Archiwum kategorii: Bartkowe lata growe

Moje podsumowanie growego roku 2022

Co to był za rok! I to tyle jeśli idzie o mój komentarz wydarzeń bieżących. Wszyscy wiemy co się działo, co się dzieje, a co będzie się działo w kolejnym – możemy podejrzewać i też nie zapowiada się za ciekawie. Porozmawiajmy zatem o grach.

W 2022 wykroiłem na granie zaskakująco dużo czasu, w znacznej mierze dzięki Switchowi. Zgodnie z postanowieniami zeszło- lub zaprzeszłoroczonymi (nie pamiętam), starałem się skoncentrować na jednej rzeczy naraz, grać w ciągu i domknąć zanim życie zdąży mnie odciągnąć. Podziałało i są efekty, o czym poniżej.

W styczniu i lutym bawiłem się na Vicie japońskim RPGiem Trails in the Sky: First Chapter. W internecie fani tej gry reklamują ją tym, że seria Trails… ma wiele tytułów, które ukazują większe wydarzenia i przemiany w świecie przedstawionym z perspektywy różnych postaci, a całość historii to odpowiednik kilku książek. Podobno fabuła rozkręca się pod koniec pierwszej części, od której zacząłem. Niestety po jakiś trzydziestu godzinach odpadłem. Trails in the Sky to sympatyczny tytuł, ale nie wciągnął mnie aż tak, żeby zainwestować kolejne trzydzieści w nadziei na to, że jak już wreszcie seria ruszy z kopyta, to ho-ho, oderwać się nie będzie można. Następna proszę!

Na ogół jest bardziej kolorowo, tu akurat wioska tonąca w deszczu i błocie.

Marzec i kwiecień to Triangle Strategy na Switchu, gra, która dla odmiany kupiła mnie od samego początku kombinacją ślicznej grafiki, wciągającej opowieści i znakomitej strategii turowej. Od czasu Tactics Ogre: Let Us Cling Together pokochałem ten gatunek, a Triangle Strategy wbrew głupiemu tytułowi okazało się godnym następcą. Są w niej trzy frakcje i trzy zasadnicze filozofie które owe reprezentują, fabuła gry ma sens i pozwala graczowi podejmować decyzje od których zależy jak potoczy się dalej. Wybory nie są czarno-białe, albo Matka Teresa z Kalkuty, albo Charles Manson, tylko tak jak w życiu stanowią kompromis między różnymi nieoptymalnymi opcjami. Wierność zasadom czy pragmatyczne ugięcie karku, bo za wierność trzeba będzie srogo zapłacić i możemy tego nie przeżyć? Nakarmić wszystkich głodnych w mieście resztkami, żeby było humanitarnie, czy do syta wyczerpane batalią wojsko, żeby miało siłę bronić ludzi? Ruszymy bronić uciśnionych, wystawiając stolicę na uderzenie wroga, czy zignorujemy masakrę grupy etnicznej by zapewnić jej bezpieczeństwo? Kołdra jest zawsze za krótka, zaś chcieć a móc to dwie różne sprawy, jak mawia moja teściowa. Konsekwencje nie zawsze bywają łatwe do przewidzenia, czasami ryzyko się opłaci, a czasami z pozoru najrozsądniejsza opcja okaże się jednak być najgorszą. Każdy wybór ustawia nas po stronie którejś filozofii, co powoduje, że inny typ ludzi zgłasza się do naszej armii – niektórzy zaś ją opuszczają, bo nie po drodze im z naszymi poglądami. 

Niestety ugrzązłem na samym końcu, bo w skutek wcześniejszych decyzji musiałem stoczyć najtrudniejszy możliwy wariant finalnej bitwy, a miałem zbyt małe umiejętności lub za słabych bohaterów by temu podołać. Po kilku przegranych razach poddałem się. Tak czy owak, gorąco polecam Triangle Strategy na Switchu. Stylowa oprawa graficzna – prześliczne trójwymiarowe dioramki totalnie mnie urzekły, nawet jeśli czasem system trochę ścina rozdzielczość by podołać wyświetlaniu. Historia fikcyjna, ale w stylu “Gry o Tron”, poruszająca kwestie religii i dyskryminacji. Naprawdę warto. W międzyczasie gra zawitała też na PC, ale z paskudnym DRMem w postaci Denuvo, więc nie zachęcam do tej akurat wersji. Chyba, że ją “oddenuwojecie” jakimś magicznym sposobem, mrug-mrug

Przyszłość w Citizen Sleeper ma posmak azjatycko-bladerunnerowy.

W maju po raz pierwszy przeszedłem Citizen Sleeper, wspaniałą opowieść o byciu nikim w cyberpunkowym turbokapitaliźmie i poszukiwaniu swojego miejsca, nałożoną na mechanikę gry planszowej (rzucanie kostkami). Twórcą gry jest Damian Martin, autor całkiem niezłego In Other Waters, zaś klimatyczne ilustracje stworzył francuski grafik komiksowy Guillaume Singelin. Jego komiks “PTSD” można kupić tutaj, a rysunki podziwiać m.in. tutaj. W Citizen Sleeper pobrzmiewają echa doświadczeń Damian ze śmieciowych prac których musiał się imać dorywczo, wydestylowane w nienachalną krytykę kapitalizmu. Mnie osobiście bardzo spodobało się to, że nie oglądamy dalekiej przyszłości z perspektywy bohatera galaktyki ocalającego ją przed kosmicznymi najeźdzami czy najtwardszego twardziela w mieście, co to nawet Adama Smashera zdepcze swoją cybernetyczną piętą, tylko prekariatu złożonego z ludzi i nie tylko, którzy na miarę swoich skromnych możliwości starają się przeżyć i być może odrobinę poprawić swój los. W Citizen Sleeper nie będziemy decydować czy zbawić świat, czy sprzymierzyć z ostatecznym złem. Możemy natomiast wybrać gdzie i dla kogo dziś pracować, co zjeść i ewentualnie raz na jakiś czas komu pomóc w jego tarapatach. Bardzo życiowe doświadczenie. Zaciekawionych szczegółami odsyłam do recenzji Tomasza Pstrągowskiego, który opisał Citizen Sleeper znacznie lepiej niż niżej podpisany. Z powtórnym przejściem gry czekam aż Martin dokończy ostatnią część darmowego DLC, w trzech odcinkach rozszerzającego fabułę i świat przedstawiony. Do nabycia na GOGu.

Pod koniec czerwca ukończyłem Hades, tym razem naprawdę. W podsumowaniu 2021 wspomniałem bowiem, że udało mi się ubić tytułowego bossa ze trzy razy – ale to jeszcze nie był oficjalny koniec. Ten następuje bowiem później, a poznać go można po napisach i muzyce. Oczywiście nie oznacza to całkowitego końca przygody z grą: postgame jest w Hadesie naprawdę rozbudowany i nie raz wracałem potłuc sobie potworki w greckich zaświatach, zmierzyć z jakimś wyzwaniem czy wykonać dodatkowe zadanie. Hades to piękna wizualnie, klimatyczna, dopracowana w najmniejszym szczególe klatka Skinnera, jako ktoś, kto w niej ugrzązł, rekomenduję ją absolutnie wszystkim. Szalenie ucieszyła mnie wiadomość, że będzie kontynuacja – tu pierwszy zwiastun Hades II

Główni bohaterowie Xenoblade Chronicles 3, na pozór totalna JRPGowa klisza: emo-chłopiec i dziewczyna-kotek.

We wrześniu z kolei skończyłem Xenoblade Chronicles 3, olbrzymi i epicki JRPG, na którego wcale nie czekałem, ba, nawet nie ograłem poprzedniej jego części. Pierwsze Xenoblade Chronicles nęciło mnie od wielu lat, swego czasu nawet rozważałem granie w wersję z Wii ze zmodowanymi teksturami, ale gdy zobaczyłem pierwsze skrinszoty z Definitive Edition na Switcha od razu się zakochałem. Grę kupiłem, przeszedłem, nie była bez wad, ale miała oryginalny świat przedstawiony, wysmakowane wizualia, sympatycznych bohaterów i całkiem niezłą historię, która dopiero na końcu puszcza się nieco poręczy. Chciałem potem przejść i drugą część, nie dałem jednak rady, JRPGowe klisze i długaśne przerywniki filmowe spowodowały, że po dwakroć odbiłem się od prób wciągnięcia w nią. Na trzecie Xenoblade Chronicles zatem w ogóle nie czekałem, obejrzałem z rozpędu jakiś trailer, niemniej bez ekscytacji. Kiedy nastał czas premiery (a nawet chwilę przed tym czasem, mrug-mrug) zagrałem ot tak, żeby spróbować i nie mogłem się oderwać. Po ponad stu godzinach dotarłem do końca. Opowieść ma górki i dołki, rozgrywka miewa dłużyzny, niektóre postacie czy sytuacje są w ogóle od czapy, znajdzie się trochę klisz i krindżu, ze świata przedstawionego i antagonistów można by wyciągnąć więcej – lecz ogólnie spodobała mi się. Powtarzającym się w nim motywem jest próba znalezienia celu dla życia, które zostało nam narzucone i nie potrwa długo, ogólny nastrój jest raczej melancholijny, jedna czy druga scena potrafi autentycznie wzruszyć. Grafika jest prześliczna, ale wyciska ze Switcha siódme poty i widać, że ograniczenia sprzętowe nie pozwalają jej w pełni rozwinąć skrzydeł. Chwilowe obniżanie rozdzielczości i liczby klatek na sekundę zdarzają się bardzo często. Znajomość dwóch poprzednich części może nieco pogłębić doświadczenie, jednak nie jest obowiązkowa. Jako całość Xenoblade Chonicles jest znakomita i zachęcam by się z nią zapoznać, szczególnie że pod względem fabularnym reprezentuje znacznie wyższy poziom niż zdecydowana większość JRPGów.

„Cóż czytasz, mości książę? – Słowa, słowa, słowa…”

Parę(naście?) dni później dla odmiany ukończyłem Roadwarden, do którego zachęciła mnie entuzjastyczna recenzja na Eurogamerze. Z przykrością stwierdzam, że większość branżowych stron i magazynów totalnie ją przegapiła – wielka szkoda, bo mamy tu do czynienia nie tylko ze świetną grą, ale na dodatek zrobioną przez polskiego twórcę, ukrywającego się pod pseudonimem Aureus. Mechanicznie jest to utrzymana w klimatach fantasy tekstowa przygodówka wielokrotnego wyboru, podobna do książeczek “Choose Your Own Adventure”, wzbogacona stylowym piksel artem. Tytułowy “stróż drogi” to ktoś w rodzaju wiedźmina, tylko z mniejszym naciskiem na mordowanie potworów, a większym na rozwiązywanie problemów nękających pewien obszar, w tym dotyczących lokalnych skupisk ludzkich, transportu dóbr czy przepływu informacji. Największą zaletę Rodwarden stanowi kapitalna anglojęzyczna proza, dzięki której świat gry wydaje się być realnym miejscem, a napotkane postaci prawdziwymi ludźmi. Atmosfera mieści się gdzieś pomiędzy serialowym Robin Hoodem, tym z muzyką zespołu Clannad, “Drogą z której się nie wraca” Sapkowskiego czy pierwszymi opowiadaniami Roberta M. Wegnera. W pierwszym odruchu potraktowałem Roadwarden jako “palate cleanser” pomiędzy dwoma JRPGami, wiecie, jak marynowany imbir na przegryzkę pomiędzy porcjami sushi, ale okazało się, że to nadspodziewanie inteligentna gra, warta zauważenia i docenienia. Jeśli tylko lubicie klimaty fantasy, wczuwanie się w rolę i (znowu!) podejmowanie nieoczywistych wyborów – kupcie Roadwarden na GOGu lub itch.io i dajcie się ponieść narracji. 

Gry Vanillaware to zawsze uczta dla oczu.

W październiku grałem w 13 Sentinels: Aegis Rim i dotarłem do końca równo ostatniego dnia miesiąca. Przymierzałem się do niej już od paru lat, początkowo na PS4, ale gdy tylko dowiedziałem się, że ukaże się port na Switcha, od razu mentalnie przestawiłem się na tę platformę. Różnice między oboma wersjami są kosmetyczne, a możliwość grania także nie przy dużym (czy jakimkolwiek) ekranie bardzo się przydaje przy tym akurat tytule. Czemu? Bo pod względem rozgrywki jest to w zasadzie visual novel przeplatana segmentami RTS-owymi, na dodatek zaś pięknie się prezentuje na wyświetlaczu OLED Switcha. W odróżnieniu od poprzednich gier, tu nie podejmujemy decyzji (w końcu JRPG), tylko śledzimy wielowątkową fabułę z punktu widzenia różnych protagonistów. Fabuła rozciąga się od Japonii z czasów II Wojny Światowej aż po daleką przyszłość, jednak znaczna jej część dzieje się w latach osiemdziesiątych. I czego w niej nie ma! Wielkie roboty, małe roboty, filmy VHS, idolki, wojowanie z kaiju, które odpieramy w etapach RTS, podróże w czasie, UFO, służby tajne, jawne i dwupłciowe, gadające koty (no dobrze, jeden kot), niebezpieczne cyborgi, japońskie gangi młodocianych, zabójca z amnezją i mnóstwo innych motywów, których nie wymienię, żeby uniknąć spoilerów. Brzmi jak popkulturowa sieczka, ale wbrew pozorom z tych wszystkich puzzli z czasem zaczyna wyłaniać się szerszy obraz. Po przejściu gry i odkryciu znacznej liczby sekretów mogę zapewnić wątpiących, że historia ma sens i jest zaskakująco spójna. Natomiast wodzi gracza na rozmaite manowce, zanim odsłoni powiązania między pozornie się wykluczającymi fragmentami. Moment w którym wszystkie wątki zaczynają się splatać i zbliża się wielki finał jest po prostu niesamowity. 13 Sentinels: Aegis Rim to rewelacyjna pozycja, sprawiła mi mnóstwo frajdy, zarezonowała emocjonalnie i dodaję ją do listy moich gier wszechczasów. Jeśli nawet macie wstręt do JRPG-ów, postarajcie się go przezwyciężyć, a nie pożałujecie.

Stylistyka neoretro i filtr symulujący monitor CRT.

Listopad natomiast upłynął mi pod znakiem Signalis, stworzonej przez dwójkę autorów (Yuri Stern i Barbara Wittmann) gry niezależnej, która zafundowała mi niejeden mindfuck niejedną niespodziankę. Ponura, smutna i niekiedy mocno dziwaczna opowieść o miłości i utracie spleciona z mechaniką survival horrorów z minionych lat. Signalis nie ukrywa swoich inspiracji, wprost przeciwnie, dumnie nosi je na pagonach: Silent Hill, szczególnie druga część, Philip K. Dick, Parasite Eve, NieR, Robert W.Chambers (motywy lovecraftiańskie), David Lynch, Metal Gear Solid i wiele, wiele innych. Grafika mieści się gdzieś pomiedzy PS1 i PS2, ale jest to zabieg celowy, wskazujący na retro korzenie, a twórcy wyciskają z tej estetyki naprawdę dużo. Fabuła lawiruje, celowo myli gracza, postrzegana przez bohaterów rzeczywistość się mocno rozjeżdża, dużo informacji trzeba składać ze strzępów. Udźwiękowienie jest rewelacyjne, doboru muzyki i przyspieszających tętno odgłosów nie powstydziłby się Akira Yamaoka, z klasyków odnajdziemy tu motywy z Szopena i Czajkowskiego. Na początku grudnia osiągnąłem jedno z trzech zakończeń, raczej niewesołe. Nie piszę więcej, bo mam nadzieję, że jeszcze uda mi się gdzieś zrecenzować Signalis, nie chciałbym więc wystrzelać wszystkich pocisków. Jest to wszakże kolejna bardzo dobra gra w tym zestawieniu, polecam.

I tak oto dobrnęliśmy do końca 2022-ego. 

To chyba nie jest zaproszenie do Hogwartu…

Poza wyżej wymienionymi grami, bawiłem się też trochę World of Horror, które w międzyczasie otrzymało kolejną wersję i możliwe, że wreszcie oficjalnie zostanie wydane w tym roku. Pograłem w Gardens Between, jest to przyjemna rzecz, ale z jakiegoś powodu nie skończyłem. Sprawdziłem Tokyo Mirage Sessions FE Encore na Switchu, jednak nie zachwyciło. O dziwo, szalenie rozczarowała mnie Persona 5 Royal w wersji na tę konsolę. Teoretycznie powinna mi dać impuls żeby wreszcie rozpocząć z dawna zaległą grę na mojej ulubionej ostatnimi czasy platformie. W praktyce natomiast okazało się, że port obniża walory estetyczne Persony 5 do tego stopnia, że szkoda mi przechodzić ją akurat na “Pstryczku”. Rozdzielczości 810p w trybie konsolowym i 540p w przenośnym, rozmazane tekstury, brak jakiegokolwiek antyaliasingu, gorsze efekty specjalne i cienie. Jest to tym bardziej rozczarowujące, że pierwsza wersja gry ukazała się dawno temu na PlayStation 3 i wyglądała tam naprawdę nieźle w 720p. Co jak co, ale wysmakowana oprawa graficzna jest istotnym składnikiem uroku Persona 5 Royal – a wersja na Switcha rażąco odstaje od wszystkich pozostałych. Osobiście odradzam.

Jeśli idzie o kwestie okołogrowe, to w lipcu ukazał się trzeci numer magazynu Retro, gdzie dostarczyłem wprawdzie tylko jeden tekst, ale za to całkiem niezły. Można go przeczytać tutaj. Nawiasem mówiąc, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to w pierwszym kwartale 2023 powinien wyjść numer czwarty. Oczywiście dam wtedy znać i pochwalę się co do niego napisałem. 

W ciągu roku trochę czasu poświęciłem aktywnościom retro, obejmującym między innymi monitory i telewizory CRT, upgrade ekranu PSP, który poszedł źle, trochę emulacji, przegląd i naprawę posiadanych przeze mnie Amig (tak, liczba mnoga) oraz paru innych drobiazgów. Wpadłem też w króliczą norę: totalnie pochłonęły mnie przepiękne pikselartowe grafiki z japońskich komputerów PC-98, którymi możliwe, że niedługo się gdzieś podzielę.

Na fali World of Horror skusiłem się na komiks “Uzumaki” (“Spirala”) autorstwa Junjiego Ito, znakomita rzecz, ale dla mnie chyba ciut za mocna. Przeczytałem, szanuję, natomiast nie zamierzam doń wracać w dającej się przewidzieć przyszłości, a i zapoznanie się z pozostałymi utworami autora odłożyłem na razie ad acta.

Trzy najlepsze animacje produkcji Netflix to dla mnie ex aequo „Love, Death, Robots”, „Castlevania” i „Cyberpunk Edgerunners”.

Trochę losowo obejrzałem na Netfliksie animowany serial „Cyberpunk 2077: Edgerunners”. Spodziewałem się typowego tie-inu, czegoś co stanowi wyłącznie pretekst do wyciśnięcia dodatkowych paru groszy z fanów gry (nie jestem, nie posiadam). Tymczasem poza kapitalną animacją dostałem w twarz nieomal grecką tragedią i love story, które ruszyło mnie jak mało co w tym roku. Bardzo chciałbym kiedyś porozmawiać z Bartoszem Sztyborem na temat scenariusza i procesu jego powstawania. Może ktoś z Was mógłby mnie przedstawić?

Przy okazji Cyberpunka 2077 chcę się poskarżyć na to co wyprawia ostatnimi czasy serwis GOG. Jeśli czytaliście moje teksty na Jawnych Snach i nie tylko, wiecie że od wielu lat była to moja preferowana platforma jeśli idzie o zakupy gier, szczególnie w opozycji do Steama. Cóż, niedawne działania GOG poważnie nadszarpnęły moje zaufanie do nich. To, że z podejścia “to są wasze gry DRM, możecie się nimi podzielić np. z bratem” niespostrzeżenie przeszli na “jak uruchamiasz grę na drugim komputerze w domu, musisz kupić ją dwa razy” jest przykre. Pozwalanie na wprowadzanie do katalogu gier z tą czy inną formą DRM – również. Blokowanie treści w grach CDPR tak, by wymusić uruchomienie ich w trybie online poprzez GOG Connect (np. Rewards DLC w Cyberpunk 2077) – także. Jednak to, że GOG pozwala sobie zmieniać rzeczy w grach, które mamy w bibliotece bez poinformowania klienta i bez możliwości np. ściągnięcia poprzedniej wersj, to już w mojej optyce grubszy delikt. Jedną z głównych wad cyfrowych zakupów uważam ryzyko ingerencji w ich treść po zakupie tudzież jednostronne anulowanie tegoż zakupu i wycofanie licencji. Zdarzyło się to między innymi Amazonowi, zdarzało i Steamowi. Do tego “zacnego” grona dołączył też GOG, czego najnowszym przykładem jest spięcie Wolfenstein 3D i Spear of Destiny w jeden pakiet. Dotyczy to również osób, które kiedyś kupiły oba tytuły oddzielnie. A że przy łączeniu zgubiły się gdzieś mody do Spear of Destiny, poprzednio dostępne razem z grą? Drobiazg, kogo to obchodzi. Do tej pory ściągałem sobie instalatory offline z GOG głównie dla wygody, po to żeby mieć je pod ręką, ewentualnie na wszelki wypadek, bo a nuż może kiedyś GOG padnie. Teraz muszę zmienić to na podejście “bo a nuż znowu coś wywiną” i backupować każdą pozycję. Cóż, na itch.io ostatnimi czasy coraz wiecej gier mnie interesujących, czas przypomnieć też sobie dane konta na Humble Bundle i trochę się zderyzykować. 

Pamiętacie? Akcja FCK DRM na GOG w 2019. Całkiem niedawno.

Dla odmiany pozytywnym akcentem na zakończenie tej przerażająco już długiej notki jest wiadomość, która bardzo mnie ucieszyła – nominacja Mateusza Skutnika do Paszportów Polityki w kategorii Kultura Cyfrowa. O grach Mateusza pisałem na Jawnych Snach już ponad dekadę temu, od tego czasu wypuścił ich jeszcze kilka, w tym bodaj największą Slice of the Sea, wszystkie można kupić na itch.io. Wielkie gratulacje!

Podsumowując podsumowanie, mój growy 2022 rok był niesamowicie wręcz udany. Dużo czasu spędzonego przy naprawdę świetnych grach, w dodatku w przeważającej większości tegorocznych. A jeszcze udało mi się je w miarę na bieżąco przechodzić! Największa w tym oczywiście zasługa Switcha, który awansował na jedną z moich ulubionych konsol. Wprawdzie de facto jest to tablet z 2017 oparty na częściach z 2015, ale wciąż udowadnia, że nawet z takiego starożytnego według dzisiejszych standardów sprzętu da się sporo wycisnąć. W każdym razie polubiliśmy się tak bardzo, że koniec końców kupiłem sobie w tym roku wersję OLED, na przekór opiniom internetowych mędrków oraz ekonomicznemu zdrowemu rozsądkowi. Mam nadzieję, że następna konsola Nintendo też będzie taką kombinacją przenośnej i stacjonarnej, ale nie nastawiam się, by uniknąć rozczarowania. Kto by mógł przewidzieć, że po DSie dostaniemy takiego 3DSa, a po 3DSie takiego Switcha? Zobaczymy czym Nintendo zaskoczy nas tym razem. 

Plany na kolejny rok? Mam jakieś, a jakże, ale czasy ostatnio takie niepewne, że ciężko jest planować cokolwiek na dwanaście miesięcy do przodu. Póki co rozpocząłem przygodę z Persona 5 Royal na PS4, zapoznaję się też z Fire Emblem: Engage na Switchu. Pierwsze podoba mi się bardzo, drugie jest moim zdaniem słabsze niż poprzednia część, niemniej z ostatecznymi werdyktami poczekam aż je skończę. Planuję też więcej pisać w 2023 i jest to oparte na solidniejszych podstawach niż tylko moje chciejstwa, chwilowo nie mogę wszelakoż zdradzić więcej. Trzymajcie kciuki. A poza tym grajcie i bawcie się dobrze, do przeczytania niebawem!

Osobiste podsumowanie roku 2021, wojną przerwane

Rok 2021 był znakomitym rokiem dla graczy. Pojawiły się nowe, “duże” gry, którymi bawić będziemy się jeszcze w kolejnych latach: Deathloop, Monster Hunter Rise, Shin Megami Tensei V, Metroid Dread, Halo Infinite i pozostałe. Mniejsze studia i twórcy niezależni również dopisali: Loop Hero, Sable, Death’s Door, Unpacking, Unsighted, Dorfromantic, The Forgotten, Inscryption i wiele innych mniejszych, lecz pomysłowych tytułów. Hity z ostatnich lat zawitały na nowe platformy: God of War, Days Gone, A Plague Tale: Innocence, Star Wars Jedi: Fallen Order, Immortals Fenyx Rising i inne. Gry dostawały również wszelkiego rodzaju update’y, dodatki lub kontynuacje i “edycje definitywne”: Subnautica Below Zero, Outer Wilds Echo of the Eye, Control Ultimate Edition, Death Stranding Director’s Cut, Ghost of Tsushima Director’s Cut, Disco Elysium The Final Cut i zapewne jeszcze kilka które przegapiłem. Hity z dawnych lat powracały w formie remake’ów, remasterów i reedycji: Mass Effect Legendary Edition, The Great Ace Attorney Chronicles, Quake (szanuję lakoniczność nowego tytułu – “Siara. I wszystko jasne”), Super Mario 3D World + Bowser’s Fury, NieR Replicant i tak dalej.

Nie grałem w żadną z nich. 

Czasami nachodzą mnie wątpliwości czy w ogóle powinienem jeszcze pisać te podsumowania, bo przyjmują one coraz bardziej blogową formę. Wylewam w nich zbiorczo swoje ograne tytuły i trochę komentarzy, jednak ewidentnie moje osobiste doznania growe są odległe od obiektywnego stanu świata gier wideo. Przyczyny są różne, po części mniejsza dostępność wolnego czasu (praca, dom, praca, dziecko, praca, dom, praca, dziecko i tak dalej), po części pewne zmęczenie materiału i poczucie marnowania tych pojedynczych godzin, które można by wykorzystać lepiej. Wszyscy znamy te momenty, kiedy spędzamy czas z grą i trochę zgrzytamy zębami, bo akurat trzeba coś wymaksować, pogrindować, wykuć w pamięci mięśniowej wzorce ataków bossa albo jakiś fragment rozgrywki lub historii przecierpieć, choć jest po prostu nudny. W ostatnich latach takie momenty powodują, że odkładam grę na półkę, najczęściej na święty nigdy.

Na przekór całemu temu marudzeniu, trochę udało się mi się jednak w tym roku pograć, ba, nawet kilka tytułów skończyć. Duże zasługi ma na tym polu mój kupiony w grudniu 2020 Switch. Switch okazał się być wszystkim tym, czym kiedyś chciałem by stała się Vita. Brakowało mi jedynie  ekranu OLED – ten w Vicie nadal jest prześliczny – na szczęście wersja OLED Switcha pojawiła się w zeszłym roku i to na dodatek w ślicznej bieli. Niech trochę stanieje, a do tego zrobi się “hakowalna”, to za rok, dwa, trzy się przywitamy.

Wracając do meritum, dzięki mobilności Switcha umożliwiającej grę zarówno na kanapie, jak i w dowolnym zakątku domu w którym akurat nie znajduje się potomek zyskałem większą elastyczność jeśli idzie o godziny grania. Przełożyło się to na więcej poświęconego na gry czasu, a wraz z postanowieniem by rozgrzebywać mniej tytułów, za to bardziej się w nie wgryzać zaowocowało całkiem pokaźną (jak na ostatnie lata) listą ukończonych gier. W styczniu przeszedłem Fire Emblem: Three Houses po raz pierwszy, wybierając Edelgard i ścieżkę fabularną Crimson Flower. W maju dobrnąłem do końca Xenoblade Chronicles, zaś w czerwcu pokonałem Hadesa w Hadesie po raz pierwszy, drugi i trzeci, co uznałem za wystarczający ekwiwalent ukończenia tego rougelike’a. W listopadzie ponownie zanurzyłem się w świat Fire Emblem: Three Houses, tym razem wybierając Claude’a, w związku z czym w grudniu przeszedłem ścieżkę Verdant Wind. Wszystko to rzecz jasna na Switchu. 

Wziąłem też na warsztat wiele innych gier na tę platforrmę:

  • Breath of the Wild, które mnie trochę rozczarowało – uwielbiam eksplorację, ale tu jakoś nie chwyciło;
  • Xenoblade Chronicles 2, które po świetnej części pierwzej rozczarowało mnie bardzo – sztampowe klisze rodem z anime i nieskipowalne przerywniki, co już zabiło we mnie chęć jakiejkolwiek kontynuacji;
  • Ender Lilies było nawet okej w kategorii 2D soulslike, ale szkoda mi czasu na rzeczy które są tylko okej;
  • Hollow Knight, przepiękna metroidvania, którą kocham miłością nieodwzajemnioną – jest dla mnie po prostu za trudna i zaciąłem się;
  • MO: Astray, bardzo ciekawa gra zręcznościowo-logiczna ze świetną i zaskakująco ponurą opowieścią science-fiction – ale też się zaciąłem w którymś momencie;
  • Baba is You, fenomenalna gra logiczna, gdzie dobrnąłem do limitów elastyczności mojego mózgu i – zgadliście! – zaciąłem się;
  • “Potworka Wyprawy przez Frapujące Wystawy” (A Monster’s Expedition Through Puzzling Exibitions), kolejna przecudowna gra logiczna, bardzo pogodna, przyjazna i relaksująca, w której spędziłem długie godziny kombinując i po raz kolejny osiągnąłem kres możliwości mego intelektu – gorąco polecam wszystkim;
  • Fuga: Melodies of Steel – skrzyżowanie turowego SRPG z ponurą opowieścią o dzieciach wciągniętych w tryby wojny, rozgrywające się w świecie antropomorficznych zwierząt – dobra rzecz, choć smutna;
  • Alien Isolation, kapitalny FPP ze skradaniem i ucieczką przed obcymi, złymi ludźmi i oszalałymi androidami, nie bardzo daję radę w niego dłużej grać, bo mogę zabrudzić bieliznę i fotel, ale jest to klimatyczna gra, która świetnie się prezentuje na Switchu.

Zrobiłem też kilka drobnych growych wycieczek na Nintendo DS, próbując między innymi Thor: God of Thunder (fajna pikselartowa grafika, ale słaba grywalność) i Theresia (ponury horror z eksploracją w 3D jak w Wizardry i intrygującą warstwą fabularną). Odświeżyłem sobie Contra 4 (kiedyś uda mi się przejść pierwszy poziom, przysięgam) oraz Radiant Historia (nie mam kiedy dokończyć, ale bardzo bym chciał). Na Playstation 4 spędziłem grając kilka godzin w Sekiro: Shadows Die Twice, kilka w Bloodborne i jeszcze parę w Horizon Zero Dawn (nadal nieukończone, zaciąłem się na ostatniej misji). 

Z kolei na PC pograłem trochę w Wildermyth, interesujący generator opowieści w klimatach fantasy, In Other Waters, podwodną eksplorację przez uproszczony, ale bardzo estetyczny interfejs, oraz World of Horror, inspirowaną japońskimi horrorami retro-grę w której walczy się z pradawnymi bóstwami i ożywającymi legendami miejskimi, a po drodze można między innymi złapać tasiemca, wykopać zmarłego krewnego i wyhodować sobie skrzela. Spędziłem przy World of Horror dużo czasu i bardzo polecam, może gdzieś-kiedyś uda mi się napisać o niej nieco więcej.

W ramach moich odchyłów retro, dostałem trochę pier… znaczy zainteresowałem się tematem monitorów katodowych. Kupiłem telewizor Sony Trinitron, żeby podłączyć do niego PSP Go celem grania w gry z PS1 – po czym szybko sprzedałem, bo nie udało mi się go porządnie wyregulować. Trochę wbrew sobie sprzedałem też wiekowy monitor CGA/EGA, kupiony dawno temu za psi pieniądz jako uzupełnienie kolekcji starych komputerów – zbyt rzadko z niego korzystałem, a gry z tamtej epoki w większości są już umiarkowanie grywalne w XXI wieku. Cóż, z hobby bywa często tak, że po fazie akumulacji przychodzi faza refleksji. No więc przyszła. Pozbyłem się wtedy sporej części mojego parku retro-maszynowego: laptopa DOS NEC Versa 4050C, laptopa IBM ThinkPad T42p z ekranem 1600×1200 IPS, nadmiarowego Nintendo 3DS XL z górnym ekranem IPS oraz paru dziwactw w rodzaju klawiatury AlphaSmart NEO2. 

Jedną z przyczyn było również to, że przeczytałem książkę “Mniej” (Marta Sapała) i zapragnąłem zmniejszyć swoje wydatki na growe i okołogrowe, a przy okazji przykroić aktualnie posiadaną kolekcję. Nie dam rady ściąć wydatków do zera, ale koniec z kupowaniem sprzętów retro, koniec z dokładaniem gier do backlogu, chciałbym też poważnie ograniczyć zakupy growe. Na upartego to kolejne dwa lata mógłbym grać tylko w to co mam zachomikowane w tzw. backlogu. Prawdopodobnie złamię się jeszcze w jednej czy drugiej kwestii, ot na przykład strasznie kusi mnie Switch OLED (co ja poradzę?). Być może Switch 2.0 też byłby dla mnie impulsem do zakupu. Ale już Sony nie ma co liczyć na mnie jako klienta na PlayStation 5, nie przy tych cenach sprzętu i gier. Jeżeli Demon’s Souls ani Elden Ring mnie nie skusiły na zakup, to nie wiem co by się musiało wydarzyć żebym 


Powyższe zacząłem pisać w grudniu zeszłego roku. W styczniu dopisałem kawałek, ale w związku ze zmianą pracy po dekadzie i innymi okolicznościami odszedłem na chwilę od klawiatury, po czym okazało okazało się, że jest już miesiąc później. Napisałem zatem parę kolejnych zdań, a potem nadszedł 24 lutego 2022 i przestałem mieć ochotę na cokolwiek. 

Niezręcznie tak bawić się grami, gdy płonie kraj sąsiedni.

W 2014 kiedy Olaf napisał o rewolucji w Kijowie, było mi z tym trochę nie po drodze, czemu dałem wyraz w komantarzach pod postem.W 2022 z kolei odwrotnie: czułem się nieswojo, ponieważ Olaf nic nie napisał. Wiem, wiem, że ojcowie-założyciele już się tu nie udzielają, bloga prawie nikt już nie czyta, a i w sumie nie bardzo wiadomo co napisać. A jednak jakoś tak dziwnie.

Kiedy widzę swój komentarz sprzed ośmiu lat, to choć pamiętam jak wtedy rozumowałem, dzisiaj zdecydowanie opowiadam się po stronie Olafa. Nie wiem czy to kwestia wieku, dojrzałości, szerszego spojrzenia czy może progu osobistej wrażliwości. Wydaje mi się, że nie zmieniłem się jakoś bardzo od tamtej pory, a jednak patrzę na to zupełnie inaczej. Może to kwestia skali: pełna militarna inwazja z bestialskimi zbrodniami na ludności cywilnej w kontrze do zdarzeń o nieporównywalnie mniejszym zasięgu i natężeniu? Nie wiem. Przecież właśnie wydarzenia z 2014 doprowadziły do tego co dzieje się w 2022, są to kolejne ogniwa tego samego łańcucha. 

Dość jednak o mnie. W tej chwili liczy się wsparcie uchodźców, szczególnie kobiet, dzieci i zagubionych w okrutnym świecie ludzi zwierząt. Jeśli mamy możliwość jakkolwiek pomóc, zróbmy to. Jeśli nie – to przynajmniej nie przeszkadzajmy, nie dorzucajmy oliwy do ognia, nie wygłaszajmy niby to kontrowersyjnych opinii, jakoś podejrzanie podobnych do przekazów płynących z Kremla. Nie kłóćmy się, nie dajmy się prowokować. Tym bardziej, że zaraz zacznie się trudny okres: pierwsze emocje trochę opadły, uchodźców jest dużo i są widoczni, rząd już oficjalnie informuje że nie będzie wspierał ludzi, którzy wzięli ich do siebie, a w niektórych mieszkaniach i budżetach robi się ciut ciasno. Bardzo się obawiam czy moim rodakom wystarczy sił i pieniędzy by nadal pomagać z takim samym zaangażowaniem jak działo się to w pierwszych tygodniach wojny. Oby. 

Z braku pomysłu na puentę pozwolę sobie zacytować zakończenie postu Olafa z 2014, stawiając w ten sposób pewną klamrę między tym co było wtedy, a tym co jest teraz:

“Może ów gest w zaułku tak niszowym, jak Jawne Sny, niewiele znaczy, ale czy nie byłoby obłudą udawanie, że nic się nie dzieje? Czuję się w te dni surrealnie […] A potem – czego życzę i sobie, i Wam – zastanówmy się, co realnie możemy zrobić.”

Bartkowe podsumowanie roku 2020

Rok 2020 był dziwnym rokiem i chyba nikomu nie muszę specjalnie tłumaczyć dlaczego. Pandemia Covid-19 rozwalcowała świat i bezlitośnie obnażyła słabości państw, polityków, organizacji. Niewychodzenie z domu i granie w gry awansowało do cnoty obywatelskiej, zaś growy eskapizm stał się dla wielu ucieczką od świata, który płonie, także w zupełnie dosłownym znaczeniu (Kalifornia, Australia). Jako człowiek mający możliwość pracy zdalnej i działający w branży IT – należałem do kasty uprzywilejowanych, których kryzys nie pozbawił możliwości zarobkowania. Jako ojciec małego dziecka z wadą wrodzoną – z przerażeniem obserwowałem i na żywo doświadczałem zapaści systemu opieki zdrowotnej. Jako osoba mająca rodziców i teściów 70+ z, jak to się pięknie teraz ujmuje, chorobami współistniejącymi – cały ten rok żyłem w olbrzymim stresie.

Czytaj dalej →

Bartkowe podsumowanie roku 2019

Jestem zmęczony.

Zmęczenie jest dosyć naturalne u świeżo upieczonych ojców, dosyć częste u prawie-że-czterdziestolatków, dosyć typowe u zabieganych korposzczurów. A że w minionym roku wcieliłem się we wszystkie te role naraz, nic dziwnego, że i mnie to uczucie dopadło. A jak się to przekłada na granie?

Jestem zmęczony nadmiarem gier.

Jestem zmęczony naszym growym światkiem. 

Jestem zmęczony prymitywnym retro i słabymi wyrobami retropodobnymi.

„Nie załamuj się, Bartku!”
Czytaj dalej →

Wczesne podsumowanie roku

Jak to mawiają, “lepiej wcześnie niż wcale”, czy jakoś tak. Od niedawna mam bowiem zupełnie nowy zestaw obowiązków na głowie, przez co granie zejdzie na (jeszcze) dalszy plan. Dlatego zanim do reszty zniknę z internetów w ogólności i Jawnych Snów w szczególności, chciałem podtrzymać naszą małą świecką tradycję i podsumować na tych łamach mój growy rok 2018.

Czytaj dalej →

Podsumowanie 2017

Parafrazując Sapkowskiego, 2017 to był dobry rok. Dla gier. Dla mnie akurat niekoniecznie – i na tym poprzestańmy. Nie będzie smutów, tylko parę słów o tym w co grałem w 2017-tym i co z tego mi się podobało. Od razu na wstępie zazmaczę, że poniższy tekst jest podsumowaniem growego roku z mojej perspektywy, siłą rzeczy ograniczonej. Jeśli chcecie przeczytać porządną analizę stanu i trendów branży elektronicznej rozrywki za 2017-ty, to najlepiej poszukać gdzieś indziej.

Początek roku był prosty i zgodny z oczekiwaniami: grałem na swoim nowym, mocnym laptopie, zakupionym właśnie w takim celu. Odświeżyłem sobie pierwszą część nowego X-COM-a oraz nadgryzłem część drugą, która jednak mnie nie porwała. Niby powinno zachwycać, a nie zachwyca. Odpaliłem też “Wolfenstein: The New Order”, ale szybko zrezygnowałem, gdyż mulił na moim sprzęcie. Cóż, kupienie nowoczesnego i teoretycznie mocnego komputera nie gwarantuje że wszystko pójdzie gładko. A potem laptop się popsuł i trafił do naprawy po raz pierwszy, dzieki czemu mogłem wrócić do rzeczy nieco starszych i mniej wymagających. Czytaj dalej →

Podsumowanie 2016

Cóż to był za rok! Brexit, Trump, Syria, Kaczyński, Macierewicz, kryzys grudniowy, kryzys migracyjny, uchodźcy, zamachy. Brzmi jakby Billy Joel układał kolejną zwrotkę do “We didn’t start the fire”. Działo się też w świecie gier: rewizje sprzętowe, rzeczywistość wirtualna, zapowiedzi nowej konsoli, mnóstwo świetnych tytułów, rozmaite afery i emocje. Doskonałe podsumowanie roku z perspektywy growej znajdziecie na Eurogamerze i Polygonie. Miłym polskim akcentem było zauważenie przez “Politykę” gier wideo i utworzenie w Paszportach Polityki kategorii Kultura Cyfrowa – wśród nominujących znajdziecie parę nazwisk które pojawiały się na Jawnych Snach, w tym Pawła Schreibera i niżej podpisanego.

20160221_095252

Czytaj dalej →

Podsumowanie 2015

sirTerryDeath2015 to był dla mnie rok ciężki, a zarazem ambitny rok. Z rzeczy przykrych (nie wnikając w szczegóły, bo raz że zanudzę, a dwa że mogę się rozkleić), między innymi zmarł jeden z moich kotów oraz w trybiem nagłym hospitalizowano mojego Tatę. W maju i czerwcu miałem zatem dni w trakcie których rano jechałem z kotem do weterynarza na kroplówkę, potem do pracy, a wieczorem do Taty do szpitala. Czasem zaś odwrotnie – w sensie że rano Tata, wieczorem kot, nie że z kotem do szpitala, a z Tatą do weterynarza. Z rzeczy pozytywnych, acz również obciążających czasowo i nerwowo, na początku roku awansowałem, co pociągnęło za sobą znaczne zwiększenie ilości obowiązków i częstotliwości podróży służbowych. Ponadto wcześniej już szwankujące, a obecnie dociążone dodatkowymi stresami zdrowie zasygnalizowało, że czas ponaprawiać to i owo, bo źle się skończy. Wzrosły więc nakłady czasowe i pieniężne na lekarstwa i lekarzy (tyle dobrego, że z pozytywnymi rezultatami). Do tego 2015 jest rokiem w którym pożegnaliśmy Terry’ego Pratchetta, jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, co wstrząsnęło mną bardziej, niż się tego spodziewałem. Czytaj dalej →

Podsumowanie 2014

Jeśli idzie o gry wideo, to w 2014 roku słowem kluczowym było dla mnie “rozczarowanie”. Rozczarowanie nowymi konsolami i tym co sobą reprezentują (brak szacunku dla klienta, nachalny DRM, płacenie za tryb online). Rozczarowanie starymi konsolami (odwrót Sony od PS Vita, coraz słabszy PS+, bieda-wersje gier na nowe konsole). Rozczarowanie konkretnymi tytułami (nędzne “Dark Souls II”, nudnawe “Banner Saga”, leniwe reedycje HD). Rozczarowanie Kickstarterem (niewypały, naciąganie, krętactwa Double Fine). Rozczarowanie grową prasą (przedłużona agonia “LAG-a”, żałosne konwulsje “Secret Service”, cichy upadek “GRAMY!”). Rozczarowanie pisaniem o grach (z małymi wyjątkami żałosne stawki, konserwatyzm niektórych decydentów, inne kwestie, o których na razie zmilczę). Rozczarowanie samymi graczami (durnowate komentarze pod artykułami, obleśne #gamergate).

Czytaj dalej →

Podsumowanie 2013

Na Jawnych Snach w ostatnich latach powstała nowa świecka tradycja robienia podsumowania roku. Paweł Schreiber dostarcza celne obserwacje trendów w świecie gier, ja zaś quasi-blogaskowe wstawki o tym, w co grałem i co mi się spodobało lub nie spodobało. Uprzedzam z góry, żeby uniknąć kwaśnych komentarzy, bo ktoś spodziewał się czegoś innego: jeśli chcecie treściwą listę best of, zapraszam do Pawła, tu jest mój kawałek podłogi. Tekst może być długi, a ponadto zawierać śladowe ilości kotów, dramy i rzewnego pitolenia. Innymi słowy, zostaliście ostrzeżeni.

Parafrazując Sapkowskiego, wbrew przepowiedniom Majów świat nie skończył się w 2012. Ale i tak było ciekawie.

Czytaj dalej →