Archiwa kategorii: Z tych krótkich

Smutna historia pewnego kota

Tak się jakoś złożyło, że od niedawna gram sobie w “Yo-kai Watch” na Nintendo 3DS. No co? Jako osoba zajmująca się grami wideo nie mogę zamykać się w getcie gier niezależnych oraz artystycznych, muszę znać też popularne serie i tytuły dla dzieci. Żartuję – tak naprawdę, to nawał obowiązków rodzicielskich plus listopadowa chandra powodują, że gram w rzeczy proste, pogodne i kolorowe, które w razie czego można bezproblemowo przerwać lub zapauzować. W ten sposób odkryłem “Yo-kai Watch” i spotkałem się z postacią kota Jibanyana, będącym poniekąd twarzą tej serii.

Jeśli idzie o ścisłość, to Jibanyan nie jest kotem, tylko tytułowym yōkai, czyli jednym z występujących w grze psotliwych duszków, zaczerpniętych z japońskiego folkloru. Wygląda jak rudo-białe kocię z dwoma ogonami, zakończonymi onibi, charakterystycznymi widmowymi ognikami o bladobłękitnym zabarwieniu, które często występują w ikongrafii Japonii. Takie istoty w tamtejszych wierzeniach nazywają się nekomata, czyli kotem o rozdwojonym ogonie lub też widłogoniastym kotem (znakomite tłumaczenie Agnieszki Szurek z książki “Yōkai” Michaela Dylana Fostera), i wcale nie są przyjazne ludziom. Nekomata w grach pojawiają się m.in. w serii “Shin Megami Tensei” (jako demon lub persona), a także tytułach takich jak “Nioh”, “Muramasa” i “Disgaea”.

Na przekór swoim legendarnym pierwowzorom Jibanyan jest wesołym stworzeniem, towarzyszącym głównemu bohaterowi lub bohaterce w ich przygodach i wprowadzającym do fabuły elementy komediowe. Jego jedyną słabością są ciężarówki, do których żywi ciężką urazę i z którymi próbuje walczyć jak Don Kichot z wiatrakami (zresztę podobnie jak on – bez specjalnych rezultatów). Kryje się za tym smutna historia: Jibanyan był bowiem kiedyś kociakiem imieniem Rudy i miał swoją panią, dziewczynkę Amy. Kiedy przechodził przez skrzyżowanie potrąciła go ciężarówka, zabijając na miejscu. Jego duszek pozostał w tym miejscu jako yōkai, nawiedzając skrzyżowanie i stawiając czoła znienawidzonym dostawczakom. W pierwszej części “Yo-kai Watch” na 3DS Jibanyan prosi gracza o pomoc w odzyskaniu zdjęcia Amy, swojej niegdysiejszej właścicielki, które zabrały mu inne yōkai. Przykre, prawda?

Trzymajcie się, bo to jeszcze nie koniec.

Otóż w wywiadzie z 2015 roku Akihiro Hino, twórca serii “Yo-kai Watch” i prezes firmy Level-5, zdradził że postać Jibanyana i jego historia są oparte na prawdziwych wydarzeniach. Pewnego razu, gdy wracał do domu, zobaczył przy drodze porzuconego kociaka. “W pierwszej chwili przeszedłem koło niego, bo myślałem że pewnie nie będę mógł go zatrzymać, ale był taki uroczy, że pomyślałem – muszę to zrobić!” – powiedział Hino. “Wróciłem parę minut później, jednak w międzyczasie kociak został już potrącony przez samochód.” Nie trzeba chyba dodawać, że nie było co zbierać.

Tak oto smutne wspomnienie stało się inspiracją do stworzenia wesołego kociego duszka, który został symbolem growej serii popularnej na całym świecie. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że być może Jibanyan tak przypadł do serca dzieciom i dorosłym właśnie dzięki stojącej za nim wzruszającej historii, opartej na prawdziwych wydarzeniach i rezonującej z każdym właścicielem kota czy psa. W każdym razie, gdy po raz kolejny zobaczycie charakterystyczną uśmiechnietą mordkę Jibanyana, przypomnijcie sobie rozjechanego kociaka, którego przez swoje wahanie nie zdążył uratować Akihiro Hino. Kto wie, może kiedyś sami staniecie wobec podobnego dylematu? Pamiętajcie wtedy, że czas ma znaczenie, a wasza decyzja jest w stanie odmienić los zagubionego zwierzęcia.

Avatar Days

Poniżej przypominam uroczy drobiazg sprzed lat: krótkometrażowy film paradokumentalny o irlandzkich graczach w “World of Warcraft”. Wiele lat temu pisałem o nim na łamach Polygamii, ale jakoś nigdy nie podzieliłem się nim na Jawnych Snach, a mam wrażenie że tej konkretnej publice może się on spodobać nawet bardziej.

Nie znajdziecie w nim co prawda wiele informacji o samej grze, ale za to “Avatar Days” kreśli urokliwy portret graczy poza ich wirtualnym habitatem, z drobnym twistem w postaci zastąpienia ludzi stosownymi awatarami z krainy Azeroth. Baśniowe sylwetki na tle szarej, deszczowej Irlandii i codziennych miejsc pracy (już to placu budowy, już to kolejnego równie szarego biura) jeszcze bardziej podkreślają ich status przybyszy z innego świata.

Lubię “Avatar Days” za kilka rzeczy: za to że nie traktuje swoich bohaterów jak kompletnych dziwaków, za lekko melancholijny nastrój, za ten kapitalny moment na końcu filmu, kiedy spod awatarów wyglądają faktyczni ludzie i uśmiechają się do swoich odbić w lustrze. Tak, spędzamy dużo czasu w wirtualnym świecie. Nie, to nie znaczy że jesteśmy nienormalni.

Był taki czas, że nosiłem “Avatar Days” na swoim PSP żeby okazjonalnie przypomnieć sobie, że nie tylko ja czasami czuję się w naszej rzeczywistości jak gość z drugiej strony ekranu. Potem mi przeszło. A dziś, gdy linia demarkacyjna między wirtualnym a realnym jest znacznie bardziej rozmyta niż w 2010 roku, widzę w tym filmie przede wszystkim świadectwo tego, jak bardzo ta stosunkowo niedawna przeszłość różni się od teraźniejszości w której przyszło nam żyć zaledwie parę lat później.

Nie idźcie do kina na “Ready Player One”…

…szkoda Waszego czasu i pieniędzy. Obejrzycie go kiedyś w telewizji u teściów podczas świąt albo w cinéma torrent. Zamiast tego odpalcie YouTube’a i włączcie teledysk “Art3mis & Parzival” autorstwa muzyka (muzyków?) ukrywającego (-cych?) się pod kryptonimem Gunship

Ten klip jest sto razy bardziej w klimacie “Ready Player One” (książka) niż “Ready Player One” (film). Geekowo-growe nawiązania, retro stylistyka, przyjemna opowieść, wszystko podane w pikselartowym sosie i z niezłą muzyką, która momentalnie wskoczyła na moją playlistę New Retro Wave. Poleca się. Nie uzupełniająco. Zamiast.

Galeria Snów: pierońskie pierogi!

Polski akcent w „Fire Emblem: Awakening” na Nintendo 3DS: sympatyczny najemnik Gregor nieśmiało romansuje z czarodziejką-intelektualistką Miriel. W którymś momencie Miriel niespodziewanie zaczepia Gregora, a ten zaskoczony wykrzykuje „Porridge and pierogi!”

Nie mam pojęcia skąd wzięło się takie zestawienie, zapewne chodzi o aliterację. Z związku z tym proponuję chałupnicze tłumaczenie wykrzyknika jako: „Pierońskie pierogi!” 

Karmazynowy Dwór przybył do Najmroczniejszego Lochu

Chciałem tylko dać znać szanownym czytelnikom Jawnych Snów – a pisząc to czuję się trochę jak sztucznie uśmiechnięty i przesadnie ożywiony prezenter na scenie przed opustoszałą widownią – że właśnie ukazał się dodatek Crimson Court do gry Darkest Dungeon, jeden z pięciu oczekiwanych przeze mnie w tym roku tytułów.

Czytaj dalej →

Prywata: Kompendium Neo+Retro

Dziś pozwolę sobie na odrobinę prywaty. Otóż na Polak Potrafi wystartowała taka oto zbiórka, żeby wydać parę fajnych tekstów o grach na martwych drzewach, czyli w postaci książki. Tak jak to drzewiej bywało, doroczne kompendium podsumowujące minione dwanaście miesięcy w świecie elektronicznej rozrywki. Do tego szczypta publicystyki, trochę rysunków (będą Adler i Piątkowski!) i parę artykułów pobocznych o tym i owym. Za całość odpowiada Paweł Kazimierczak, czyli człowiek od dokumentu „Thank You For Playing” o starych magazynach growych. Czytaj dalej →

Kolekcja gier z Triennale

Wyobraźcie sobie, że nasi ulubieni i po wielokroć opisywani autorzy, tacy jak Auriea Harvey i Michaël Samyn z Tale of Tales czy Jake Elliott i Tamas Kemenczy z Cardboard Computer, zrobili nowe gry. A do tego jeszcze nieco mniej znani, jak Pol Clarissou czy Mario von Rickenbach, Christian Etter i Katie Rose Pipkin. I cały ten pakiet jest dostępny za darmo na AppStore i w Google Play. Byłoby fajnie?

TRIENNALE+GAME+COLLECTION

Czytaj dalej →

Powrót “Obra Dinna”

Lucas Pope, autor znakomitego i po wielokroć nagrodzonego “Papers, Please” (pierwsza wzmianka na Jawnych tutaj, moja recenzja tutaj), pracuje nad kolejnym tytułem. Rzecz jest zupełnie inna niż pierwsza gra Pope’a, ale już na tym wczesnym etapie zapowiada się intrygująco, dlatego też pozwalam sobie zwrócić na nią Waszą uwagę.

obradinntytulow

Czytaj dalej →