzją umożliwiającą przeprowadzenie pewnych konkretnych czynności. Na przykład ścięcie drzewka za pomocą HM-u Cut – trzeba podejść do tego cholernego drzewka, stanąć przodem do tego cholernego drzewka, wybrać pokemona z umiejętnością Cut, dzięki której będzie się w stanie ściąć to cholerne drzewko, z podręcznego menu opcji wybraćCut i w końcu ściąć to cholerne drzewko. A teraz spróbujcie sobie wyobrazić, że kilkanaście tysięcy osób z podejściem „Ja wiem lepiej!” próbuje równocześnie dokonać takiej operacji. Czy to w ogóle osiągalne? Okazuje się, że tak. Nie pytajcie mnie w jaki sposób, ja też nie jestem w stanie tego ogarnąć umysłem, ale jednak. Fakt, że każda taka operacja zajmuje circa kilka godzin, ale i tak należy podziwiać zbiorową świadomość graczy, która jest w stanie skoordynować swoje posunięcia na tyle, by doprowadzić do sukcesu. Co nie oznacza, że nie trafiają się wpadki – omyłkowe wypuszczanie pokemonów, wyrzucanie przedmiotów z ekwipunku i lub digitalizowanie jednych i drugich sprawiają, że stojący w każdym PokeCenter komputer jest najniebezpieczniejszym obiektem w całej grze – jeśli bowiem przypadkiem coś zostanie przesłane do profesora Oaka, to odzyskanie tego graniczy z cudem. Cuda jednak się zdarzają, co sprawiło, iż spora część aktywnych graczy stała się gorliwymi wyznawcami pewnej szczególnej religii biorącej swój początek w tej osobliwej sesji Pokemon Red. Ale zacznijmy od samego początku…

Eb6KwLm

Przygoda, jakiej jeszcze nie było. (źródło)

Nasza przygoda rozpoczyna się pewnego słonecznego dnia, kiedy Red postanowił zostać mistrzem pokemonów, a głosy w jego głowie utrzymywały się w ryzach liczby trzycyfrowej. Szybko okazało się, że schizofrenia, choć utrudnia, to bynajmniej nie uniemożliwia funkcjonowania w świecie Pokemon. Warto w tym miejscu zaznaczyć, iż alternatywna teoria tłumacząca zachowanie głównego bohatera głosi, iż jest on mechanicznym dronem sterowanym przez masy. Choć ewidentnie bliższa prawdzie, odziera jednak Reda z pewnego dramatyzmu. Jakby nie było, Red, po pewnych perturbacjach, otrzymał od profesora Oaka pierwszego pokemona – Charmandera, którego nierozwinięty jeszcze, zbiorowy umysł sterujący Redem ochrzcił imieniem ABBBBBBK (, co przez graczy zostało skrócone do Abby. Tak rozpoczął się dzień pierwszy tej przedziwnej podróży. W tym momencie nikt nie się spodziewał, że wydarzenia potoczą się tak ekstraordynaryjnym torem. Redowi udało się złapać swojego drugiego pokemona – Pidgey’a, który stanie się jedną z najważniejszych postaci naszej świętej księgi, a któremu – póki co – oszczędzono nowego imienia. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Korzystając z obu swoich pokemonów, nasz dron bez relatywnie wielkich problemów pokonał pierwszego lidera – Brocka. 

Internet jednak nie śpi i gdy nastał dzień drugi, jasnym stało się, że właśnie znalazł sobie nową zabawkę. Lawinowo zaczęła rosnąć liczba graczy, przez co gra stała się jeszcze bardziej chaotyczna i taką miała pozostać aż do samego końca. Wielu pątników przyłączyło się do mistycznej cyfrowej pielgrzymki, niesieni na grzbiecie młodego trenera pokemonów. Wszyscy razem wkroczyli do Mt. Moon, zaś przejście przez ten system jaskiń zajęło im większą część dnia. Ostatecznie, nękani przez wszechobecne Zubaty, przedarli się przez labirynt jaskiń i pokonali trenera imieniem Super Nerd, co dało im szansę na wybranie jednej z dwóch skamielin, które będzie można ożywić na Cinnabar Island. Tym zdobytym artefaktem jest boski Helix Fossil (skamielina pokemona Omanyte) i, powiadam Wam, Jego imię będzie odtąd powtarzane wielokrotnie, zapamiętajcie je zatem. W międzyczasie Abby wyewoluował w Charmeleona oraz złapany został Ratatta, którego nazwano czcigodnym imieniem JLVWNNOOOO, dla uproszczenia zwanym Jay Leno. Red dotarł do Cerulean City, miasta, w którym znajdowało się drugie Gimnazjum, którego mistrzynią była Misty. Była – ponieważ nasz dron szybko pozbawił ją tego tytułu, wygrywając z nią w pojedynku i zdobywając drugą odznakę. Wcześniej jednak Pidgey wyewoluował w Pidgeotto, zaś wskutek chaosu na czasie zbiorowy umysł sterujący Redem doprowadził do bezpowrotnego usunięcia z ekwipunku Moon Stone. Red uratował Billy’ego i złapał drugiego Ratatta. I tak zakończył się ten dzień.

Dzień trzeci rozpoczął się nadzwyczaj szczęśliwie – Red, w odstępie parunastu chwil złapał dwa nowe pokemony. Pierwszym z nich był Drowzee, który uniknął wprawdzie przechrzczenia jakimś niewymawialnym ciągiem liter, ale Internet szybko nadał mu ksywkę The Keeper. Drugim stworkiem był natomiast Spearow, którego w niedługim czasie wymieniono na Farfetch’da imieniem DUX. Przedtem jednak Red, wiedziony głosami w swojej głowie, zaokrętował się na statku S.S Anne, pokonał Blue’a i pomógł uporać się kapitanowi z przykrą dolegliwością żołądkową. W zamian za to armator obdarzył go HM-em Cut, którego zbiorowy umysł nauczył DUXa. Po tych wszystkich przygodach, kolektywna eksteligencja pchnęła swojego niewolnika do walki z trzecim mistrzem Gimnazjum, władającym elektrycznymi pokemonami Lt. Surgem. Jak zapewne pamiętacie, dostępu do niego strzegła irytująca nieco zagadka z przełącznikami ukrytymi w koszach na śmieci – czterdzieści tysięcy osób równocześnie dzierżących stery z zapałem wzięło się za jej rozwiązywanie i… niesamowitym zbiegiem szczęśliwych okoliczności uporali się z tym w trymiga. To wzbudziło słuszne podejrzenia, że nad kolektywnym kopcem czuwa jakaś potężna i nieznana siła, która pomaga im w ich zmaganiach. Pojawiały się już pierwsze, niejasne podejrzenia, że to tajemnicza skamielina Helix Fossil, tak często przywoływana w chwilach słabości i zwątpienia, jest odpowiedzialna za małe i wielkie cuda, złożono zatem stosowną ofiarę dobrotliwemu bóstwu, wyrzucając Nugget, zdobyty wcześniej na moście w Cerulean City. Po tym rytuale, Red wyruszył do walki z mistrzem i uporał się z nim bez większego problemu. Dzięki ci, o wielki Helix Fossil! Niesiony na skrzydłach zwycięstwa, bezwolny dron ruszył drogą Route 9. I tu zaczęło się szaleństwo. Przypomnijcie sobie tę trasę, ci z was, którzy graliście w Pokemon Red. Nie jest ona szczególnie trudna, czy naszpikowana przeciwnikami. Jest jednak najeżona krawędziami – jeden fałszywy krok i Red sadzi susa przez krawędź, co zmusza go do powtarzania drogi. A w sytuacji, gdy za sterami siedzi rzesza graczy, to każdy krok jest z zasady fałszywy.

Przejście tego fragmentu zajęło graczom szesnaście godzin i było tylko początkiem problemów, jakie czekały na nas dnia czwartego. Nadszedł bowiem czas na Rock Tunnel – czyli jaskinia wiodąca do Lavender Town, w której panuje nieprzenikniona ciemność, jaką może rozproszyć tylko pokemon dysponujący atakiem Flash. Okazało się, że pokonanie prostego, w miarę krótkiego odcinka drogi (Route 9) zajęło więcej czasu, niż ciemny, kilkupoziomowy labirynt wypełniony wrogimi trenerami i dzikimi pokemonami – bo tylko dziewięć godzin zabrało Redowi dostanie się na drugi koniec Rock Tunnelu. Pidgeotto wyewoluował w Pidgeota i powoli stawał się najważniejszym pokemonem w drużynie. Ratatta przezwany Dig Ratem (z racji posiadania ataku Dig) zostaje odstawiony do PC-ta, przez co został bezpowrotnie (jak się zdawało) stracony. Ale oto i Lavender Town i kolejna mistrzyni w kolejnym Gimnazjum. Czas stawić jej czoło! Jednak dostępu do mistrzyni strzegą niepowstrzymane drzewka, magicznie odrastające po wyjściu z budynku. To przystopowało graczy na dobre sześć godzin, ale w końcu…

…mistrzyni musiała uznać wyższość zbiorowej świadomości Internetu i oddać swoją odznakę. Błysnął tu Pidgeot, który już od pewnego czasu określany był mianem Bird Jesus. Tak rozpoczął się dzień piąty, najmroczniejszy dzień w historii wyznawców potężnego Helix Fossil. Nadszedł bowiem przepowiadany przez proroków Dzień Zagłady. Red pozyskał swojego szóstego pokemona – Eevee, nazwanego później przez graczy False Prophetem. Oto bowiem pośród wiernych rozgorzała dyskusja – w którą z trzech możliwych ewolucji rozwinąć Eevee? Wskazując na brak w drużynie wodnego pokemona (co będzie miało znaczenie w chwili, gdy do dalszego przejścia gry potrzebny będzie pokemon mogący nauczyć się Surf) postanowiono przemienić Eevee w Vaporeona przy pomocy kupionego w olbrzymim sklepie w Celadon City Water Stone. Dron udał się na zakupy, gdzie siły zła posiadły go we władanie i zakupiły… Fire Stone, kamień wymuszający ewolucję w ognistego Flareona. Fałszywy Prorok, niechybnie nasłany na graczy przez Dome Fossil (symbolizujący szeroko rozumiane Siły Zła) stał się zarazem heroldem nieszczęścia, jakie nadeszło później. Po długich i bezowocnych próbach usunięcia Eevee z drużyny (poprzez oddanie go trenerowi z Route 5) gracze poddali się i machnęli ręką na ten problem. Tymczasem Stwórca (Australijski programista odpowiedzialny za całą tę aferę) uznał, że jego dziełu należy się drobna korekta – komenda start uruchamiająca menu główne gry wpisywana była bardzo często przez złośliwców chcących uprzykrzyć pozostałym graczom rozgrywkę, została więc wprowadzona mechanika zmniejszająca częstotliwość jej „odczytywania przez grę”. Był to – obok pojawienia się Fałszywego Proroka – drugi znak zwiastujący Apokalipsę. Trzecim było przekroczenie granic Saffron City. Wtedy zaczął się koszmar.

Abby i Jay Leno na wygnaniu

Abby i Jay Leno na wygnaniu (źródło)

W PC w miejscowym PokeCenter rozegrały się iście dantejskie sceny. Po pierwsze – gracze omyłkowo wypuścili na wolność Charmeleona. Abby udał się do Krainy Wiecznych Łowów. Już samo to byłoby wystarczająco okropne, a już chwilę potem to samo spotkało Ratattę imieniem JLVWNNOOOO. Żegnaj, Jay Leno, na zawsze pozostaniesz w naszej pamięci i naszych sercach. Trzecim ciosem było przywrócenie do drużyny Dig Rata, którego umieszczono w PC z powodu jego trefnej umiejętności Dig. Ta umiejętność spowodowała, że przebyty niemal Rock Tunnel musiał być zaliczany od nowa, bo planety ułożyły się w nieodpowiedniej kolejności i dron nakazał Dig Ratowi użyć wiadomej umiejętności, która przeteleportowała go na sam początek. Tak oto największą nadzieją graczy stał się Pidgeot, Bird Jesus – najsilniejszy pokemon w drużynie. On sam też niemal utknął w PC, ale cudem udało się go przywrócić. Tymczasem Stwórca wycofał się ze swojego pomysłu i przywrócił komendzie start priorytet równorzędny z innymi. Zajaśniała też iskierka nadziei – Redowi udało się złapać Oddisha, którego kolektywna eksteligencja ochrzciła mianem The Seed of Hope. Oto ziarenko nadziei, tak potrzebne nam w tych mrocznych czasach. A najgorsze jeszcze przed nami – wkraczamy bowiem do Team Rocket Hideout (kryjówki, której przykrywką jest salon z automatami do gier) i tam zmieni się wszystko. Absolutnie wszystko.

Osobom, które grały w Pokemon Red nie muszę tłumaczyć, o co chodzi, ale dla laików konieczne jest pewne wyjaśnienie. W kryjówce Team Rocket znajduje się kilka zagadek logicznych polegających na wchodzeniu na odpowiednie kwadraty, które przesyłają Reda (obracając go przy tym) w poszczególne miejsca danej lokacji. Przy okazji – godnym odnotowania faktem jest ewolucja Fałszywego Proroka we Flareona. Ale wróćmy do lokacji, którą zbiorowa inteligencja obdarzyła mianem Spinnig Hell. Powodów nietrudno się domyślić – nieprecyzyjny chód drona właściwie uniemożliwił jakiekolwiek sensowne posunięcia mające na celu przebrnięcie przez zagadkę z płytami przesyłającymi – jeden fałszywy krok nie tylko niweczył wszystko (jak to było przy Route 9 a.k.a. Highway to Hell), ale też ładował Reda w sytuację, z której musiał wybrnąć. A trudno wybrnąć z czegokolwiek, jeśli w twojej głowie przekrzykuje się kilkadziesiąt tysięcy głosów. W toku wściekłych prób wyjścia z tego Hadesu Dig Rat użył Dig, przenosząc drona do pobliskiego PokeCenter i każąc graczom zaczynać wszystko od początku. 

Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze dwukrotnie – a w międzyczasie nastał dzień szósty – toteż Stwórca postanowił zainterweniować raz jeszcze, diametralnie zmieniając zasady gry – otóż od tej pory Red nie wykonywał kompulsywnie wszystkich wpisanych komend, a czekał chwilę, podczas której na czacie następowało głosowanie nad kolejnym posunięciem i najbardziej popularna opcja wygrywała. Stwórca wprowadził również możliwość stosowania komend wymuszających więcej, niż jedno posunięcie (na przykład komenda left4nakazywała Redowi przejście czterech pól w lewo), co nie okazało się najszczęśliwszym posunięciem, bo trollujący rozgrywkę gracze wpisywali komendęstart9 paraliżującą grę na długą chwilę. Gra stała się może i mniej chaotyczna, ale jej tempo mocno zmalało i kolektyw graczy wyraził zbiorowe niezadowolenie z tak diametralne zmiany. Stwórca raz jeszcze wysłuchał naszych obiekcji i postanowił pogodzić obie opcje. Przywrócił stary tryb sterowania, ale wprowadził jednocześnie dynamiczny system głosowania na Anarchię (stara mechanika) i Demokrację (nowa). Gracze, oprócz komend, mogli także wpisywać na czacie słowa anarchy idemocracy, które system przeliczał i, w zależności od okresowej popularności danej opcji, przełączał na stosowną mechanikę sterowania. Dzięki temu gra nie straciła swojej chaotycznej urody, ale też istniała możliwość precyzyjniejszego działania w chwilach, które tego wymagały.

Przy kolejnym powrocie do PokeCenter, załoga sterująca dronem zdecydowała się przetransferować do PC-ta problematycznego Ratattę. Czym grożą zabawy z PC, już wiemy, ale tym razem obyło się bez dramatycznych przeżyć. Co prawda Dig Rata nie udało się zdigitalizować, ale definitywnie wygnano Fałszywego Proroka (co przez graczy zostało nagrodzone gromkimi brawami) i na jego miejsce wybrano Drowzee’ego o ksywce The Keeper. Warto też odnotować, że tego dnia na czacie przebywało sto trzynaście tysięcy użytkowników, najwięcej dotychczas. Ten potężny zbiorowy umysł przepchnął w końcu Reda przez Spinnig Hell i postawił do walki twarzą w twarz z Giovannim, jedynym Włochem w uniwersum Pokemon i zarazem – czy to kogoś dziwi? – szefem lokalnej mafii. Niestety, dron nie dał rady i kolektywna eksteligencja poniosła sromotną porażkę w tej walce, musząc uznać wyższość rywala i oddalić się do PokeCenter, by tam w spokoju knuć zemstę. I tak zakończył się szósty dzień tej wariackiej przygody.

Dnia siódmego – to już cały tydzień nieprzerwanej gry w Pokemon Red – gracze ruszyli raz jeszcze do kryjówki Team Rocket i tym razem nie było litości. Giovanni zmuszony był uznać wyższość połączonego potencjału osiemdziesięciu tysięcy ludzkich mózgów. Ponownie Bird Jesus (pospołu z DUXem) uratował sytuację, potwierdzając, iż to właśnie on jest przepowiedzianym przez proroków i patriarchów Zbawicielem. Teraz Red mógł w końcu zdobyć Silph Scope – artefakt umożliwiający widzenie duchów, niezbędny do przejścia lokacji Pokemon Tower, będącej następnym celem Reda. Kiedy dron już-już sięgał po wspomniany przyrząd, zbudziły się demony – a konkretniej Dig Rat, który ponownie przerzucił Reda do Poke Center. Złości i furii nie było końca. Gracze, których liczba przekraczała już sto dwadzieścia tysięcy osób, raz jeszcze przebrnęli przez wirujące piekło i, klnąc na czym świat stoi, zdobyli w końcu Silph Scope i opuścili tę lokację po raz ostatni.

Bird Jesus i Red w drodze do Pokemon Tower

Bird Jesus i Red w drodze do Pokemon Tower (źródło)

Kiedy gracze dotarli w końcu do Lavender Town – miasteczko z cmentarzem Pokemon – za cel obrali sobie postać niezależną umiejącą zmieniać imiona posiadanym pokemonom. Nietrudno się zorientować, jaki był rezultat przeprowadzonej z nim rozmowy. Przedtem jednak w okolicznej jaskini złapano parkę Zubatów – pierwszy z nich dostał dźwięczne imię —, które zmieniono potem na JJSSSSS-, jednak i ta opcja zdawała się nie zadowalać większości graczy. Ostatecznie stanęło więc na ABB-??AAJ, choć ksywka Dashbat na dobre przylgnęła już do gacka. Zmiany nie ominęły też weteranów. The Seed of Hope, Oddish, obdarzony został oficjalnym imieniem x(araggbaj (Cabbage, jak uprościli to gracze), natomiast Dig Rat przyjął metafizyczne miano AAJST(????, zaś Hitmonlee – CCC (C3KO, jak dowcipnie nazwali go gracze). A właśnie – Hitmonlee wziął się stąd, że Red w międzyczasie pokonał lidera dojo – alternatywne, bezodznakowe Gimnazjum w Saffron City, trenujące pokemony typu walecznego. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że mistrza dojo wziął na klatę nie kto inny, jak nasz ptasi zbawca, Bird Jesus. W nagrodę za to dokonanie Red otrzymał Hitmon Lee, który, podobnie zresztą, jak drugi Zubat (imieniem x, o ksywce X-Wing) znalazł się szybko na wolności.

Gracze stanęli przed kolejnym dylematem – w Pokemon Tower przebywały pokemony typu duch, a zatem takie, na które nie działały ataki fizyczne. Szkopuł polegał na tym, iż dron nie miał przy sobie ani jednego pokemona z atakiem mogącym zranić ducha. W toku debaty postanowiono wytrenować The Keepera do poziomu, a którym nauczy się on ataku Psychic. Po dłuższym czasie w końcu się to udało, lecz Drowzee wciąż był za słaby, by na dłuższą metę wytrzymać starcie z duchami, dlatego też postępy były nikłe i mocno rozłożone w czasie. Po pewnym czasie udało się złapać Gastly’ego, ale trafił on automatycznie do PC-ta, do którego, ze zrozumiałych względów, mało kto chciał się zbliżać.

Tymczasem nadszedł dzień ósmy, który minął Redowi na mozolnym przebijaniu się przez Pokemon Tower. Drowzee nauczył się nowego ataku – nie byłoby w tym nic ważnego, gdyby nie fakt, że atak ów zastąpił Psychic, najsilniejszy oręż przeciwko duchom. Bird Jesus został przemianowany – otrzymał imię aaabaaajss, co gracze uprościli między sobą na Abba Jesus. Możecie się śmiać, ale ten wytrenowany ponad miarę Pidgeot naprawdę był jedyną nadzieją Reda i głosów w jego głowie. Niesforny Dig Rat natomiast wyewoluował w Raticate’a, co poskutkowało nowym przezwiskiem – Big Dig. W końcu zbiorowy umysł sterujący dronem dotarł na piąte piętro wieży, gdzie znajdują się kwadraty uzdrawiające, co znacznie pomogło graczom. Big Dig znów miał okazję błysnąć – kiedy droga do pana Fuji i PokeFlute stanęła otworem, omyłkowa seria komend sprawiła, iż niedawny Dig Rat przekopał się z powrotem pod PokeCenter. Red –chcąc, nie chcąc – ponownie ruszył w drogę na górę. Już pod sam koniec dnia udało się w końcu osiągnąć cel. PokeFlute znalazł się w ekwipunku drona. Zajęło to wszystko (od chwili pierwszego przekroczenia progu Poke Tower) jakieś czterdzieści dwie godziny. Na szczęście mamy to za sobą. Głosy w głowie Reda ponownie zatryumfowały i, mimo przeciwności losu, ruszyły dalej.

Dzień dziewiąty rozpoczął się od przebudzenia Snorlaxa zagradzającego drogę do Fuchsia City. Nie udało się go, co prawda, złapać, ani nawet pokonać, ale i tak pozbycie się kolejnej przeszkody można odnotować jako sukces. Bird Jesus osiągnął pięćdziesiąty poziom doświadczenia (dla porównania, pozostałe pokemony w drużynie oscylowały w okolicach trzydziestego), zaś Cabbage ewoluował w Glooma. Pod troskliwymi skrzydłami ptasiego zbawiciela udało się pokonać naszpikowaną wrogimi trenerami drogę do miasta. W międzyczasie trafiły się drobne turbulencje – Bird Jesus zmarł wskutek zatrucia przez innego pokemona, ale na szczęście zmartwychwstał po udaniu się do PokeCenter. Safari Zone wydawało się największym dotychczas wyzwaniem – co prawda Stwórca zapobiegliwie zdjął limit kroków przysługujących graczowi w czasie przebywania w tej strefie, ale i tak po wykorzystaniu wszystkich SafariBalli dron automatycznie teleportowany był do wyjścia. Dzięki chwilowemu przejściu w tryb demokracji udało się przejść Safari Zone i odnaleźć ukryty w niej HM Surf. Przy okazji złapano kilka pokemonów – jednym z nich był Venomoth o imieniu AATTVVV, które gracze szybko rozwinęli do All Terrain Venomoth. Big Dig znowu przysporzył zwyczajowych kłopotów, Red został pokonany przez lokalnego lidera, ale wrócił się odkuć i, na chwałę wielkiego Helix Fossil, zdobył szóstą odznakę. Zdobyto też Gold Teeth, które można było wymienić u jednej z postaci na kolejny HM – Strength. Pod koniec dnia gracze dotarli do Saffron City i, po wyleczeniu pokemonów, ruszyli szturmem na główną siedzibę Silph Co., gdzie skrywał się podły Giovanni trzymający za twarz cały region Kanto. Dość szybko udało się zdobyć od jednego z naukowców Laprasa, któremu kolektywny umysł nadał imię AIIIIIIRRR, rozwinięte później do Air Jordan (alternatywnie – Fresh Prince).

Na początku dnia dziesiątego nauczono Laprasa ataku Surf. Oczywiście nie było to łatwe, wymagało wielu prób i jeszcze więcej błędów, ale po kilku godzinach morderczego zmagania się z głosami w swojej głowie, Redowi udało się dokonać tej sztuki. Co więcej, nauczono Air Jordana także drugiego nowo pozyskanego HM-u –Strength, co dodatkowo podniosło jego użyteczność. Gracze czym prędzej ruszyli do walki z Giovannim, którą wygrali – za drugim razem wprawdzie, ale i tak był to wyczyn godny wzmianki. Po pokonaniu szefa Team Rocket kolektywna świadomość sterująca Redem zdobyła MaterBalla – specjalny PokeBall dający stuprocentową gwarancję schwytania każdego pokemona. Gracze zaczęli zawzięcie debatować, jak spożytkować cenny zasób – choć najprawdopodobniejszym jego przeznaczeniem było wyrzucenie z ekwipunku w ferworze wściekłego wpisywania komend. Albo złapania weń jakiegoś przeciętnego pokemona lub zmarnowania w inny sposób. Stanęło na schwytaniu Zapdosa ukrywającego się w elektrowni. Wcześniej jednak gracze posłali drona do walki z Sabriną, liderką Gimnazjum w Saffron City, dysponującą pokemonami typu psychicznego. Po czterech godzinach miotania się po Gimnazjum (możliwe, że pamiętacie – była to seria pokojów wypełnionych teleportami) w końcu Red stanął do walki z mistrzynią. Sytuację – jak zwykle – uratował Bird Jesus, w owym czasie mający pięćdziesiąty dziewiąty poziom, który dosłownie rozgromił pokemony Sabriny.

Dzień, w którym zatrzymał się Internet (źródło)

Dzień, w którym zatrzymał się Internet (źródło)

I tak dotarliśmy do dnia jedenastego – dnia słodkiego zwycięstwa i zarazem największej masakry. Już sam początek zwiastował dramatyczne wydarzenia. Aby dotrzeć do elektrowni, trzeba było bowiem raz jeszcze pokonać złowieszczą Route 9 – tą samą, która wcześniej przysporzyła graczom tak wiele frustracji. Pomińmy może cuda, jakie wyczyniał dron w trakcie powtórnego zmagania się z tą trasą i przejdźmy do meritum. Red dostał się w końcu do elektrowni i już po godzinie stanął twarzą w dziób z legendarnym elektrycznym pokemonem. Wiele rzeczy mogło pójść nie tak. Gracze mogli wywalić MasterBalla na długo przed tą walką. Nie wywalili. Mogli pokonać Zapdosa i przez to stracić szansę na jego złapanie. Nie pokonali. Tak jest, moi drodzy – Zapdos został schwytany w MasterBalla, ku chwale potężnego Helix Fossil. Niemal można było usłyszeć strzelające na czacie korki od szampana. Feta trwała mniej więcej do czasu dotarcia do PokeCenter i uruchomienia PC-ta celem wyjęcia z niego Zapdosa (nazwanego AA-j, a obdarzonego przez graczy przezwiskiem Archangel of Justice) i umieszczenia go w drużynie. I wtedy zaczęła się masakra – dzień porównywany przez niektórych z martinowskim red wedding. To się, powiedzmy sobie szczerze, nie mogło dobrze skończyć. Grzebanie w komputerze zawsze przynosiło ofiary. W toku żonglowania pokemonami i przesyłania ich z komputera do ekwipunku i z powrotem, bezpowrotnie straciliśmy trzy złapane w Safari Zone Venonaty, tyleż samo Ninoranów, Parasa, Geodude’a i Exeggcue’a. Ale nie to jest najgorsze – do nicości odszedł też Gloom Cabbage, który niegdyś niósł nam światło nadziei jako The Seed of Hope, DUX, pogromca drzewek, oraz Big Dig. Mało brakowało, a i sam Zapdos byłby przepadł w czeluści, ale szarpiący się z komendami na czacie gracze do tego nie dopuścili. Dzień jedenasty zakończył się w mroku i żałobie. Jedynie przywoływany raz po raz Helix Fossil pomógł graczom odnaleźć siły w tej najcięższej próbie.

Dnia dwunastego, Red, osłabiony i okaleczony przez walkę z PC-tem Grozy ruszył w dalszą podróż. Jednak natrafił na nową przeszkodę – bez DUXa i Cabbage’a (Glooma) nie miał w drużynie ani jednego pokemona, który byłby w stanie pozbyć się zagradzających drogę drzewek za pomocą ataku Cut. Póki co, nikt nie chciał się zbliżać do PC-ta, by wyjąć z niego jakiegoś pokemona, który byłby w stanie nauczyć się tej umiejętności. Zamiast tego wyznaczono okrężną ścieżkę omijającą drzewka. Trzeba było wprawdzie nadłożyć sporo drogi, ale koniec końców gracze dotarli do Pallet Town, skąd nieco później wypłynęli na grzbiecie Air Jordana w stronę Cinnabar Island. Po drodze zatrzymano się u opiekuna pokemon, któremu powierzono pieczę nad Gastly’m, robiąc jedno wolne miejsce w drużynie. Z PC-ta podjęto Nidorino imieniem AAAAAAAAAA ochrzczonego ksywką The Fonz i Zapdosa, którego wymieniono na Dashbata. Tym razem obyło się bez ofiar i ukonstytuowano drużynę w składzie: Bird Jesus (Pidgeot), Archangel of Justice (Zapdos), The Keeper (Drowzee), Air Jordan (Lapras), All Terrain Venomoth (Venomoth) i The Fonz (Nidorino). W międzyczasie dron powrócił do Mt. Moon – miejsca narodzin Helix Fossil i jego złego odpowiednika, Dome Fossil, odpowiedzialnego za wszelkie nieszczęścia, jakie spotkały graczy na drodze. Pielgrzymka do świętego miejsca opłaciła się – Red odnalazł Moon Stone, dzięki któremu The Fonz ewoluował w Nidokinga, obdarzając go nowym mianem King Fonz. 

W końcu dron postawił stopę na Cinnabar Island, miejscu, w którym znajdowało się przedostatnie, siódme Gimnazjum, tajemnicza posiadłość, po której biegały ogniste pokemony oraz laboratorium badawcze, gdzie w końcu można było ożywić Helix Fossil, zmieniając go w pokemona Omanyte. Nie da się ukryć, że to ostatnie miejsce było głównym celem zbiorowej świadomości kontrolującej Reda. Oto wielki Helix Fossil, nasz pan i zbawca, którego heroldem jest potężny Bird Jesus, miał w końcu stać się ciałem i krwią i dołączyć do drużyny. Po ożywieniu Lord Helix, jak został nazwany przez graczy, został odtransportowany do PC-ta. Trzeba go było stamtąd wyciągnąć. W toku wyciągania straciliśmy Rhyhorna, Zaubata i Nidorana, ale opłacało się, bo Lord Helix znalazł się wśród nas. Wraz z nim, gracze śmiało wkroczyli do Pokemon Mansion, gdzie… na długie godziny zablokowali się w dwukratkowej przestrzeni pomiędzy stołem, a bohaterem niezależnym, który stanął w nieodpowiednim miejscu. Teraz to by się przydał Big Dig… 

Dzień trzynasty przyniósł w końcu uwolnienie się z pułapki. Co więcej, gracze nauczyli Lorda Helix ataku Surf. Podobnej nobilitacji doczekał się King Fonz (Nidoking). Ponadto, ukończono etap związany z Pokemon Mansion, znajdując w jego czeluściach Secret Key, dzięki któremu drzwi do Gimnazjum na Cinnabar stanęły przed Redem otworem. Blaine, lider Gimnazjum i mistrz ognistych pokemonów, został rozgromiony potęgą Bird Jesusa i Lorda Helix. Siódma odznaka została zdobyta. Dron powrócił zatem do Pallet Town i ruszył drogą do Viridian City, gdzie mieści się ostatnie Gimnazjum, którego liderem był Giovanni. Należy też zaznaczyć, że oto stuknęło grze trzysta godzin – trzysta długich godzin nieprzerwanej rozgrywki, która połączyła wysiłki tysięcy użytkowników, umożliwiając im przeżycie czegoś niezwykłego. Trzysta godzin kompletnego, dezorientującego szaleństwa, które zdało się pochłonąć sporą część Internetu.

Nazajutrz, w dniu czternastym tej osobliwej cyfrowej pielgrzymki, gracze stanęli w końcu przed Gimnazjum w Viridian City… a raczej stanęli przed kolejnym problemem. Wejście do Gimnazjum znajduje się bowiem bardzo blisko małej krawędzi i jeden fałszywy krok może spowodować przeskoczenie przez nią, co skutkuje nadkładaniem drogi, by spróbować raz jeszcze. I oto nie Giovanni, nie pułapki i zagadki w samym budynku, a zwykły uskok terenu sprawił graczom najwięcej problemów. W końcu, po długich godzinach prób, przekleństw, błędów i jeszcze większej ilości przekleństw, udało się dotrzeć do Giovanniego. Niestety, tym razem nie dane było Redowi zwyciężyć – wskutek zaaferowania graczy tą ważną walką doszło do dużego zamieszania, które zaowocowało sromotną porażką. Dron, jak to bywa w takich przypadkach, został automatycznie przeteleportowany pod PokeCenter. I wszystko zaczęło się od nowa… Tym razem jednak z innym skutkiem – Giovanni, porażony mocą Bird Jesusa, został ostatecznie i raz na zawsze pokonany. Ostatnia, ósma odznaka, została zdobyta. A to oznacza, że droga do Ligi Pokemon stanęła otworem. To ciężka przeprawa – w jej trakcie Red będzie nękany przez wysokopoziomowe dzikie pokemony, rzesze doświadczonych trenerów, labirynt najeżony zagadkami, fałszywymi tropami i skomplikowanymi układami przejść. Nie to jest jednak najgorsze. Najstraszniejszy jest fakt, że przed wejściem na Victory Road znajduje się… uskok. 

To, co prawda, przysporzyło graczom sporo problemów, ale dało się pokonać. Dopiero wejście na sam szlak uświadomiło im, że na Victory Road są nieco za ciency, bo już po czterech godzinach dron padł w mało chwalebnej walce i dostał takie wciry, że wylądował z powrotem na Cinnabar. I tak rozpoczął się dzień piętnasty. W tym dniu zdarzyło się niewiele godnych wzmianki rzeczy – gracze podjęli długą wędrówkę z powrotem ku Viridian City, skąd ponownie mogli się dostać na Victory Road. Osiem długich godzin dron przedzierał się przez lasy, drogi, bezdroża, chaszcze, drzewa, krzewy, szuwary i krawędzie, po drodze pokonując kolejnych przeciwników i kolejne dzikie pokemony, zwiększając poziom doświadczenia swojej drużyny. W końcu dotarli do wejścia na Victory Road, gdzie postanowili na moment przerwać rządy anarchii, by minąć krawędź tuż przed drzwiami. Chwilę później powróciło zwyczajowe szaleństwo, teraz jednak trwało znacznie, znacznie dłużej. Jak pamiętacie, na Victory Road nie dość, że nie jest bezpiecznie, to jeszcze cała trasa najeżona jest zagadkami typu „Przepchnij kamień na odpowiedni przycisk”, co wymagało powrotu do trybu demokracji, by skoordynować jakoś działania kilkudziesięciu tysięcy pokemaniaków. Nim dzień dobiegł końca, zdarzyło się coś wspaniałego – oto Lord Helix ewoluował w Omastara, niosąc nam światło i nadzieję na przyszłość.

i_can_show_you_the_world_by_anneuh-d77y2u8

Stworzenie Reda (źródło)

Dzień szesnasty był… długi. Długi i żmudny. Gracze tłukli się po Victory Road, starając się dojść do jakiegoś konsensusu, a biedny dron miotał się na lewo i prawo co i rusz musząc walczyć, a to z dzikimi pokemonami, a to z innymi trenerami, którzy utknęli w czasie wędrówki ku siedzibie Elite Four. Żeby jednak nie przedłużać – po trzystu siedemdziesięciu siedmiu godzinach nieprzerwanej gry, zbiorowa świadomość graczy w końcu ukończyła Victory Road i stanęła przed wejściem do siedziby Elitarnej Czwórki. Coś, co w teorii było właściwie niewykonalne, stało się realne w przeciągu nieco ponad dwóch tygodni. Na pohybel sceptykom, heretykom, barbarzyńcom i innowiercom – wyznawcy wielkiego Lorda Helix dopięli swego. Ostatnia prosta, moi drodzy. Ostatnie wyzwanie. Ani oko nie słyszało, ani ucho nie widziało tego, jak toczyły się boje z poszczególnymi członkami Elity. Trwało to długo, obfitowało w mnóstwo zwrotów akcji, porażek i w końcu, za osiemnastym podejściem, udało się. Elitarna Czwórka została pokonana, Blue także i wczesnym dnia siedemnastego Internet przeszedł grę Pokemon Red. I ja tam byłem, miód i mleko piłem do Lorda Helix się modliłem i o tym co widziałem i słyszałem, tutaj właśnie poświadczyłem. 

Jak już wyżej wspomniałem, projekt Twitch Plays Pokemon był w założeniach eksperymentem społecznym. Nie wiem, jakie były jego początkowe założenia – o ile jakiekolwiek poza „zobaczymy, co się stanie” – ale wiem, czym się koniec końców okazał. A okazał się znakomitym przykładem na to, jak powstają religie. Zauważmy, jak zbiorowa świadomość graczy na nowo konstruuje rzeczywistość gry. Pomijając jej bazowy, fabularny aspekt, tworzy zupełnie nową opowieść motywowaną kontekstem danej sesji. Nieprzypadkowo twórca projektu wybrał właśnie Pokemon Red – to gra kultowa, znana wśród wielu graczy, a do tego ze względu na swą mechanikę, tolerancyjna na błędy, niewymagająca zręczności ani pośpiechu. Prostota projektów postaci ułatwia kreowanie własnych fabuł – rozpikselowany Red może być zarówno młodocianym trenerem pokemonów, jak i mechanicznym dronem sterowanym komendami przesyłanymi mu przez masy. Ta prostota treści i formy sprzyja mityzacji, nadawaniu nowych kontekstów. Element nieprzewidywalności w powiązaniu z kreatywnością zbiorowej eksteligencji graczy i typowo ludzką tendencją do myślenia narracyjnego sprawia, że powstaje kreowana na bieżąco opowieść. Dostrzegamy, jak czynności będące początkowo dziełem przypadku – jak wybieranie w Pokedeksie Bulbasaura czy ciągłe otwieranie ekwipunku i próby użycia Helix Fossil w czasie walki – zmieniają się w rytuały i są już celowo powtarzane. Jak postaci są, w zależności od sytuacji, obdarzane określonymi cechami pasującymi do mityczno-religijnej estetyki całego przedsięwzięcia – mamy Bird Jesusa będącego ostatnią nadzieją na przejście gry, ponieważ z powodu przypadkowego wypuszczenia na wolność pierwszych pokemonów bardzo długo był najsilniejszym członkiem drużyny. Albo Fałszywego Proroka, w którym gracze pokładali nadzieje i plany zmienienia go w wodnego Vaporeona, a który „zdradził ich” stając się ognistym Flareonem. Widzimy jak tworzą się dualistyczne podziały na dobro i zło – skoro Helix Fossil reprezentuje ogólnie pojęte siły dobra, to Dome Fossil jest przedstawicielem zła. Podobny dualizm zbudowany jest wokół mechanik Anarchy i Democracy – gracze na ogół preferują ten pierwszy tryb rozgrywki, drugi traktując jako zło konieczne, stąd Demokracja została włączona do zbioru, w którym znajduje się Dome Fossil, Bill (właściciel krwiożerczego PC-ta), Flareon i Krawędź. Świeża, budowana na bieżąco mitologia koncentruje się na kolejnych punktach zwrotnych, jak słynna „Krwawa Niedziela” w czasie której gracze starający się wyciągnąć z PC-ta Zapdosa omyłkowo wypuścili na wolność trzy silne pokemony albo przetworzenie Helix Fossil na „żywego” pokemona. 

Intrygujące, że gracze, szukając jakiejś narracji dla swoich działań, wybrali akurat tę religijną. Wokół Twitch Plays Pokemon narósł cały kult – i to w jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Społeczność wyznawców Helix Fossil wyprodukowała olbrzymie ilości memów, ilustracji, filmików i tekstów dotyczących całego przedsięwzięcia. Wiele z nich nosi znamiona dzieł sakralnych. Najlepszym przykładem będą tu utwory muzyczne nagrane przez zespół nazywający się Church of the Helix Choir wystylizowane na chóry gregoriańskie, ale też mnóstwo ilustracji prezentujących Pidgeota jako wcielenie Jezusa czy ołtarze, których centralnym punktem jest skamielina Helix Fossil. Ruszyła też machina finansowa, produkująca koszulki i gadżety z ikonicznymi elementami z nowo wytworzonej mitologii, zgodnie z wielowiekową zasadą, że Bóg Bogiem, ale interes musi się kręcić. Jak wytłumaczyć to zbiorowe szaleństwo? Interpretacji jest wiele, do mnie najbardziej przemawia powszechne wśród ludzi pragnienie przeżycia czegoś wspólnego, poczucia się grupą zjednoczoną w imię doniosłego celu. Takim celem jest przejście jednej sesji Pokemon Red równocześnie przez grupę kilkudziesięciu tysięcy graczy. Teoretycznie niemożliwe, w praktyce – jak najbardziej. Żeby jednak tego dokonać potrzebna była jakaś psychiczna klamra spinająca zbiorowość. Taką klamrą okazała się narracja religijna.

Co się dalej stanie z Twitch Plays Pokemon? Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia. W chwili, w której piszę te słowa na streamie wyświetlona jest plansza informująca o rychłym rozpoczęciu nowej przygody i zegar odliczający do zera. Czy spisana powyżej historia zostanie zapamiętana, czy będzie tylko okresowym zjawiskiem, który szybko wypali się i odejdzie w niepamięć? Czy za rok będziemy pamiętać, że Internet wspólnymi siłami przeszedł Pokemon Red? Nie wiem, ale na pewno będę obserwował, co się dalej będzie działo z całym tym przedsięwzięciem. Bo jeśli coś zasługuje na określenie mianem mistycyzmu popkulturowego, to na pewno to.

Tnlj9hf

Ostateczna nagroda. Dziękujemy ci, Red. Byłeś wspaniały. (źródło)

Martwy punkt w lusterku – Mass Effect i kapitalizm

Mass_Effect_naglowkowyO Mass Effect napisano już bardzo dużo, nie tylko zresztą przy okazji kontrowersyjnego zakończenia (dla mnie wcale nie aż tak kontrowersyjnego, ale to temat na oddzielny wpis). Jest w końcu serię za co chwalić. Rozbudowany świat, którego początkowe zarysy dramatycznie rozszerzają się i wypełniają z każdą misją i kolejną częścią. Zajmującą fabułę, która wysoko postawiła poprzeczkę dla kolejnych gier science fiction. Urozmaicone misje i nieliniową rozgrywkę, w której wybory z pierwszej części mogą mieć konsekwencje nawet w trzeciej. Trylogia Bioware była również chwalona – chociaż pewnie mniej w naszym kraju – za progresywną politykę. Tutaj na uwagę zasługują możliwość grania męskim bądź żeńskim Shepardem, którego w dodatku można sobie dosyć dokładnie dorzeźbić czy rozszerzające się z każdą częścią opcje romansów, z dostępnym parowaniem dwu męskich postaci w ME3, co było zresztą konsekwencją wyraźnie postępowej polityki producenta.

Oczywiście nie jest idealnie. Rasę Asari trudno nie traktować jako wykwit wyobraźni niezbyt spełnionego seksualnie 20-latka zaś wybór płci Sheparda praktycznie nie wpływa na rozgrywkę. Biorąc jednak pod uwagę historyczne zaszłości w zakresie przedstawiania rasy i seksualności, zarówno w gatunku science fiction jak i medium gier, szczególnie tych wysokobudżetowych, i tak jest tu dużo lepiej niż w większości innych tytułów. Postępowość gry nie rozciąga się niestety na wyjątkowo ważną domenę życia – ekonomię. W tej mierze, Mass Effect okazuje się serią wyjątkowo zachowawczą. Jeśli założymy, że gry wideo kształtują w jakimś stopniu postawy graczy, zaszczepiając bądź utwardzając w nich systemy wartości i modele zachowań w postaci tego, co krytycy nazywają ideologią, trylogia – ale przede wszystkim jej dwie pierwsze części – uczy nas jak być dobrym kapitalistą wyzutym do cna ze świadomości wyzysku. Co ciekawe, modele eksploatacji świata i innych ludzi, jakie można znaleźć w ME1 i ME2 z grubsza odzwierciedlają historyczne fazy kolonialnej historii krajów europejskich. A wszystko – jak zawsze – kręci się wokół surowców naturalnych i ich dostępności. W świecie gry ich rolę odgrywają rzadkie metale, a nie ropa czy węgiel, ale analogie wydają się dosyć czytelne.

W ME1 głównym źródłem surowców są planety i księżyce, które gracz eksploruje w Mako. Już w 2007 roku wiele osób narzekało na rutynowość i jednostajność tych misji, ale dla mnie zawsze były one jednym z ulubionych elementów rozgrywki. Od samego początku porwała mnie surowość terenu poznaczonego dramatycznymi formacjami skalnymi, trującymi źródłami i przepięknymi równinami. I te pojedyncze zabudowania z minimalnymi śladami obecności którejś z ras. I znajdowane w samym środku pustkowia ciała bądź artefakty świadczące, że dane miejsce ma swoją zawiłą historię. Dla graczy szukających w grze przygody, planetarne misje są jedynie okazją do potyczek z piratami bądź Gethami. Dla mnie odgrywają one integralną rolę w tworzeniu poczucia złożoności i rozmiaru uniwersum gry. Jednocześnie jednak nieodparcie przywodzą mi one na myśl historię kolonialnych przedsięwzięć z Ziemi, a konkretnie eksploatację obydwu Ameryk. Układy Terminusa, w których znajduje się wiele odwiedzanych planet to nic innego jak kosmiczny odpowiednik pogranicza, zaś porzucone na kilku planetach budowle, do złudzenia przypominające azteckie piramidy, jedynie te amerykańskie skojarzenia wzmacniają.

Azteckie wpływy

Azteckie wpływy

Co więc robimy na planetach? Nie licząc kilku miejsc, które należy odwiedzić w poszukiwaniu niezbędnych informacji bądź przedmiotów, misje służą przede wszystkim zbieraniu surowców. W odróżnieniu od porzuconych baz bądź anomalii, ich złoża pojawiają się na mapach dopiero kiedy zbliżamy sie do nich, co zmusza nas do żmudnego przeczesywania powierzchni planet – dokładnie tak jak w przypadku poszukiwań za czasów kolejnych gorączek złota w USA i Kanadzie ale również polowań w celu uzyskania skór i futer we wcześniejszym okresie kolonialnym.

ME1 - minerals on the map

Minerały na mapie

Złoto!

Złoto!

W ME1, podczas planetarnych misji gracz zachowuje się podobnie do europejskich kolonizatorów w Amerykach. Owszem, różnice istnieją. Anglicy czy Francuzi ustanawiali stałe kolonie, a kierowanego przez nas Komandora Sheparda osadnictwo nie interesuje. Ścierający się z graczem piraci to też nie do końca rdzenni mieszkańcy Ameryk, ale przedstawienia innych ras to już domena, w której seria stara się być egalitarna i tolerancyjna. Z drugiej strony, surowce zdobywamy nie dla swojego statku a dla Przymierza, które niezależnie od swojej demokratycznej struktury zachowuje się jak stare potęgi kolonialne w Nowym Świecie czy młoda unia stanów w pierwszych dekadach swojego istnienia. Spotykane kilkakrotnie sekty czy też grupy pragnące żyć z dala od cywilizacji mają też w historii Ameryk wiele odpowiedników.

A więc – mineralne żniwa. Oczywiście, można by oponować, że wydobywanie z ziemi żelaza czy uranu nikomu szkody nie czyni, a już na pewno nie w przypadku dalekich i pozbawionych mieszkańców ciał niebieskich. Rzekoma oczywistość takiego przekonania jest niczym innym jak kulturowym aksjomatem zainstalowanym w nas w ciągu ostatnich 300 lat przez kapitalizm: wszechświat jest wielkim rezerwuarem, do którego eksploatacji mamy niekwestionowane prawo. W takim przekonaniu nie ma jednak niczego naturalnego. Inny stosunek do otaczającego nas świata jest możliwy – można go znaleźć i w niektórych odłamach mahajany czy u mistyków chrześcijańskich, ale też we współczesnych koncepcjach filozoficznych związanych z głęboką ekologią, ekozofią, ontologią przedmiotów czy nowym animizmem. Dyskusje na temat prawa do terraformowania i zmiany ekosystemów innych planet toczyły się nawet w NASA, w której Christopher McKay był zwolennikiem daleko posuniętej ostrożności w decyzjach dotyczących ingerencji w planetarne biomy. W science fiction – a Mass Effect jest przecież grą na wskroś sf – podobnych pomysłów jest na tuziny: wystarczy przywołać tu prozę Ursuli LeGuin, Sheri Tepper, Joan Slonczewski czy Kima Stanleya Robinsona. Niestety, w Mass Effect nie ma nawet śladu tego rodzaju refleksji. Parafrazując znany mem – „all your resource are belong to us”.

System zbierania surowców zmienia się radykalnie w drugiej części cyklu. O ile mechanizm z „jedynki” i wymuszone przez niego zachowania graczy można porównać do wczesnego etapu budowy kapitalizmu, o tyle „dwójka” to lustro kapitalizmu późnego, w którym, zdaniem wielu krytyków, właśnie żyjemy i na którym, jeśli wierzyć szkole Fukuyamy, skończyła się ewolucja naszych systemów społeczno-ekonomicznych. Fakt, że w ME2 Shepard pracuje na zlecenie tajemniczej korporacji Cerberus jedynie podkreśla tę analogię. Stojący na jej czele Człowiek Iluzja (tłumaczenie, notabene, niezbyt fortunne) powołuje się co prawda na bezpieczeństwo i dobro ludzkości, ale metody stosowane przez jego podwładnych pozostawiają wiele do życzenia. Motyw złowieszczej korporacji nie jest oczywiście w science fiction nowy – wystarczy przypomnieć sobie Rosen Association w Dickowskim oryginale Łowcy androidów, azjatyckie zaibatsus w prozie Williama Gibsona i jego cyberpunkowych naśladowców, czy wielkie koncerny a la Monsanto w Nakręcanej dziewczynie Paolo Bacigalupiego. W drugiej części trylogii Bioware gracz staje się narzędziem neokolonialnych i neoimperialnych praktyk takich korporacyjnych demiurgów.

Surowców w ME2 nie zdobywa się „ręcznie”, z poziomu gruntu. Po wejściu na orbitę planety, gracz skanuje jej litosferę a następnie pobiera znalezione zasoby przy pomocy wystrzeliwanych z pokładu sond, które musi zresztą nabywać i co jakiś czas uzupełniać. Po premierze gry wielu graczy oceniło ten mechanizm jako jeszcze bardziej nużący niż przejażdżki Mako, ale jest to jedyny sposób zdobycia materiałów koniecznych przy upgrade’ach zarówno „Normandii” jak i broni. Beneficjentem zdobyczy nie jest więc Przymierze, odpowiednik państwa narodowego, a Shepard, który/a niezależnie od pobudek działa jako agent prywatnej mega-korporacji. Odpowiednio długie skanowanie stopniowo wyczerpuje dostępne zasoby, aż do momentu, kiedy dana planeta opisana jest jako „depleted” – całkowicie wyeksploatowana.

Złoża wciąż bogate.

Złoża wciąż bogate.

Mniej.

Jakby mniej tych kopalin.

I mniej.

I mniej.

I mniej.

I mniej.

Keimowitz - Depleted

I nic.

Największą różnicą w porównaniu do „jedynki” jest fakt, że cały szereg planet posiada już populacje – czasem liczące setki milionów kolonistów – których głównym źródłem utrzymania jest często właśnie wydobycie surowców (rolniczych społeczności raczej we wszechświecie Mass Effect nie spotykamy). Dosyć dokładne informacje o tych społecznościach podawane są zawsze w „metryczkach” planet pojawiających się na ekranie zanim rozpoczniemy ich skanowanie.

Ekuna - minerały czy ludzie?

Ekuna – minerały czy ludzie?

Orbitalna ekstrakcja czterech kopalin oznacza więc pozbawienie ich środków do życia i pozostawianie na rubieżach cywilizacji bez jakiejkolwiek karty przetargowej w galaktycznym barterze. Nawet zakładając, że gracze czytają opisy, ilu z nich zawaha się zanim rozpocznie wysyłanie sond? Długoletnie nawyki zbierania w grach wszystkiego, co tylko da się unieść robią swoje.

Nie trzeba oczywiście zbyt głębokiej wiedzy o naszym świecie aby dostrzec podobieństwa. O ile klasyczny kolonializm imperiów narodowych opierał się na podboju i okupacji, współczesny neokolonializm gospodarczy odbywa się z odległości i przy pomocy wielokrotnych pośredników. Realne życie chińskich robotników czy meksykańskich szwaczek staje się dla nas niewidoczne podczas gdy pokusa kupienia tańszej deski klozetowej czy T-shirta jest silna. Montownie podzespołów można przenieść do jeszcze tańszego kraju, ropy poszukać w innym regionie, zaś zasoby wody na wszelki wypadek zabezpieczyć, kupując udziały w lokalnych wodociągach. Niezależnie od tego, czy jesteśmy nabywcą końcowym czy menadżerem firmy, odległość i przeźroczystość znaczenia decyzji dla być-albo-nie-być całych społeczności zdejmują z nas odpowiedzialność moralną za ich los. W świecie, którego wszechpołączenie lubimy podkreślać przy innych okazjach, tym razem zapominamy, że decyzje mają konsekwencje. ME2 utwardza w nas postawy modelowych konsumentów, dla których etyczna odpowiedzialność nie istnieje. W porównaniu do poprzednich tytułów Bioware, Mass Effect posiada nieco bardziej wyrafinowaną skalę moralności bohatera. Niestety, orbitalne górnictwo nie jest tu obarczone żadną negatywną karmą, co jedynie pogłębia bezduszny charakter planetarnego rabunku dokonywanego przez nasz awatar występujący w barwach mega-korporacji. Zdobywanie zasobów w ME2 to przykra ale prawdziwa metafora mechanizmów naszej globalnej wioski.

Nie chcę bynajmniej sugerować, że Bioware świadomie programuje nas do życia w systemie – chociaż wielcy producenci gier (tzw. „niezależni” to nieco inna bajka) są pod wieloma względami pionierami całego szeregu praktyk ekonomicznych późnego kapitalizmu (ale to już temat na jeszcze inny wpis). Błoga nieświadomość wyzysku jest konsekwencją niesłychanej złożoności procesów rynkowych i niewidoczności pajęczyny globalnej cyrkulacji usług i towarów. A gry – tak samo jak inne produkty kultury – często bezwiednie odzwierciedlają mechanizmy naszego świata. Przede wszystkim jednak, ta nieświadomość jest wynikiem faktycznego braku dyskusji nad nierównościami ekonomicznymi. Owszem, gracze lubią anegdotki o chińskich wieśniakach z WoWa zaś o Etiopii wiemy i bardzo współczujemy, ale wiedza ta zazwyczaj nie przekłada się na nic więcej. Jednocześnie, w wielu krajach świata od lat widać wysiłki dążące do eliminacji bądź złagodzenia różnych kategorii nierówności – płciowej, rasowej, etnicznej, religijnej, seksualnej czy związanej ze sprawnością fizyczną (czy raczej jej brakiem). Tak naprawdę nie mówi się tylko o jednej – ekonomicznej, a to właśnie ta przekłada się na życie każdego z nas.

Chociaż mogą się wydawać politycznie neutralną formą rozrywki, gry są tak samo winne naszego ekonomicznego martwego punktu w lusterku, jak nasi przywódcy bądź media informacyjne. Fakt, że zaćma dotyka również gry science fiction, którym fantastyczność daje licencję na myślowe eksperymenty, i że dotyczy tytułu skądinąd bardzo postępowego, czyni Mass Effect tym bardziej boleśnie sprzeczną wewnętrznie i przewrotną.

Menażeria się powiększa! :) (17)

Pawel_FrelikNajokrutniejszy miesiąc to lipiec. Wyciska z półżywej menażerii ostatnie siły, miesza pamięć i myśli, usypia.
Nocami gramy, zimą jedziemy na południe, piszemy godzinami i rozdajemy hiacynty dziewczynom, ale latem! – latem jałowa ziemia, chrobot szczurzych łap na rozbitym szkle, kamienne rumowiska i garstka popiołu.

W ten oto czas niemocy i uwiądu, jakiego oddać słowami żaden poeta nie zdoła, przybywa nam z odsieczą Paweł Frelik. Już jutro pierwszy tekst owego zacnego autora, a dziś – zgodnie z tradycją Jawnych Snów – prezentacja. Poproszony, by zdjął maski wszystkie i odsłonił przed Wami nagą swą duszę, takie oto Paweł przesłał nam wyznanie: Czytaj dalej →

Witajcie w Greenvale

dp1Deadly Premonition pojawiło się na półkach sklepowych w Ameryce niepostrzeżenie, a cena w wysokości dwudziestu dolarów sugerowała, że nie warto pokładać w nim szczególnie wielkich nadziei. Gwoździem do trumny wydawała się pierwsza recenzja gry, którą opublikował serwis IGN. Rozpoczynała się słowami „Deadly Premonition to definicja system sellera. Kiedy w nią zagrasz, będziesz chciał sprzedać konsolę”, a zakończyła oceną 2/10. Wielu położyło wtedy na produkcji Access Games kreskę, ale z odsieczą ruszył Jim Sterling z portalu Destructoid, zaskakując wszystkich zwieńczonym perfekcyjną notą peanem na cześć gry. „Nic nie mogło nas na to przygotować”, stwierdził Sterling. „Szczerze mówiąc, nigdy nie spotkałem się z niczym podobnym”.

Czytaj dalej →

Skanujemy: trochę muzyki, trochę obrazków i samopolecanki

Zamiast zwyczajowo otworzyć notkę narzekaniem na to, że zbyt dawno nie dzieliliśmy się na Jawnych Snach kolejną porcją ciekawych artykułów, przejdźmy od razu do rzeczy.

DarkSoulsbyjim2point0Zawsze zazdrościłem zachodnim serwisom growym bardzo długich i często bardzo osobistych artykułów okołogrowych, jak na przykład “Becoming the Dark Soul” Richa Stantona opisujący zdobycie najwyższego trofeum w mojej ulubionej grze ostatnich lat. Na szczęście Polacy nie gęsi i od jakiegoś czasu również na naszych portalach pojawiają się teksty tego kalibru. Bardzo spodobał mi się zwłaszcza “Do widzenia, Dark Souls” Pawła Kamińskiego, traktujący niby o tym samym – ale jednak inaczej. Muszę się tu przyznać, że mimo napisania fafnastu artykułów o cyklu “Souls” w żadnej jego części nie zdobyłem tego trofeum. Czytaj dalej →

Pyłek na wietrze, czyli piosenka dla Parysa

pylekDo pamięci konsoli wczytują się kolejne poziomy “The Last of Us”, a na ekranie leniwie wirują zarodniki grzybów. Całe ich chmury unoszą się w powietrzu, zwiastując śmierć każdemu, kto się z nimi zetknie. Patrzę jak łagodnie płyną przez ekran i przypomina mi się rudy kociak o imieniu Parys, który wskakiwał na komodę, wspinał na tylne łapki i próbował je łapać. Wspomnienie boli – a to dlatego, że Parys nie żyje i już nigdy nie będzie na nie polował.

Czytaj dalej →

Bajty Polskie 2.0

bajty_polskie20maleO książce Bartłomieja Kluski i Mariusza Rozwadowskiego na Jawnych Snach pisał już kiedyś Olaf Szewczyk.  Książki o grach komputerowych są na polskim rynku wciąż pewną rzadkością, a „Bajty” to rarytas wśród rarytasów – książka bardzo ważna, bardzo ciekawa i jedyna w swoim rodzaju. Kluska i Rozwadowski badają w niej najwcześniejsze lata historii polskich gier komputerowych, pracując na bardzo delikatnym materiale, czasem istniejącym już prawie wyłącznie w pamięci ludzi, którzy oglądali na własne oczy kiełkowanie branży, która potem zaczęła zasypywać świat „Painkillerami”, „Wiedźminami”, „McPixelami” czy „SuperHotami”. Powracam do „Bajtów” dlatego, że właśnie ukazało się nowe, uzupełnione wydanie książki. Jak piszą jej autorzy na portalu atarionline.pl:

Gdy dotarliśmy do zapomnianych polskich klonów konsoli Pong, do autora wersji zabawy w kółko i krzyżyk na pierwszy polski komputer XYZ, do informatyków z działu oprogramowania eksportowego Karen czy do twórców Web Mastera na Atari serii 400/800 – prawdopodobnie najstarszej polskiej gry mikrokomputerowej – uznaliśmy, że „Bajty” dojrzały do drugiego wydania.

A zatem – jeszcze więcej historii i gier ocalonych przed zapomnieniem. Już świetna książka stała się jeszcze lepsza.

„Bajty” w wersji 2.0 ukazały się w wersji elektronicznej (dostępnej na virtualo.pl) oraz (niskonakładowej!) papierowej, której można szukać na zjazdach miłośników retrogrania, w katowickim Muzeum Historii Komputerów i Informatyki oraz u Mariusza Rozwadowskiego. Wszystkie szczegóły – na AtariOnline.

Akademia: Kultura Gier Komputerowych 2: Gry jako doświadczenie

logo-small

Wszystkich zainteresowanych zapraszam na drugą edycję konferencji Kultura Gier Komputerowych. Rozpoczyna się ona w Łodzi (do której zewsząd jest równie blisko) w najbliższy czwartek i trwać będzie do soboty (26-28.06). Hasło przewodnie to „Gry jako doświadczenie”, a więc problematyka czytelnikom Jawnych Snów nieobca. Dość powiedzieć, że wśród sekcji tematycznych znajdą się takie pozycje, jak „Gry jako doświadczenie przestrzenne” (pisał o tym swego czasu na Jawnych Snach Paweł Schreiber), czy „Problem narracji w grach wideo”. Program konferencji i wszystkie potrzebne informacje znajdziecie na oficjalnej stronie konferencji. Wstęp, oczywiście, wolny.

“Stranded” – mikrorecenzja mikrogry

“Stranded” jest jednym z tych tytułów na które natknąłem się przypadkiem, przeczytawszy krótką wzmiankę na którymś z mniej popularnych portali o grach niezależnych. Coś mi zarezonowało w obrazkach i króciutkim trailerze, odżałowałem więc kilka dolarów i kupiłem “Stranded”, żeby przekonać się, czy warto. Pograłem – i w sumie nadal nie wiem.

stranded3

Czytaj dalej →

Gra o zmianę

This_could_be_your_officeGry są najważniejszym medium XXI wieku. Żyjemy w świecie systemów, a gry są najdoskonalszym z nich. Potrafią przedstawiać złożone problemy współczesności i angażować nas w ich rozwiązywanie. Dzięki temu czynią nas lepszymi ludźmi, nadają naszemu życiu głębsze znaczenie i przyczyniają się do naprawiania świata dookoła.

Albo i nie.

Czytaj dalej →