Archiwa autora: Bartłomiej Nagórski

O Bartłomiej Nagórski

Gracz od lat 80-tych. Poza graniem - dużo czyta. Potem pisze. Z reguły o grach.

Gratulacje dla Bloober Team!

W sierpniu zeszłego roku napisałem, że jest nadzieja po tym jak zobaczyłem zapowiedź gry “Observer” od krakowskiego studia Bloober Team. W poprzedzających miesiącach nie widziałem bowiem na polskim podwórku nic na tyle ciekawego, żeby nominować do Paszportów Polityki w kategorii Kultura Cyfrowa. Z kronikarskiego obowiązku dodam, że przegapiłem wtedy “Darkwood” (premiera w sierpniu) i “Get Even” (premiera w czerwcu). Mea culpa.

Okazuje się, że jeśli idzie o “Observera”, to intuicja mnie nie zawiodła. Zespół który stworzył grę nagrodzono Paszportem Polityki, a w imieniu grupy nagrodę odbierali Mateusz Lenart, Andrzej Mądrzak i Wojciech Piejko. Miło było siedzieć dwa rzędy dalej i widzieć jak chłopaki się cieszą gdy wyczytano ich nazwiska.

Zatem po pierwsze, wielkie gratulacje dla całej ekipy Bloobera. Moim zdaniem nagroda jest w pełni zasłużona. Przy wszystkich wadach “Observera” (bo ma, a jakże), jest to gra z pomysłem i scenariuszem, a także klimatem. Pozwolę sobie przekleić tu fragment mojego uzasadnienia: “Nominowany zarówno za fabułę, łączącą cyberpunkowe science-fiction z psychologicznym horrorem, jak za retro-futurystyczną estetykę z polskimi akcentami (krakowska kamienica z obowiązkowymi gołębiami czy stylizowany na Poloneza samochód głównego bohatera).

A po drugie, wielka prośba: nie spoczywajcie na laurach. Co prawda nikt nie może zostać nominowany po raz drugi (jeśli idzie o ścisłość: w tej samej kategorii, dlatego w kategorii literatura w tym roku pojawił się Pablo Pavo), ale zespoły tworzące gry bywają spore i niekoniecznie muszą reprezentować je za każdym razem te same osoby. Poza tym pamiętajcie, że Wojciech Smarzowski nakręcił “Różę” i “Wołyń”, zaś Andrzej Sapkowski napisał trylogię husycką już po tym jak zostali nagrodzeni Paszportami Polityki. Dlatego będę uważnie obserwował (pun intended) Wasze przyszłe dokonania. Trzymam kciuki!

Podsumowanie 2017

Parafrazując Sapkowskiego, 2017 to był dobry rok. Dla gier. Dla mnie akurat niekoniecznie – i na tym poprzestańmy. Nie będzie smutów, tylko parę słów o tym w co grałem w 2017-tym i co z tego mi się podobało. Od razu na wstępie zazmaczę, że poniższy tekst jest podsumowaniem growego roku z mojej perspektywy, siłą rzeczy ograniczonej. Jeśli chcecie przeczytać porządną analizę stanu i trendów branży elektronicznej rozrywki za 2017-ty, to najlepiej poszukać gdzieś indziej.

Początek roku był prosty i zgodny z oczekiwaniami: grałem na swoim nowym, mocnym laptopie, zakupionym właśnie w takim celu. Odświeżyłem sobie pierwszą część nowego X-COM-a oraz nadgryzłem część drugą, która jednak mnie nie porwała. Niby powinno zachwycać, a nie zachwyca. Odpaliłem też “Wolfenstein: The New Order”, ale szybko zrezygnowałem, gdyż mulił na moim sprzęcie. Cóż, kupienie nowoczesnego i teoretycznie mocnego komputera nie gwarantuje że wszystko pójdzie gładko. A potem laptop się popsuł i trafił do naprawy po raz pierwszy, dzieki czemu mogłem wrócić do rzeczy nieco starszych i mniej wymagających.

„Darkest Dungeon” – lęki w ciemnościach

W efekcie po raz kolejny spędziłem długie godziny w najmroczniejszym lochy (“Darkest Dungeon”) i dokończyłem rozgałęziającą się recenzję niezależnej gry “ᗢ”, która jest jedną z fajniejszych rzeczy jakie napisałem w 2017-tym. Zanim laptop do mnie wrócił, pograłem też trochę na komórce: fanom “Gone Home” i gier mówiącym o czymś więcej niż strzelanie do obcych polecam “A Normal Lost Phone”, tym którzy lubią visual novels i klimaty science-fiction – “Out There: Chronicles”, zaś absolutnie wszystkim serię “Kingdom Rush”, która może się nie podobać tylko ludziom mającym alergię na dobrą zabawę.

Wrócił laptop, zahaczyłem parę tytułów AAA, po czym usiadłem do od dawna wyczekiwanego “Rain World” i wsiąkłem po uszy. Uważam że to jedna z najciekawszych gier tego roku, która niestety nie zyskała większej popularności. Jeśli ktoś przegapił polecam moją recenzję na Polygamii i dodatkowe informacje tu na Jawnych Snach. Co prawda nie obędzie się bez ginięcia, zagubienia i pewnej frustracji – ale atmosfera świata, minimalistyczna fabuła i duma, gdy uda się przekraść przez niebezpieczne terytorium są tego warte.

Entuzjastycznie powitałem premierę „Rain World”.

Potem miałem zarówno laptopa jak i czas na granie. Dlatego zgodnie z moją życiową dewizą (“rozumuję logicznie, nie oznacza to jednak, że muszę działać konsekwentnie”) w połowie roku nabyłem Nintendo 3DS. Przyznam, że już po paru miesiącach zmęczyło mnie użeranie się z pecetowymi patchami, instalacjami, sterownikami i tym tam wszystkim. Konieczność postawienia wszystkiego od nowa po pierwszym padzie komputera nie pomagała. Nie mówiąc o incydentach w rodzaju zakupu “Fallout 3” na Steamie tylko po to żeby po zainstalowaniu go dowiedzieć się że nie działa pod Windows 10. A przecież kupiłem go przez klienta Steam uruchomionego pod tym właśnie system i podczas całego procesu nigdzie nie pojawiła się taka informacja. Kolejny kamyczek do steamowego ogródka.

Ponure, acz klimatyczne krajobrazy w „Castlevania: Mirror of Fate” (tu w wersji HD).

Dla odmiany wielkim plusem Nintendo 3DS jest to, że po prostu działa. Leży sobie na tej krawędzi biurka, która z racji bliskości łóżka pełni rolę nocnego stolika i wystarczy wziąć do ręki i włączyć, żeby najdalej po kilkunastu sekundach móc zanurzyć się w świecie gry. Zatem wieczorami i podczas okresów chorobowych (mniejsza o szczegóły) nadrabiałem zaległości z tej konsoli. Spośród wielu gier najbardziej do gustu przypadło mi “Fire Emblem: Awakening”, które pochłonęło mnie na długie dziesiątki godzin i o którym jeszcze kiedyś napiszę więcej, dlatego na razie powiem tylko, że nieprzypadkowo siedzi na szczycie każdej listy “Best of 3DS”. Zabawne, że ani sequel “Fire Emblem: Fates” w jego trzech wersjach, ani prequel/remake “Fire Emblem Echoes: Shadows of the Valencia” nie były w stanie przebić nader udanej kombinacji strategii, role-playing i hodowli rozpłodowej bohaterów która stanowi o wyjątkowości “Awakening”.

Poza klasykami w rodzaju Mario czy Zeldy, warto też zwrócić uwagę na przeurocze “Attack of Friday Monsters”, które stanowi 3DS-owy odpowiednik filmu Hayao Miyazakiego (toutes proportions gardées, rzecz jest krótka i prosta, ale nastrój i oprawa wizualna są przepiękne), a także dwa bliźniaczo podobne tytuły od Mercury Steam, “Castlevania: Mirror of Fate” i “Metroid: Samus Returns”. Na pozór zwykłe platformówki 2.5D, jednak niesamowicie trzymają klimat i są całkiem udane gameplayowo.

Rogaty boss w „Salt & Sanctuary”.

Przy okazji, skoro mowa o konsolach przenośnych, warto wspomnieć że swoje pięć minut w 2017-tym miała też Vita. Całkiem sporo czasu zeszło mi na “Salt & Sanctuary”, dwuwymiarowej wariacji w temacie “Dark Souls”, zaskakująco przy tym dobrej. Nie ma obowiązku grać na Vicie, ale świetnie tam pasuje. Podobnie “Alone with You”, prosta, ale chwytająca za serce przygodówka z przyjemną grafiką i interesującą fabułą, kojarzącą się ze staroszkolnymi lekturami science-fiction. Historia nękanej wyrzutami sumienia sztucznej inteligencji i wirtualnych rekreacji martwych ludzi – poleca się. W ogóle ten rok przyniósł sporo nowych gier na Vitę i mimo że jest to praktycznie martwa platforma, to jeszcze parę rzeczy da się na niej ograć. Fakt, że głównie produkcji niezależnych rodem z PC, ale po pierwsze – znakomitych, po drugie – całkiem dobrze sprawdzających się na konsoli przenośnej, a wreszcie po trzecie – można w nie grać kiedy drogi growy laptop popsuł się po raz drugi…

Ewisceracja w „Hellblade: Senua’s Sacrifice” (skomplikowany synonim swojskiego „wybebeszenia”).

Na jesieni kolega z branży podrzucił do sprawdzenia “Hellblade: Senua’s Sacrifice”, czym trafił w punkt. Zagrałem i już po pierwszych dwóch-trzech godzinach od razu kupiłem ją GOG, w pełnej cenie. Początek jest nieziemski, co prawda im dalej, tym bardziej wrażenie słabnie, a monotonia walki daje się we znaki, ale i tak jest to świetna rzecz i jedna z najlepszych gier tego roku. Znakomita recenzja Marzeny Falkowskiej wytłumaczy Wam dlaczego warto się zapoznać lepiej niż ja bym to kiedykolwiek zrobił. A potem dociążony “Senuą” laptop popsuł się po raz trzeci. Aż strach odpalić “Wiedźmina 3”…

W 2017-tym na calego dopadła mnie też mania retro. Zaczęła się niewinnie dwa lata temu od restauracji ZX Spectrum, potem nasiliła w 2016-tym dzięki zdobyciu Schneidera CPC 6128 i odkopaniu Game Boya, a w minionym roku osiągnęła apogeum. Cóż, tak się już dzieje panom w średnim wieku – powrót do czasów beztroskiego dzieciństwa, elementy zbieractwa, i tak dalej. Oczywiście pomaga, jeśli główny komputer się notorycznie pusje i człowiek zaczyna marzyć o starych, dobrych czasach kiedy się włączało i działało (co nie jest prawdą, ale gogle nostalgii skutecznie usuwają z pamięci edytowanie config.sys i autoexec.bat celem wyciśnięcia dodatkowych paru kilo pamięci EMS lub XMS).

Steampunkowo – lampa z żarówką Edisona i laptop z ekranem plazmowym.

Pierwszym krokiem było poszukiwanie komputera do gier dosowych, potem kupienie i użytkowanie jednego czy drugiego, potem przejście we wczesne laptopy i ich dziwaczne ekrany, w tym plazmowe, a później już poszło z górki. Żeby dać Wam pojęcie o skali manii: rozkręcałem i skręcałem trzydziestoparoletnie sprzęty w oparciu o skany wyblakłych instrukcji serwisowych, nauczyłem się lutować i zastosowałem tę umiejętność w praktyce, nagrywałem i podmieniałem chipy z BIOSem żeby obejść ich ograniczenia, doktoryzowałem z dysków twardych Conner i kart Compact Flash żeby skutecznie zastąpić jedne drugimi, porównywałem ekrany plazmowe różnych generacji, a jakoś po drodze przytrafiło się odrestaurowanie Game Boya (wymiana wyświetlacza, podświetlenie, bivert), zakup przerobionego Game Boya Advance (spersonalizowana obudowa, nowy ekran z AGS-101 w starej formie) i jeszcze parę innych ciekawostek, o których być może napiszę w przyszłości.

Jak malowany – krajobrazy w „Hellblade” są przepiękne.

Tak więc widać że gros mojej growej aktywności dotyczył czasów minionych i gier z ubiegłych lat. Najwięcej czasu spędziłem przy “Fire Emblem: Awakening” i “Kingdom Rush”, które dały mi mnóstwo frajdy. Z puli tytułów, które ukazały się w tym roku, pograłem w “Hellblade” (warto, acz z zastrzeżeniami), “Metroid: Samus Returns” (godna kontynuacja), “Crimson Court” (piekielnie trudny dodatek do “Darkest Dungeon), “Rain World” (również bardzo warto) i parę drobiazgów na komórce. Zdecydowanie nie jest to dosyć by móc sugerować najlepszą grę tego 2017-tego, bo też rok był nader obfity w premiery, a pośród nich znalazło się też kilka bardzo dobrych rzeczy, których jeszcze nie sprawdziłem. Co powiedziawszy, pozwolę sobie jednak zarekomendować “Rain World” i “Hellblade: Senua’s Sacrifice” wszystkim, którzy posiadają sprzęt na którym da się je uruchomić. Przy wszystkich ich wadach, są to perełki pod względem oryginalności i nastroju, dlatego warto dać sygnał ich twórcom że doceniamy ich pracę.

Co do mnie, to w nadchodzącym roku planuję zapaść w hibernację i nie kupować nowego sprzętu ani nowych gier, tylko ponadrabiać zaległości i trochę pobawić w retro. Być może napisać jeszcze jeden czy drugi artykuł, ale na pewno znacznie mniej niż ostatnimi laty. Pieniądz z tego zajęcia śmieszny, a pożera ono czas, którego ostatnio coraz bardziej brakuje. Z rzeczy ambitniejszych, chciałbym wreszcie wydać ebooka, o którym część z Was coś już słyszała. Zobaczymy, ile z tego uda się zrealizować. A na razie – spać. Obudźcie mnie jak zima się skończy.

Aaaa, ślimakotki dwa. Hibernujemy.

 

Powrót growego chłopca

Dawno, dawno temu marka Game Boy była synonimem konsoli przenośnej. Alternatywę stanowiły elektroniczne gierki z ekranami LCD na których dało się grać w wyłącznie jedną rzecz, składającą z kilku klatek animacji. Na tym tle Game Boy był naprawdę cudowną maszynką, oczywiście jak na swoje czasy i dostępne technologie. Zaś możliwość zabawy na ośmiobitowej konsoli z dala od gniazdka elektrycznego i telewizora stanowiła zapowiedź przyszłości, której nadejścia jeszcze wtedy nie podejrzewaliśmy.

Moje osobiste wspomnienia z udziałem Game Boya są trojakie. Pierwsze z nich to dziewczynka w białej sukience która nad jeziorem grała w “Bugs Bunny Crazy Castle”. Chyba się wtedy zakochałem, trudno powiedzieć czy bardziej w dziewczynce, czy w konsoli. Oczywiście jedno i drugie było dla mnie niedostępne: ja byłem jednym z tysiąca urwisów na zakładowych koloniach, ona przyjechała z rodzicami luksusowym samochodem i miała zagraniczne zabawki.

Drugie wspomnienie to wizyta u belgijskich czy francuskich znajomych, w której brałem bierny udział z racji nieznajomości języka. Żeby mały Bartuś nie zanudził się na śmierć, dostał komiksy i elektroniczną zabawkę, od której nie mógł się potem oderwać i z wypiekami przeplatał rundki “Tetrisa” pojedynkami wojowniczych żółwi ninja w “Teenage Mutant Ninja Turtles: Fall of the Foot Clan”. Niestety, zarówno konsolę, jak i komiksy trzeba było oddać pod koniec wizyty.

Po lewej – Legenda Zeldy tak jak wyglądała naprawdę. Po prawej – tak jak ją zapamiętaliśmy.

Trzecie to dziewczyna w pensjonacie w okolicach Babiej Góry, gdzie spędzaliśmy z rodziną ferie zimowe. Pamiętam, że miała krótkie włosy i grę „The Legend of Zelda: Link’s Awakening” w wersji niemieckiej. Ba, nawet pożyczyła mi sprzęt wraz z grą na jeden wieczór, co było bardzo miłe.

Aż wreszcie nadszedł czas na własnego Game Boya, który kilka lat później zawitał w casa di Nagórski. Rodzice sprezentowali go Jackowi, mojemu młodszemu bratu, żeby miał nade mną jakąś przewagę i argument w negocjacjach ze starszym rodzeństwem. Wyszło trochę krzywo: awantur i przepychanek o to czyja teraz kolej grać w Mario, Wario i zestaw “32 w jednym” było bez liku. Efektem ubocznym po latach jest czarny pas Jacka w karate i puchary z ogólnopolskich zawodów – mam wrażenie że rodzicom nie do końca o to chodziło.

Wracając do Game Boya po latach przeżywa się trochę szok. Same gry są w większości bardzo ośmiobitowe, to znaczy wizualnie uproszczone, a w warstwie rozgrywki jednocześnie nieskomplikowane i zarazem piekielnie trudne. Najlepsze tytuły, jak „The Legend of Zelda: Link’s Awakening”, “Contra: The Alien Wars”, “Tetris”, “Super Mario Land 2: 6 Golden Coins” i “Wario Land: Super Mario Land 3”, wyrywają się z okowów ograniczeń platformy i dołączają do grona retro klasyków wszechczasów. Większość gier bardzo się jednak postarzała.

To wszystko jednak nic w porównaniu z ekranem: niepodświetlony, zielonkawy LCD o fatalnym kontraście i smużący jak jasna cholera. Żeby cokolwiek na nim zobaczyć, trzeba ustawić Game Boya pod odpowiednim kątem w dobrze oświetlonym miejscu. Próba grania nawet w takich warunkach kończy się łzawiącymi oczyma – nie daję rady z taką uwagą wpatrywać się w rozmyte zielone kształty na zielonym tle. Cóż, słaby wzrok plus notoryczne przepracowanie plus zbyt wiele czasu spędzanego przed rozmaitymi monitorami.

Przez jakiś czas korzystałem z emulatorów Game Boya na PSP, najczęściej z MasterBoya (często polecany EmuMaster to jego chamska kopia). Ekran konsoli Sony ma zbliżone rozmiary, ale znacznie lepsze parametry – nic dziwnego, w końcu dzieli je ponad piętnaście lat rozwoju technologii. Niebagatelnym plusem jest też możliwość ustawienia dowolnych kolorów: ja osobiście preferowałem zbliżone do oryginału odcienie zielonego, ale wariantów jest znacznie więcej. Dla zainteresowanych: trzeba zmienić parametry w pliku palettes.ini na takie jak poniżej (źródło):

Palette RGB (214,216.68), RGB (158,175.56), RGB (102,135.44), RGB (47.95, 32)

Jeśli nie zadziała, to przypuszczalnie z powodu zapisania pliku z niewłaściwymi znakami końca linii. Najprościej wtedy podmienić wartości w tej z gotowych palet którą najmniej lubimy i z której najrzadziej korzystamy, a potem wybrać ją w menu emulatora.  

Przekrój Game Boya: elektronika i dusza.

Z czasem zatęskniłem jednak za trzymaną w rękach przyciężką bryłą klasycznego Game Boya. Każdy pasjonat retro powie Wam że granie na emulatorze to tylko namiastka zabawy prawdziwym sprzętem. Jest coś w tych plastikach i dizajnie z lat osiemdziesiątych, piskliwych głośniczkach, klikaniu mikrostyków – może dusza, jak twierdzą niektórzy, a może po prostu echo radości jaką dawały nam te zabawki w dzieciństwie. Tak czy owak, zachciało mi się uruchomić mojego starego Game Boya. Tylko co zrobić z tym nieszczęsnym ekranem?

Na szczęście w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat problem ten został rozwiązany. Po pierwsze, poprzez dołożenie do ekranu podświetlenia o dowolnej barwie, a po drugie, przez dodanie poprawiającego kontrast elementu który nazywa się bivert. Co zabawne, przy białym podświetleniu po przeróbce zmienia się kolor ekranu z charakterystycznego zielonkawego na odcienie niebieskiego – jest to spowodowane polaryzacją przechodzącego przez LCD światła. Jako że w dziedzinie praktycznej elektroniki nadal jestem bardzo początkujący, skorzystałem z usług Adriana Linde, allegrowy pseudonim 4drian_87, którego z tego miejsca gorąco polecam. Efekt jego pracy możecie zobaczyć poniżej, zapewniam jednak że na żywo i w ruchu wygląda to jeszcze lepiej.

Kolejną kwestią do rozwiązania jest sprawa oprogramowania. Kartridże na Allegro najczęściej są relatywnie tanie, niemniej skompletowanie najlepszych gier na Game Boya może summa summarum okazać się dość kosztowne, nie mówiąc o dostępności co rzadszych tytułów. Sposobem na to jest tak zwany flash cart, czyli kartridż na którym można zapisywać ściągnięte z internetu pliki z grami. Sęk w tym, że w przypadku Game Boya większość z nich jest albo bardzo droga (EverDrive GB), albo praktycznie nieosiągalna (El Cheapo, Drag’n’Derp), w dodatku niektóre wymagają strasznie dużo gimnastykowania się (konwertowanie plików do specjalnego formatu, oprogramowanie działające wyłącznie pod starszymi systemami operacyjnymi). Osobiście rekomendowałbym EverDrive GB w najtańszej wersji X3 i oddzielnie dokupienie gier które wymagają dostępu do zegara (RTC – Real Time Clock). Dla większości graczy będzie to tylko „Pokemon” i „Harvest Moon”. Jeśli zaś ktoś ma życzenie pobawić się niszowymi japońskimi tytułami, to wtedy będzie musiał zainwestować w dwukrotnie droższą wersję X7. Bardziej ekonomiczną, acz podwójnie wątpliwą etycznie alternatywą jest znalezienie na Allegro lub AliExpresie JackDIY – chińskiej podróbki, która pod względem funkcjonalności jest odpowiednikiem starszej wersji EverDrive GB. Nadal kosztuje sporo, ale jednak mniej niż oryginalny EverDrive, natomiast działa równie dobrze.

Tak uzbrojeni możemy udać się w sentymentalną podróż w czasie i odwiedzić ulubione gry z dawnych lat na oryginalnym sprzęcie, nieco tylko oszukując po drodze żeby było wygodniej. Może nie będzie to stuprocentowo autentyczne doznanie, ale z wiekiem człowiek jest w stanie zrezygnować z autentyczności na rzeczy wygody.

Galeria Snów: pierońskie pierogi!

Polski akcent w „Fire Emblem: Awakening” na Nintendo 3DS: sympatyczny najemnik Gregor nieśmiało romansuje z czarodziejką-intelektualistką Miriel. W którymś momencie Miriel niespodziewanie zaczepia Gregora, a ten zaskoczony wykrzykuje „Porridge and pierogi!”

Nie mam pojęcia skąd wzięło się takie zestawienie, zapewne chodzi o aliterację. Z związku z tym proponuję chałupnicze tłumaczenie wykrzyknika jako: „Pierońskie pierogi!” 

Gracze kontra wyświetlacze

Ostatnimi czasy fascynuje mnie kwestia ekranów na przestrzeni ostatnich kilku dekad. Dla komputerów stacjonarnych sprawa jest prosta: kiedyś monitory CRT, potem LCD. Ale w komputerach przenośnych pomiędzy tymi dwoma biegunami rozciąga się całe spektrum (nie mylić z ZX Spectrum) pomysłowych rozwiązań: ekrany elektroluminescencyjne, gazowo-plazmowe, LCD w tysiącu odmian (TN, TFT, STN, kolorowe, niebieskie i czarno-białe). Sporo czasu spędziłem w tym roku uprawiając komputerową archeologię, więc jako efekt uboczny tej dłubaniny pozwalam sobie podzielić się postem obrazkowym pokazującym ewolucję wyświetlaczy sprzętu mniej-lub-bardziej przenośnego.

Czytaj dalej →

Jest nadzieja

Jak niektórzy z Was wiedzą, w zeszłym roku byłem jedną z osób nominujących do Paszportów Polityki. Nie rozwodziłem się nad tym zanadto na łamach Jawnych Snów, bo po pierwsze, nie lubię się powtarzać, a w uzasadnieniach cytowanych w “Polityce” już wytłumaczyłem dlaczego SuperHot i This War of Mine, po drugie, znakomicie wyborów jury broniła Marzena Falkowska (a drugi dyskutant i tak nie dał się przekonać, co dość typowe) i wreszcie po trzecie, trochę mi głupio, że chyba jako jedyny wśród nominujących nie  wskazałem Bound (wstyd!). Usprawiedliwia mnie tylko to, że ciągle jeszcze nie mam PlayStation 4, a rewolucja VR w ogóle mnie nie interesuje, gdyż jedną taką już widziałem w latach dziewięćdziesiątych. Czytaj dalej →

IPSo facto 3DS

– […] rozumuję logicznie – powiedział B’oosa śmiejąc się. – Nie oznacza to jednak, że muszę działać konsekwentnie.

Powyższy cytat, jeden z moich ulubionych, pochodzi z powieści science-fiction “Nie ma ciemności” autorstwa Joe i Jacka Haldemanów. Znakomicie nadaje się na motto tej notki, w której przyznać się muszę do pewnej ekstrawagancji, zasadniczo stanowiącej  zaprzeczenie mojego podejścia do grania, jak również opinii które wyraziłem w felietonie na Polygamii.

Ale po kolei.

Czytaj dalej →

Co się niesie w CMSie?

Lato, mimo że chłodne i deszczowe, trwa w najlepsze, a na Jawnych znowu pusto, jak w nadmorskiej miejscowości gdy pogoda nie dopisuje. Lecz zaklinam, niech żywi nie tracą nadziei, bo za kulisami parę rzeczy nabiera literek i czeka na stosowny moment. Niektóre to okolicznościowe ogłoszenia, które planuję wrzucić, gdy już będzie wiadomo że coś się ukaże gdzieś indziej – okraszone jakąś anegdotkę która się nie zmieściła lub wypadła z druku. A jak się okaże, że się nie ukaże, to się wtedy wrzuci na Jawne całość, więc nie przepadnie.  Czytaj dalej →

Karmazynowy Dwór przybył do Najmroczniejszego Lochu

Chciałem tylko dać znać szanownym czytelnikom Jawnych Snów – a pisząc to czuję się trochę jak sztucznie uśmiechnięty i przesadnie ożywiony prezenter na scenie przed opustoszałą widownią – że właśnie ukazał się dodatek Crimson Court do gry Darkest Dungeon, jeden z pięciu oczekiwanych przeze mnie w tym roku tytułów.

Czytaj dalej →

Cyberpunk na bagnach Luizjany

Luizjana jest fascynującym miejscem, od lat pobudzającym wyobraźnię twórców. Nowy Orlean, voodoo, plantacje niewolników, kultura kreolska, bagniste rozlewiska (ang. bayou), wszystko to sklada się na malownicze tło wielu opowieści w rozmaitych mediach. W literaturze to między innymi cykl Jamesa Lee Burke’a o detektywie Robichaeux, niektóre powieści z nurtu Southern Gothic autorów takich jak Truman Capote czy William Faulkner, niedawno zekranizowany “Zniewolony” Solomona Northupa jak również wiele utworów Anne Rice, w tym bodaj najbardziej znany “Wywiad z Wampirem”. W kinie i telewizji Luizjanę widzieliśmy w ekranizacjach powyższych utworów, ale też w tak różnych filmach jak “Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” z Bradem Pittem, “Tramwaj zwany pożądaniem” z Marlonem Brando, “Nieuchwytny cel” z Jean-Claude van Dammem czy rewelacyjny serial “True Detective”, do którego jeszcze wrócimy.

Czytaj dalej →