Restauracja Spektrumny, część pierwsza

Marek Pańczyk na łamach Jawnych Snów napisał parę lat temu że “Każdy mężczyzna musi się przygotować, że kiedyś nadejdzie kryzys wieku średniego. Ma on najróżniejsze oblicza. Jedni kupują motocykl, drudzy robią tatuaż skorpiona na plecach, […] inni rozwodzą się i porzucają dzieci, aby zacząć spotykać się z osiemnastolatkami. U mnie wyglądało to jeszcze inaczej.” Markowi chodziło wtedy o retro-granie, czyli komputerowe archeo, którym zaraził się podczas Pixel Heaven. Śpieszę donieść, że również niżej podpisanego dopadł wspomniany kryzysik i zamanifestował się nader podobnie.

bart_n_jacky_zx_91

Tak to kiedyś wyglądało…

Zaczęło się od tego, że parę lat temu postanowiłem zregenerować moje wierne, acz wysłużone ZX Spectrum, zwane pieszczotliwie Spektrusiem lub wisielczo Spektrumną. Pierwszą próbę chciałem wyautsorsować, czy jak to się teraz mówi, mianowicie posłałem sprzęt do fachowca z prośbą o przeróbkę zmodyfikowanego wyjścia tv oraz drobne naprawy. Modyfikacja wzięła się z przeróbek poprzedniego właściciela, który dostosował ZX-a do radzieckiego mini-telewizorka Junost – rzecz jasna obecnie tylko przeszkadzała. Fachowiec zadziałał, Spectrum wrócił, ale nie miałem czasu ani telewizora żeby sprawdzić jak się spisuje. W dodatku okazało się że trzeba by jeszcze wymienić folię klawiatury (częsta przypadłość w ZX-ach), więc pudełko trafiło na szafę, a potem przytrafiło się życie i temat przysechł na kolejne lata.

W międzyczasie działy się różne rzeczy, w tym zmiana pracy i miasta, przeprowadzka, podróże małe i duże, choroby, koty, choroby kotów, ślub i inne wypadki losowe. Dopiero w ubiegłym roku trochę odsapnąłem i zacząłem nadrabiać rozmaite zaległości, których znakomita większość nie dotyczyła kwestii growo-komputerowych. Podczas podróży służbowej do Wielkiej Brytanii w oko wpadł mi egzemplarz “Retro Gamera” i tak oto temat Spektrusia znowu wrócił na tapetę. Poczytałem parę artykułów o starych grach, pograłem trochę w „Rock Boshers DX” (świetna rzecz, polecam), kupiłem śliczny album “Sinclair ZX Spectrum: a visual compendium”, a potem trzy tomy “The Story of the ZX Spectrum in Pixels” . Jedno prowadzi do drugiego, aż w pewnym momencie zacząłem oglądać aukcje ZX-ów na Allegro. Zamiast jednak wydawać pieniądze na “egzemplarze w stanie kolekcjonerskim” wątpliwego autoramentu, postanowiłem zregenerować moją własną Spektrumnę. Będzie prościej i taniej, nie mówiąc o tym, że większość jest już zrobiona, a z wymianą folii poradzę sobie “temy ręcamy”. Dam radę, co nie?

Jak się okazało, był to nadmiar optymizmu.

limitationsshirt-shirt

Początki wyglądały obiecująco. Nic to, że na Allegro nie dało się kupić nowej folii, fachowiec z usług którego korzystałem zniknął w międzyczasie i nie odpowiadał na maile, a ludzie wystawiający aukcje w których wspominano o przeróbkach klawiatury ignorowali pytania o szczegóły tychże. Na szczęście okazało się, że firma KeyPol która lata całe temu produkowała folie do różnych urządzeń, głównie kas i wag, nadal działa i wciąż można kupić u nich także folie do mikrokomputerów, w tym również mojej Spektrumny. Hurra! Zamówiłem, zapłaciłem i zadowolony czekałem aż przyjdzie paczka. Po czym, jak już przyszła, okazało się, że folia troszeczkę różni się od oryginalnej, na co nie zwróciłem wtedy uwagi.

keypol_02-1

Nie zrażałem się jednak. Ponieważ mimo podwójnego dyplomu magistra inżyniera mam dwie lewe ręce do robót praktycznych, włącznie z elektroniką, którą ma w nazwie wydział który ukończyłem, postanowiłem sięgnąć po wsparcie. O pomoc poprosiłem człowieka, który zawodowo reperuje windy oraz schody ruchome, hobbystycznie  samochody i motocykle, a ogólnie jest jednoosobowym zespołem naprawczym do prawie wszystkiego: mojego Szwagra. Poza know-how i zacięciem do dłubania w najrozmaitszych mechanizmach dysponuje on także nieźle wyposażonym warsztatem i parkiem narzędziowym, co jest nie bez znaczenia kiedy człowiek usiłuje rozbierać na części wiekową elektronikę.

Jeden z pierwszych komentarzy Szwagra dotyczył stanu klawiatury i obudowy mojego Spektrusia. Fakt faktem, nieco się lepiła, równiez klawisze chodziły dość ciężko. Bliższa inspekcja wykazała, że w zamierzchłej przełości coś się komuś musiało wylać i nie zostało doczyszczone. Nie byłem w stanie przypomnieć sobie takiego wydarzenia (a raczej bym zapamiętał), więc albo przytrafiło się panu fachowcowi, albo stało się podczas rozlicznych przeprowadzek i nie zostało w porę zauważone. Na początek wyjęliśmy więc ze środka płytę główną i wzięliśmy się za mycie obudowy tudzież klawiszy. Lepka materia okazała się oporna, więc szliśmy w coraz bardziej żrące substancje: zaczęliśmy od płynu do zmywania, potem zastąpiliśmy go przemysłowymym płynem do mycia plastików, aż wreszcie poszliśmy w denaturat. Robota była nużąca jak cholera, każdy przycisk i jego mocowanie trzeba było bowiem szorować oddzielnie szczoteczką do zębów. Pomimo to wesołym śmiechom i żartom nie było końca, za co w znacznej mierze winimy opary denaturatu.

klawisze3

Kiedy już wszystkie klawisze były czyściutkie (moja żona wystąpiła w roli kontrolera z działu jakości, wskazując paluszkiem na te niedostatecznie domyte), osuszyliśmy je przemysłową dmuchawą i zmontowaliśmy obudowę na świątecznym stole, gdzieś pomiędzy stroikiem a sernikiem. Niestety w czyszczeniu starła się gdzieś mała tęcza po prawej stronie klawiatury, czego żałuję bardziej niż chciałbym się przyznać. Jakoś w dzieciństwie utrwaliło mi się skojarzenie tych czterech kolorów z ZX Spectrum, dlatego za każdym razem jak patrzę na obudowę, kojarzy mi się ona z żołnierzem któremu zerwano pagony.

Następnym krokiem było zainstalowanie nowej folii klawiatury. Pamiętacie, że trochę się różniła od oryginalnej? Okazało się że z sobie tylko znanych przyczyn firma KeyPol postanowiła ją “ulepszyć”, zmieniając nieco bieg ścieżek i wielkość otworów mocujących. Problem w tym, że zmniejszone otwory w folii były zbyt małe, aby umocować ją na wspornikach wewnątrz obudowy. Można by spróbować wybić większe, ale zmodyfikowane ścieżki biegły bliżej otworów, przez co próba ich powiększenia mogła je przerwać. Tu na szczęście z pomocą przyszedł Szwagier, który z chirurgiczną precyzją przebił folię z dokładnością do dziesiętnych części milimetra (zdjęcie zaawansowanych technicznie narzędzi poniżej). Potem już tylko pozostało zamontować folię na właściwym miejscu, z czym poradziliśmy sobie nieco oszukując, to znaczy przy użyciu taśmy klejącej. Podłączyliśmy zasilacz do Spektrusia, kabel do telewizora, odpaliliśmy sprzęt i zastygliśmy w oczekiwaniu.

keypol_04

Po czym nic się nie stało.

Po stosownej porcji nerwowego sprawdzania elementów tej układanki okazało się że oryginalny zasilacz w międzyczasie dokonał żywota i wyzionął ducha. Na szczęście Szwagier miał pod ręką urządzenie będące czymś w rodzaju multi-zasilacza z różnymi napięciami i końcówkami, a Spectrumna miała dosyć standardowe wejście zasilania 5V, dlatego można było od razu podpiąć sprzęt i spróbować ponownie. Na jeszcze większe szczęście Szwagier w porę zapytał „ty, a ty jesteś pewien że to wtedy było tak samo jak teraz?” (to znaczy plus w środku, a minus na zewnątrz), czego nie wiedziałem, więc próbę odroczyliśmy. Gdyby nie to, radośnie podłączyłbym zasilacz z dokładnie odwrotną polaryzacją niż oczekiwana przez ZX Spectrum. A że firma pana Sinclaira nie dołożyła na wejściu żadnego zabezpieczenia, choćby jednej nędznej diody, to najprawdopodobniej usmażyłbym swój egzemplarz. Brrr, aż ciarki przechodzą!

Praktyczne testy zostały zatem odłożone w czasie, aż znajdziemy gdzieś stosowny zasilacz. W miarę szybko coś odpowiedniego pojawiło się na Allegro, więc czym prędzej kupiłem i przebierając nogami czekałem aż przesyłka dotrze. Dotarła, rozpakowałem i podłączyłem zasilacz, podpiąłem Spectrum do telewizora, westchnąłem i włączyłem prąd. Moim oczom ukazał się znajomy czarny kwadracik i napis © Sinclair Research Ltd. I tu uznałem że się udało.

sinclair

Oczywiście było to równie trwałe uczucie jak u bohatera horroru, który pół godziny przed końcem filmu uciekł strasznemu potworowi i cieszy się swoim szczęściem.

Ciąg dalszy nastąpi.

Prywata: Kompendium Neo+Retro

Dziś pozwolę sobie na odrobinę prywaty. Otóż na Polak Potrafi wystartowała taka oto zbiórka, żeby wydać parę fajnych tekstów o grach na martwych drzewach, czyli w postaci książki. Tak jak to drzewiej bywało, doroczne kompendium podsumowujące minione dwanaście miesięcy w świecie elektronicznej rozrywki. Do tego szczypta publicystyki, trochę rysunków (będą Adler i Piątkowski!) i parę artykułów pobocznych o tym i owym. Za całość odpowiada Paweł Kazimierczak, czyli człowiek od dokumentu „Thank You For Playing” o starych magazynach growych.

kompendium

Element prywaty natomiast bierze się stąd, że – jak się zapewne domyśliliście – nie piszę o tym absolutnie bezstronnie. Otóż i mój artykuł się tam znajdzie, ba, jak dobrze pójdzie, to nawet niejeden. Cóż, internet internetem, ale zawsze miałem słabość do słowa drukowanego. Uchylając rąbka tajemnicy, będzie coś jednym z moich ulubionych pisarzy, a także o grach które wyjątkowo mi się spodobały w tym roku.

W każdym razie – wiecie gdzie można wesprzeć, jeśli inicjatywa wyda się Wam interesująca.

x = x

male_zycie_okladkaCześć! Wypada przecież się przywitać po dłuższej autorskiej nieobecności na Jawnych Snach. Od czasu ostatniej publikacji – kwiecień 2015 r. – zdążyłem m.in. zgubić w mieszkaniu pada (to niestety nie jest metafora). W efekcie zacząłem czytać grube powieści, w końcu imię jego powieść (niem. Roman), a księgozbiór w nazwisku zobowiązuje. Pad wypadł, ale wpadło np. „Małe życie” Hanyi Yanagihary. Uprzedzając kanoniczne pytanie mojego jawnośniącego kolegi: „co to ma wspólnego z grami?” (nasz odpowiednik „kto zabił polski komiks?”). Przyznaję, niewiele. Przypominam sobie tylko jeden adekwatny fragment: Jude St Francis, główny bohater powieści, aby mieć o czym rozmawiać z nieco autystycznym studentem informatyki (Jude sam studiuje wtedy matematykę i prawo), zapoznaje się z nowościami wśród gier wideo. I tyle.

Flaubert katapultowany
Dlaczego więc piszę o „Małym życiu”? Odpowiem pytaniem: dlaczego gram/grałem? Dla immersji, interaktywności, fabuły (choć w przypadku gier temat to grząski) i gry przestrzenią. „Małe życie” ma wszystkie wymienione elementy z wyjątkiem ostatniego. To zresztą bardzo ciekawe: przestrzeń zarysowano tam szczątkowo. Jest oczywiście klamrowa dla opowieści Lispenard Street w Nowym Jorku, ale bardziej funkcjonuje ona jako pewien etap życia/stan umysłów bohaterów. Poza tym przestrzeń głównie Wielkiego Jabłka sprowadzona jest do wnętrza bohaterów. Juliusz Kurkiewicz napisał o Flaubercie katapultowanym do posthistorycznego Nowego Jorku. „Małe życie” to baśń – nie jest więc przywiązana do konkretnego czasu historycznego.
Powieść zaczyna się jak, upraszczając, męska wersja „Seksu w wielkim mieście”, ale o 27lispenardstreetsigncharakterze inicjacyjnym. Czterech przyjaciół – Willem, JB, Malcolm i Jude – o różnym pochodzeniu i orientacji seksualnej próbuje ułożyć sobie życie po skończonych studiach (bardzo istotnym elementem powieści jest refleksja na temat przyjaźni). Po kilkudziesięciu stronach orientujemy się, że centralne miejsce opowieści zajmuje Jude, wokół którego niejako orbituje pozostała trójka i inne bliskie im osoby – co najważniejsze, postać ta skrywa przerażające doświadczenie. No właśnie, pozostając w obrębie gier stwierdziłbym, że rzecz startuje niczym niewinna rysowana przygodówka 2D, a kończy się – napisałbym krwawym i realistycznym shooterem FPS, ale koniec przynosi jednak ukojenie w stylu zen, więc przywołam tylko Counter Strike’a: Condition Zero, opisanego kiedyś przez Olafa Szewczyka. W powieści jest przynajmniej jeden bardzo brutalny fragment, którego lekturze towarzyszyło moje nerwowe przeczesywanie dłonią włosów. To był zresztą moment, kiedy przez chwilę pomyślałem, że jednak zrobię sobie dłuższą przerwę w obcowaniu z „Małym życiem”. Oczywiście to niemożliwe: Adrian Chmielarz wspomniał swego czasu, że trudno jest napisać książkę, która przykuwałaby do ekranu w ten sam niemal fizyczny sposób, co najprostsza gra wideo. No więc właśnie to jest taka powieść. Dziennikarz radiowej Trójki, Michał Nogaś, powiedział przy okazji wywiadu z Hanyą Yanagiharą, że to książka, która rozkochuje w sobie czytelnika, robiąc mu też krzywdę. Czytelnik wciągnięty w wewnętrzny świat bohaterów uświadamia sobie z czasem, że nie ma już gdzie uciec. Powolne rozpuszczanie się tej opowieści w czytelniku (początek o bardzo niskim progu wejścia) przypomina spotkanie z żywym człowiekiem, więc zakończeniu towarzyszy również coś na kształt żałoby. Jej „interaktywność” widzę w tym, że (i to rodzaj ostrzeżenia) powieść żywi się każdą traumą czytelnika – niczym nowotwór zdrową tkanką. Porównanie dwuznaczne, ale oddaje też pewną ambiwalencję w odbiorze książki sygnalizowaną przez niektóre osoby (wypada odnotować ów raport mniejszości).

Deus ex machina
Najciekawszymi dla mnie były fragmenty, które następowały po opisach fizyczno-emocjonalnych katastrof Jude’a: przejście z narracji trzecioosobowej na drugoosobową (znowu: jakby w grze dwuwymiarowej niespodziewanie pojawiał się trzeci wymiar). Nagle ktoś zaczyna mówić do kogoś i początkowo nie wiadomo nawet o kim. Odbierałem to jak bezpośrednie i nieoczekiwane pocieszenie wypowiadane z samego dna. Oczywiście wszystko to stanowiło integralną całość, ale opisywane początki są niezwykłe: trochę jakby książka zaczynała mówić wprost do czytelnika (czy pamiętasz grę, kiedy mówiła do Ciebie w nocy: „OK, that’s it, turn off your computer”?). Bezpośrednim skojarzeniem wydaje się słynny finał „Czterystu batów” François Truffauta:

Upadek
Co najbardziej fascynujące w tej powieści, to fakt, iż jej główny bohater przyjąwszy w życiu niewyobrażalną ilość zła, nie jest jego dalszym przekaźnikiem (a wręcz przeciwnie), za co zresztą w jakimś sensie płaci ogromną cenę – Yanagihara określiła go w cytowanym wyżej wywiadzie jako „control freak”. Przerażająca natomiast i trudna do zaakceptowania jest zasadnicza teza powieści: ludzie nie zmieniają się, a na pewno nie zmienia się ich wewnętrzne postrzeganie samego siebie. To przygnębiające w kontekście poznanych/kochanych osób, które, wydawałoby się, powinny owo postrzeganie zmienić – i nakłada na nie tym większą odpowiedzialność za drugiego człowieka (kluczowym słowem jest tu oczywiście empatia). Zanim więc dotrzemy do poruszającego finału, jedna z najbardziej brutalnych scen książki spuentowana jest refleksją, stanowiącą zapowiedź jeszcze większego UPADKU:

Aksjomat równości głosi, że x zawsze równa się x: zakłada, że jeśli mamy obiekt zwany x, obiekt ten musi być zawsze równy sobie, że ma w sobie swoistą unikatowość, że cechuje go coś tak nieredukowalnego, że trzeba przyjąć jego absolutną i niezmienną równość sobie po wsze czasy; jego istota nie może zostać odmieniona. Ale nie sposób tego udowodnić. Zawsze, absolutnie, nigdy: oto są słowa, które na równi z liczbami tworzą świat matematyki. Nie wszyscy lubili aksjomat równości – doktor Li nazwał go kiedyś kokieteryjnym i pretensjonalnym tańcem wachlarza – ale on zawsze cenił nieuchwytność i piękno tego równania nieustannie nękane próbami udowodnienia go. Był to ten rodzaj aksjomatu, od którego można dostać kręćka, który człowieka pochłania bez reszty, który łatwo może się stać treścią życia.
Ale teraz Jude wie już na pewno, jak słuszny jest aksjomat równości, gdyż on sam – jego własne życie – go udowodnił. Osoba Ja będzie zawsze osobą Ja. Kontekst może się zmienić: Jude może być w mieszkaniu, może mieć pracę, którą lubi i za którą mu dobrze płacą, może mieć rodziców i przyjaciół, których kocha. Może być szanowany, a w sądzie może nawet budzić lęk. Ale w swej istocie jest zawsze tą samą osobą, osobą, która budzi wstręt, osobą skazaną na nienawiść. I w tej mikrosekundzie, w której znajduje się zawieszony w powietrzu, pomiędzy ekstazą bycia w górze a spodziewanym lądowaniem, które, jak wie, będzie twarde, Jude rozumie, że x będzie się zawsze równać x, bez względu na to, co on zrobi, ile lat upłynie (…), bez względu na to, ile zarobi czy jak bardzo będzie się starał zapomnieć. To ostatnia jego myśl, zanim rąbnie ramieniem o beton i na ułamek sekundy świat w błogosławiony sposób usunie się spod niego: x = x, myśli. x = x, x = x.
(tłum. Jolanta Kozak)

Kolekcja gier z Triennale

Wyobraźcie sobie, że nasi ulubieni i po wielokroć opisywani autorzy, tacy jak Auriea Harvey i Michaël Samyn z Tale of Tales czy Jake Elliott i Tamas Kemenczy z Cardboard Computer, zrobili nowe gry. A do tego jeszcze nieco mniej znani, jak Pol Clarissou czy Mario von Rickenbach, Christian Etter i Katie Rose Pipkin. I cały ten pakiet jest dostępny za darmo na AppStore i w Google Play. Byłoby fajnie?

TRIENNALE+GAME+COLLECTION

Czytaj dalej →

Powrót “Obra Dinna”

Lucas Pope, autor znakomitego i po wielokroć nagrodzonego “Papers, Please” (pierwsza wzmianka na Jawnych tutaj, moja recenzja tutaj), pracuje nad kolejnym tytułem. Rzecz jest zupełnie inna niż pierwsza gra Pope’a, ale już na tym wczesnym etapie zapowiada się intrygująco, dlatego też pozwalam sobie zwrócić na nią Waszą uwagę.

obradinntytulow

Czytaj dalej →

„Darkest Dungeon” – eradykacja zła wszelakiego, spółka z o.o.

Eksploracja mrocznych lochów, jak się okazuje, ma więcej wspólnego z korporacją, niż z klasyczną walką o pokój, dobro i sprawiedliwość. Ścieżki awansu, wyzwania projektowe i zarządzanie morale zespołu są równie ważne co ostry miecz w dłoni i odwaga w sercu.

DDPS4 Czytaj dalej →

Gra z duszą

Premiera trzeciej części cyklu “Dark Souls” to dobry pretekst żeby przypomnieć sobie poprzednie. Przy czym jest to de facto piąta gra mieszcząca się w ramach specyficznej formuły wypracowanej przez From Software, a rozpoczętej przez “Demon’s Souls” w 2009 roku. Dla mnie osobiście ciekawsze jest jednak prześledzenie historii mojego romansu z serią Souls: jak to się stało, że pierwsza część jest jedną z moich ulubionych gier wszechczasów, a najnowszej nawet sobie nie kupiłem?

dark_souls_by_thebastardson-d7nhukz

Fan art „Dark Souls” autorstwa thebastardson

Czytaj dalej →

Ha!art nr 51

http://www.ha.art.pl/images/stories/czasopismo/ha_51.jpg51. numer pisma Ha!art, poświęcony związkom między literaturą a grami (nie tylko wideo) rodził się długo i z licznymi przygodami. Wraz z Michałem Żmudą, który go współredagował, oraz zespołem Ha!artu, który wspierał nas radą i tekstem, staraliśmy się zdobyć jak najciekawsze materiały, więc uderzaliśmy nawet tam, gdzie spodziewaliśmy się maila zwrotnego o treści „to bardzo miła inicjatywa, ale niestety jesteśmy bardzo zajęci”. Ku naszemu zaskoczeniu – nie dostaliśmy ani jednego takiego maila. W rezultacie, poza świetnymi tekstami polskich autorów (Michał i Aleksandra Mochoccy, Piotr Kubiński, Bartłomiej Musajew, Alexander Ostrowski, Michał Danielewicz, Jacek Wandzel…) mamy też sporo głosów postaci ważnych i ważniejszych: wywiady z Janet Murray i Michaelem Joyce’em oraz krótsze wypowiedzi twórców gier (Sama Barlowa, Jonasa Kyratzesa, Porpentine, Adriana Chmielarza, Emily Short) na temat tego, co czytają, i co ich inspiruje do robienia tego, co robią.

Zamiast rozpisywać się, co i jak, zapraszam na stronę Ha!artu, gdzie można sobie zajrzeć do spisu treści i poczytać kilka fragmentów numeru, przed podjęciem decyzji o przygarnięciu go w wersji papierowej.