Archiwum autora: Bartłomiej Nagórski

O Bartłomiej Nagórski

Gracz od lat 80-tych. Poza graniem - dużo czyta. Potem pisze. Z reguły o grach.

Smutna historia pewnego kota

Tak się jakoś złożyło, że od niedawna gram sobie w “Yo-kai Watch” na Nintendo 3DS. No co? Jako osoba zajmująca się grami wideo nie mogę zamykać się w getcie gier niezależnych oraz artystycznych, muszę znać też popularne serie i tytuły dla dzieci. Żartuję – tak naprawdę, to nawał obowiązków rodzicielskich plus listopadowa chandra powodują, że gram w rzeczy proste, pogodne i kolorowe, które w razie czego można bezproblemowo przerwać lub zapauzować. W ten sposób odkryłem “Yo-kai Watch” i spotkałem się z postacią kota Jibanyana, będącym poniekąd twarzą tej serii.

Jeśli idzie o ścisłość, to Jibanyan nie jest kotem, tylko tytułowym yōkai, czyli jednym z występujących w grze psotliwych duszków, zaczerpniętych z japońskiego folkloru. Wygląda jak rudo-białe kocię z dwoma ogonami, zakończonymi onibi, charakterystycznymi widmowymi ognikami o bladobłękitnym zabarwieniu, które często występują w ikongrafii Japonii. Takie istoty w tamtejszych wierzeniach nazywają się nekomata, czyli kotem o rozdwojonym ogonie lub też widłogoniastym kotem (znakomite tłumaczenie Agnieszki Szurek z książki “Yōkai” Michaela Dylana Fostera), i wcale nie są przyjazne ludziom. Nekomata w grach pojawiają się m.in. w serii “Shin Megami Tensei” (jako demon lub persona), a także tytułach takich jak “Nioh”, “Muramasa” i “Disgaea”.

Na przekór swoim legendarnym pierwowzorom Jibanyan jest wesołym stworzeniem, towarzyszącym głównemu bohaterowi lub bohaterce w ich przygodach i wprowadzającym do fabuły elementy komediowe. Jego jedyną słabością są ciężarówki, do których żywi ciężką urazę i z którymi próbuje walczyć jak Don Kichot z wiatrakami (zresztę podobnie jak on – bez specjalnych rezultatów). Kryje się za tym smutna historia: Jibanyan był bowiem kiedyś kociakiem imieniem Rudy i miał swoją panią, dziewczynkę Amy. Kiedy przechodził przez skrzyżowanie potrąciła go ciężarówka, zabijając na miejscu. Jego duszek pozostał w tym miejscu jako yōkai, nawiedzając skrzyżowanie i stawiając czoła znienawidzonym dostawczakom. W pierwszej części “Yo-kai Watch” na 3DS Jibanyan prosi gracza o pomoc w odzyskaniu zdjęcia Amy, swojej niegdysiejszej właścicielki, które zabrały mu inne yōkai. Przykre, prawda?

Trzymajcie się, bo to jeszcze nie koniec.

Otóż w wywiadzie z 2015 roku Akihiro Hino, twórca serii “Yo-kai Watch” i prezes firmy Level-5, zdradził że postać Jibanyana i jego historia są oparte na prawdziwych wydarzeniach. Pewnego razu, gdy wracał do domu, zobaczył przy drodze porzuconego kociaka. “W pierwszej chwili przeszedłem koło niego, bo myślałem że pewnie nie będę mógł go zatrzymać, ale był taki uroczy, że pomyślałem – muszę to zrobić!” – powiedział Hino. “Wróciłem parę minut później, jednak w międzyczasie kociak został już potrącony przez samochód.” Nie trzeba chyba dodawać, że nie było co zbierać.

Tak oto smutne wspomnienie stało się inspiracją do stworzenia wesołego kociego duszka, który został symbolem growej serii popularnej na całym świecie. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że być może Jibanyan tak przypadł do serca dzieciom i dorosłym właśnie dzięki stojącej za nim wzruszającej historii, opartej na prawdziwych wydarzeniach i rezonującej z każdym właścicielem kota czy psa. W każdym razie, gdy po raz kolejny zobaczycie charakterystyczną uśmiechnietą mordkę Jibanyana, przypomnijcie sobie rozjechanego kociaka, którego przez swoje wahanie nie zdążył uratować Akihiro Hino. Kto wie, może kiedyś sami staniecie wobec podobnego dylematu? Pamiętajcie wtedy, że czas ma znaczenie, a wasza decyzja jest w stanie odmienić los zagubionego zwierzęcia.

Wczesne podsumowanie roku

Jak to mawiają, “lepiej wcześnie niż wcale”, czy jakoś tak. Od niedawna mam bowiem zupełnie nowy zestaw obowiązków na głowie, przez co granie zejdzie na (jeszcze) dalszy plan. Dlatego zanim do reszty zniknę z internetów w ogólności i Jawnych Snów w szczególności, chciałem podtrzymać naszą małą świecką tradycję i podsumować na tych łamach mój growy rok 2018.

Czytaj dalej →

Wiktor Antonow – KONTRwywiad

Wiktor Antonow powiedział kiedyś, że stworzenie miasta jest przywilejem zarezerwowanym dla dyktatorów, królów i władców, w dzisiejszych czasach bowiem nikt nie może zaprojektować miast od zera – jedynym wyjątkiem są gry wideo oraz animacje. Wie o czym mówi: w ciągu ostatnich dwudziestu lat spędzonych w branży rozrywkowej pełnił między innymi role projektanta wzornictwa przemysłowego, artysty koncepcyjnego, dyrektora artystycznego i konsultanta kreatywnego. Jednak jego znakiem rozpoznawczym stały się stworzone przezeń wirtualne miasta City 17 (“Half-Life 2”, 2004) oraz Dunwall (“Dishonored”, 2012), dystopijne metropolie które zwiedziły miliony graczy na całym świecie. We wrześniu Antonow był gościem konferencji Digital Cultures w Warszawie, a po prelekcji dzięki pośrednictwu Pawła Schreibera miałem okazję przeprowadzić z nim wywiad dla „Dwutygodnika”. Czytaj dalej →

Tandon AT – historia obrazkowa

Zaczęło się od tego, że szukałem monitora do starego peceta z kartą Hercules, któego składałem w wolnym czasie. Przeglądając pewną dużą platformę aukcyjną znalazłem to co poniżej: 

Hej, to nie jest monitor, to jest komputer all-in-one z czasów zanim było to modne! Marka Tandon swego czasu była rozpoznawalna, amerykańska firma założona przez elektronika z Indii. O tym akurat modelu internet milczy, ale nie mogłem przepuścić takiej okazji.

Klik-klik, kup teraz. 

Czytaj dalej →

Avatar Days

Poniżej przypominam uroczy drobiazg sprzed lat: krótkometrażowy film paradokumentalny o irlandzkich graczach w “World of Warcraft”. Wiele lat temu pisałem o nim na łamach Polygamii, ale jakoś nigdy nie podzieliłem się nim na Jawnych Snach, a mam wrażenie że tej konkretnej publice może się on spodobać nawet bardziej.

Nie znajdziecie w nim co prawda wiele informacji o samej grze, ale za to “Avatar Days” kreśli urokliwy portret graczy poza ich wirtualnym habitatem, z drobnym twistem w postaci zastąpienia ludzi stosownymi awatarami z krainy Azeroth. Baśniowe sylwetki na tle szarej, deszczowej Irlandii i codziennych miejsc pracy (już to placu budowy, już to kolejnego równie szarego biura) jeszcze bardziej podkreślają ich status przybyszy z innego świata.

Lubię “Avatar Days” za kilka rzeczy: za to że nie traktuje swoich bohaterów jak kompletnych dziwaków, za lekko melancholijny nastrój, za ten kapitalny moment na końcu filmu, kiedy spod awatarów wyglądają faktyczni ludzie i uśmiechają się do swoich odbić w lustrze. Tak, spędzamy dużo czasu w wirtualnym świecie. Nie, to nie znaczy że jesteśmy nienormalni.

Był taki czas, że nosiłem “Avatar Days” na swoim PSP żeby okazjonalnie przypomnieć sobie, że nie tylko ja czasami czuję się w naszej rzeczywistości jak gość z drugiej strony ekranu. Potem mi przeszło. A dziś, gdy linia demarkacyjna między wirtualnym a realnym jest znacznie bardziej rozmyta niż w 2010 roku, widzę w tym filmie przede wszystkim świadectwo tego, jak bardzo ta stosunkowo niedawna przeszłość różni się od teraźniejszości w której przyszło nam żyć zaledwie parę lat później.

Referral Fun #2

Poprzedni referral fun pojawił się na Jawnych Snach strasznie dawno temu (pięć lat temu! rety!), a w międzyczasie przybywali tu ludzie, boty i inne formy życia z najdziwniejszymi problemami. Ich zapytania podzieliliśmy na kategorie: growe ogólne i soulsowe w szczególności, kulturoznawcze, przyrodnicze, sennik egipski, oraz porady zercowe tudzież zeksalne (“głos ma kolega kierownik”). Prosimy o wyrozumiałość – niektóre z nich są bardzo głupie, niektóre w poprzek zasad pisowni i zdrowego rozsądku, a niektóre… no cóż, nie do końca akceptowalne społecznie. Zostaliście ostrzeżeni.

Czytaj dalej →

Co tam panie w Luizjanie?

Czyli parę słów o tym co się dzieje z “Norco: Faraway Lights”, ciekawie się zapowiadającym tytule o którym pisałem na łamach Jawnych Snów ponad rok temu. Jako że ostatnia informacja na stronie gry pochodziła z maja 2017, napisałem do jej autora, Yutsie, z pytaniem jak postępują prace. Bardzo się ucieszyłem, gdy dostałem życzliwą odpowiedź zawierającą parę ciekawostek zza kulis. Tak więc to co przeczytacie poniżej nie pochodzi z innych stron internetowych, ale bezpośrednio ze źródła.

Czytaj dalej →

Nie idźcie do kina na “Ready Player One”…

…szkoda Waszego czasu i pieniędzy. Obejrzycie go kiedyś w telewizji u teściów podczas świąt albo w cinéma torrent. Zamiast tego odpalcie YouTube’a i włączcie teledysk “Art3mis & Parzival” autorstwa muzyka (muzyków?) ukrywającego (-cych?) się pod kryptonimem Gunship

Ten klip jest sto razy bardziej w klimacie “Ready Player One” (książka) niż “Ready Player One” (film). Geekowo-growe nawiązania, retro stylistyka, przyjemna opowieść, wszystko podane w pikselartowym sosie i z niezłą muzyką, która momentalnie wskoczyła na moją playlistę New Retro Wave. Poleca się. Nie uzupełniająco. Zamiast.

Nieoczywisty urok CeGły

Karta CGA (Color Graphics Adapter), w Polsce pieszczotliwie zwana “Cegłą”, została wprowadzona na rynek przez IBM w 1981 roku. Była pierwszą prawdziwą kartą graficzną w komputerach IBM PC. Jej poprzedniczka MDA (Monochrome Display Adapter) wyświetlała wyłącznie obraz monochromatyczny w trybie tekstowym. Natomiast CGA generowała obraz w kolorze i w trybie graficznym, to znaczy takim, który pozwala adresować pojedyncze piksele na ekranie.

Oryginalna CGA była ośmiobitową kartą ISA (standard wprowadzony przez firmę IBM), zbudowaną w oparciu o kontroler wideo MC6845 firmy Motorola. Na pokładzie znajdowało się zaledwie szesnaście kilobajtow pamięci RAM. Przyczyną była wysoka cena tych układów, jednak poważnie ograniczało to możliwości generowanej grafiki. Cała konstrukcja CGA była kompromisem między kosztem produkcji, kwestią kompatybilności z poprzednimi sprzętami IBM (jak na przykład monitory monochromatyczne przystosowane do kart MDA) oraz potrzebami użytkowników biznesowych – możliwości graficzne były na szarym końcu tej listy. Czytaj dalej →

Fedrujemy: Pożegnanie z Boletarią

O 09:00 UTC 28 lutego firma From Software oficjalnie wyłączyła serwery gry sieciowej „Demon’s Souls”. Oznacza to ostateczny koniec wspólnego wojowania z innymi graczami. Nigdy więcej nie najedzie nas złowrogi Czarny Fantom, ani nie wspomoże przyjazny Błękitny Fantom. Starcie ze Starym Mnichem będzie zawsze wyglądało tak samo, bez niespodzianek w rodzaju innej broni czy stylu walki. Nie zobaczymy już płonących na ziemi run, niosących słowa otuchy lub ostrzegających przed niebezpieczeństwem. Mgliste sylwetki i pulsujące plamy krwi znikną ze świątyni Nexus i z nawiedzonych krain. Tak oto kończy się trwająca osiem lat koniunkcja sfer, a ponura Boletaria staje się jeszcze bardziej nieprzyjazna. 

Z tej okazji pozwalam sobie na uczcić koniec epoki „Demon’s Souls” przypominając mój tekst z 2012 roku, który w międzyczasie wyparował z internetu.

Umbasa.

Czytaj dalej →