Archiwum kategorii: Bartkowe lata growe

Bartkowe podsumowanie roku 2020

Rok 2020 był dziwnym rokiem i chyba nikomu nie muszę specjalnie tłumaczyć dlaczego. Pandemia Covid-19 rozwalcowała świat i bezlitośnie obnażyła słabości państw, polityków, organizacji. Niewychodzenie z domu i granie w gry awansowało do cnoty obywatelskiej, zaś growy eskapizm stał się dla wielu ucieczką od świata, który płonie, także w zupełnie dosłownym znaczeniu (Kalifornia, Australia). Jako człowiek mający możliwość pracy zdalnej i działający w branży IT – należałem do kasty uprzywilejowanych, których kryzys nie pozbawił możliwości zarobkowania. Jako ojciec małego dziecka z wadą wrodzoną – z przerażeniem obserwowałem i na żywo doświadczałem zapaści systemu opieki zdrowotnej. Jako osoba mająca rodziców i teściów 70+ z, jak to się pięknie teraz ujmuje, chorobami współistniejącymi – cały ten rok żyłem w olbrzymim stresie.

W związku z tym brakowało mi czasu na granie. Obsługa potomka i seniorów plus praca z domu rozlewająca się coraz bardziej na resztki życia prywatnego spowodowały, że wielogodzinne sesje nie wchodziły w rachubę. Pozostawały skrawki dnia wykradzione to tu, to tam, gdzie się dało. W 2020 zamierzałem katować dostane w grudniu zeszłego roku PlayStation 4 – chciałem dobrze, a wyszło jak zwykle, bo model rozgrywki na tej konsoli nie do końca pasuje do takiego trybu grania. Grą z którą spędziłem najwięcej czasu na PS4 było “Horizon Zero Dawn” – cudeńko, które pochłonęło mnie na wiele wieczorów. Kapitalny i przepięknie odwzorowany świat, niesamowity klimat, rewelacyjna warstwa fabularna, kojarząca się trochę z moimi ulubionymi powieściami Bułyczowa i Aldissa. Powinienem kiedyś napisać więcej o tej grze. Napiszę kiedyś więcej o tej grze. Na chwilę obecną wystarczy powiedzieć, że dołączyła do mojej osobistej listy najlepszych gier wszechczasów.

W obliczu grania z doskoku do łask powróciły natomiast konsole przenośne, do których zawsze miałem słabość – szybciej się je włącza i wyłącza, można grać w łóżku, w kuchni, w kolejce do lekarza, wszędzie. Najpierw grałem na PSP Go, urokliwym  mini-cacuszku od Sony, dalece wyprzedzającym swoją epokę, a później na Vicie. Łatwiej mi zagrać na przenośnej konsolce w dowolnym pomieszczeniu, niż na telewizorze w salonie, gdzie najczęściej grasuje potomek. A że w 2020 przestawiłem się na „patient gaming”, spędzałem sympatycznie czas odświeżając sobie niegdysiejsze hity i próbując nowości (znaczy staroci, tylko że po raz pierwszy). Sporo czasu spędziłem nad emulatorem Gameboya Advance’a spacerując po korytarzach zamku Drakuli w “Castlevania: Circle of the Moon”. Przy okazji odbudowałem do końca swoją kolekcję gier z PSP. Jedyne czego strasznie mi żal, to edycji kolekcjonerskiej mojej ukochanej “Persona 3 Portable” – swój egzemplarz sprzedałem dawno temu, a dziś kosztuje takie krocie, że już chyba nigdy sobie nie odkupię. Mam jeden egzemplarz, ale nie kolekcjonerkę i będę musiał się z tym pogodzić. 

Przyznam, że w ostatnich latach rzadko zdarzało mi się przechodzić gry do końca. Albo się znudziłem w trakcie, albo uderzyłem w jakiś szklany sufit i odpadłem, albo coś życiowego wyjęło mnie z grania i potem nie dałem rady wrócić. Dzięki podejściu “cierpliwego gracza” i wdrożeniu zasady „less is more”, bardziej koncentruję się na pojedynczych tytułach niż rozbabraniu kilku naraz. W efekcie udało mi się skończyć “Chasm” na Vicie (dostępna też na PC, PS4, Switchu i co tam jeszcze), grę platformowo-zręcznościowa z elementami rogalika, to znaczy losową generacją poziomów. Się chodzi po rozmaitych lochach, się skacze, się pływa, się tłucze różne stworki mniej lub bardziej losowymi broniami, się leveluje, się dopakowuje bohatera. Ma śliczną pikselartową grafikę i świetną muzykę, grywalność dla wybrednych może być taka sobie, ale mnie jakoś bardzo przypadło do gustu. Jest i historyjka, może nie najoryginalniejsza na świecie, jednak z kilkoma pomysłowymi elementami. W każdym razie nie przeszkadza. Z przyjemnością się relaksowałem, eksterminując faunę i florę, tudzież eksplorując ukryte zakątki. Polecam.

Dla równowagi nie polecam „I Am Setsuna”. Kiedyś słyszałem, że w stylu klasycznego JRPG-a, dobre, klimatyczne – a tu jest port na Vitę, nieoficjalnie przetłumaczony na bazie wersji PS4, super, pobawię się. Okazało się toto pierońsko nudne i strasznie powtarzalne jeśli idzie o walki, a na nich spędza się 70% czasu gry. Historia niby na poważnie, poświęcenie, śnieg, smutek i halucynacje z niedożywienia, tymczasem bohaterowie walczą z niedźwiedziami wyglądającymi jak duże pluszaki, zębatymi pingwinami i wiewiórkami po cyrkowemu jadącymi na wielkich kulach śniegu (nie żartuję!). Ładne śnieżne wioseczki, parę interesujących motywów fabularnych, ale przede wszystkim strasznie dużo pustych map i wrażenia grindu (kolejne potwory są kolejnymi reskinami pierwszych kilku). Jak już bardzo miałem dość, a było to po parunastu godzinach grania, sprawdziłem jak się dalej rozwinie historia. Okazało się, że jest częstym w japońskiej popkulturze przypadkiem odjechanej bzdurki, której zakończenie ma niewiele wspólnego z pierwszą połową historii. I wtedy się poddałem. Jest tyle lepszych gier z sensowniejszą fabułą, mniejszą powtarzalnością i ciekawszym gameplayem, że szkoda tracić czas na „I Am Setsuna”. Odradzam.

Inne tytuły, które zacząłem na Vicie to “Ys VIII: Lacrimosa of Dana”, moje pierwsze podejście do serii Ys, bardzo zresztą udane, oraz “Assassin’s Creed Chronicles”, interesujący koncept by “Kredo Asasyna” przenieść w dwa wymiary. “Lacrimosę” jeszcze męczę i bardzo chciałbym skończyć, ale rzecz jest długa i trochę się z niej w międzyczasie wyczepiłem. “Kroniki” z kolei są bardzo wysmakowane estetycznie, ale ciut toporne w warstwie rozrywki i z czasem mnie znudziły. Jeśli macie trochę czasu, warto spróbować, może chwyci. “Ys VIII” natomiast jest bardzo udanym action-JRPGiem z sympatycznymi postaciami, ślicznymi widokami, wciągającą eksploracją i mnóstwem bijatyk z wszystkim co się rusza. Polecam.

Jeśli idzie o świat komputerów i granie na PC, to sprzedałem laptopa growego, a w jego miejsce kupiłem mniejszy do pisania i internetu. Pomarańczowy grubas i tak nie spełnił pokładanych w nim nadziei, a nowy jest wprawdzie słabszy, ale za to mniejszy, lżejszy, cichszy i ogólnie o wiele przyjemniej mi się z niego korzysta. W większość drobnych gier niezależnych mogę na nim zagrać i to mi wystarcza – co się dobrze składa, bo w czerwcu nabyłem paczkę “Bundle for Racial Justice and Equality”, celem której było wsparcie ruchu Black Lives Matter. W jej skład wchodziło mnóstwo, ale to mnóstwo tytułów niezależnych i rozmaitych innych drobiazgów (papierowe gry planszowe dla jednej osoby, amatorskie visual novels o coraz to dziwniejszych tematach, assety do gier itp. itd.), których lista na itch.io liczy sobie 59 stron. Wyjąłem z niej kilkadziesiąt gier i część z nich potestowałem: urokliwe i relaksujące “A Short Hike”, pomysłową metroidvanię “Vision Soft Reset” (miesza eksplorację w przestrzeni z eksploracją w czasie!), czy lekko abstrakcyjne “Floor is Jelly”, w którym radośnie kicamy po żelatynowych światach. Zahaczyłem też “The Flame in the Flood”, przyjemny survival – wiem jak to brzmi, ale choć stresujący, jest taki ładny i umowny, że nie powoduje u mnie nerwówki jak choćby “The Long Dark”. Jeden wieczór, jedna postać, skonałem z głodu po tym jak zaatakował mnie dzik i złamał mojej bohaterce nogę, przez co nie dała już rady polować. 

Kolejny wieczór to “Overland”, gra Adama Saltsmana, tego od “Canabalta”. Też survivalowy roguelike, świetny graficznie (takie mini-dioramki), ale trudny. Tu ginie się jeszcze szybciej, więc zdążyłem zrobić dwa przebiegi, nieodmiennie zakończone śmiercią wszystkich bohaterów, a potem przerwałem na trzecim. Bo otóż miałem dwójkę ludzi, dwójkę psów i samochodzik z miejscem tylko na trójkę. W realnym świecie jakoś by się te psy upchnęło na tylnych siedzeniach, ale w grze się nie da. Trzy sloty, trzy miejsca, musisz podjąć ciężką decyzję. No więc nie, nic nie muszę – zostawiłem “Overland” na wieczne niedokończenie z czterema pełnoprawnymi członkami drużyny, w tym dwoma czterołapymi, stojącymi przy samochodzie. W mojej głowie wszyscy się zmieścili do auta, odjechali w siną dal i przeżyli razem pośród apokalipsy.

Ogólnie podejście “patient gaming” przynosi mnóstwo profitów: gry tańsze, spokój ducha, większa koncentracja na rzeczach naprawdę dobrych. Jestem zachwycony, że w 2020 nie kupiłem PS5, bo nie musiałem się martwić o problemy ze sprzętem (głośne chłodzenie, felerne egzemplarze, psujące się pady) ani z grami (wsteczna kompatybilność, niewiele nowości na starcie). Jestem zachwycony, że nie czekałem na Cyberpunka 2077, bo nie stresowałem się opóźnieniami, ani nie rozczarowałem stanem gry po premierze. Gry z epoki szesnastu bitów wprawdzie trochę mi się przejadły, ale na PSP, DS, 3DS i Vita zostało jeszcze sporo ciekawych tytułów do dokończenia (“Fire Emblem: Echoes”), ponownego przejścia (“Persona 3 Portable”) lub spróbowania (“The Liar Princess and the Blind Prince”). Również na PS4 cierpliwie czekają na mnie nieruszone gry AAA z najwyższej półki, takie jak “God of War”, “Uncharted 4”, Detroit” czy “Persona 5”. Mam w co grać na najbliższych parę lat.

Na końcówce roku z typową dla mnie konsekwencją kupiłem Nintendo Switch. Zacząłem od długo wyczekiwanego “Fire Emblem: Three Houses”, w przerwach przegryzając remasterem “Lumines” oraz smakując nieznane mi głośne tytuły. Przekonałem się przy okazji, że nie kręcą mnie już zupełnie platformówki i gry z serii Mario oraz podobnych – ot, biegam jakimś ludzikiem, w sumie nie wiadomo po co, nie chce mi się. Wolę historie z gęstą atmosferą, cudowną grafiką lub fascynującym światem do zwiedzania, jak obie części “Ori”, “Dark Souls” czy “Hollow Knight”. Dużo sobie też obiecuję po “Breath of the Wild”, mam nadzieję, że się nie rozczaruję. “Fire Emblem”, który był jednym z głównych powodów zakupu Switcha, okazał się faktycznie świetny. Skończyłem go już w 2021 (spoiler alert!), napiszę więcej przy nadarzającej się okazji, bo pomimo pewnych wad jest to bardzo, bardzo dobra gra. 

Widać zatem, że choć nie grałem ani zbyt dużo, ani w najnowsze nowości, to gdy tylko znalazłem na granie czas i energię – bawiłem się całkiem nieźle. Do łask powróciły konsole przenośne, zaprocentowało podejście “patient gaming”, udało się skończyć kilka tytułów i na parę chwil zapomnieć o ponurej rzeczywistości 2020 roku. Obecnie natomiast znajduję się w położeniu typowym dla wieku średniego – mam więcej sprzętu i gier niż czasu na korzystanie z nich (o pisaniu już nie wspominając). A jako że 2021 nie zapowiada się wiele lepiej niż 2020, to kwestie growe znajdują się bardzo daleko na liście moich priorytetów. Z brakiem jakichkolwiek oczekiwań wiąże się jednak zaskakujące poczucie swobody. Nic nie muszę, gram dla przyjemności, w to co chciałbym akurat zagrać, bez zamysłu czy planów. Miło jest znowu odkryć radość z grania, ot tak, po prostu.

Bartkowe podsumowanie roku 2019

Jestem zmęczony.

Zmęczenie jest dosyć naturalne u świeżo upieczonych ojców, dosyć częste u prawie-że-czterdziestolatków, dosyć typowe u zabieganych korposzczurów. A że w minionym roku wcieliłem się we wszystkie te role naraz, nic dziwnego, że i mnie to uczucie dopadło. A jak się to przekłada na granie?

Jestem zmęczony nadmiarem gier.

Jestem zmęczony naszym growym światkiem. 

Jestem zmęczony prymitywnym retro i słabymi wyrobami retropodobnymi.

„Nie załamuj się, Bartku!”
Czytaj dalej →

Wczesne podsumowanie roku

Jak to mawiają, “lepiej wcześnie niż wcale”, czy jakoś tak. Od niedawna mam bowiem zupełnie nowy zestaw obowiązków na głowie, przez co granie zejdzie na (jeszcze) dalszy plan. Dlatego zanim do reszty zniknę z internetów w ogólności i Jawnych Snów w szczególności, chciałem podtrzymać naszą małą świecką tradycję i podsumować na tych łamach mój growy rok 2018.

Czytaj dalej →

Podsumowanie 2017

Parafrazując Sapkowskiego, 2017 to był dobry rok. Dla gier. Dla mnie akurat niekoniecznie – i na tym poprzestańmy. Nie będzie smutów, tylko parę słów o tym w co grałem w 2017-tym i co z tego mi się podobało. Od razu na wstępie zazmaczę, że poniższy tekst jest podsumowaniem growego roku z mojej perspektywy, siłą rzeczy ograniczonej. Jeśli chcecie przeczytać porządną analizę stanu i trendów branży elektronicznej rozrywki za 2017-ty, to najlepiej poszukać gdzieś indziej.

Początek roku był prosty i zgodny z oczekiwaniami: grałem na swoim nowym, mocnym laptopie, zakupionym właśnie w takim celu. Odświeżyłem sobie pierwszą część nowego X-COM-a oraz nadgryzłem część drugą, która jednak mnie nie porwała. Niby powinno zachwycać, a nie zachwyca. Odpaliłem też “Wolfenstein: The New Order”, ale szybko zrezygnowałem, gdyż mulił na moim sprzęcie. Cóż, kupienie nowoczesnego i teoretycznie mocnego komputera nie gwarantuje że wszystko pójdzie gładko. A potem laptop się popsuł i trafił do naprawy po raz pierwszy, dzieki czemu mogłem wrócić do rzeczy nieco starszych i mniej wymagających. Czytaj dalej →

Podsumowanie 2016

Cóż to był za rok! Brexit, Trump, Syria, Kaczyński, Macierewicz, kryzys grudniowy, kryzys migracyjny, uchodźcy, zamachy. Brzmi jakby Billy Joel układał kolejną zwrotkę do “We didn’t start the fire”. Działo się też w świecie gier: rewizje sprzętowe, rzeczywistość wirtualna, zapowiedzi nowej konsoli, mnóstwo świetnych tytułów, rozmaite afery i emocje. Doskonałe podsumowanie roku z perspektywy growej znajdziecie na Eurogamerze i Polygonie. Miłym polskim akcentem było zauważenie przez “Politykę” gier wideo i utworzenie w Paszportach Polityki kategorii Kultura Cyfrowa – wśród nominujących znajdziecie parę nazwisk które pojawiały się na Jawnych Snach, w tym Pawła Schreibera i niżej podpisanego.

20160221_095252

Czytaj dalej →

Podsumowanie 2015

sirTerryDeath2015 to był dla mnie rok ciężki, a zarazem ambitny rok. Z rzeczy przykrych (nie wnikając w szczegóły, bo raz że zanudzę, a dwa że mogę się rozkleić), między innymi zmarł jeden z moich kotów oraz w trybiem nagłym hospitalizowano mojego Tatę. W maju i czerwcu miałem zatem dni w trakcie których rano jechałem z kotem do weterynarza na kroplówkę, potem do pracy, a wieczorem do Taty do szpitala. Czasem zaś odwrotnie – w sensie że rano Tata, wieczorem kot, nie że z kotem do szpitala, a z Tatą do weterynarza. Z rzeczy pozytywnych, acz również obciążających czasowo i nerwowo, na początku roku awansowałem, co pociągnęło za sobą znaczne zwiększenie ilości obowiązków i częstotliwości podróży służbowych. Ponadto wcześniej już szwankujące, a obecnie dociążone dodatkowymi stresami zdrowie zasygnalizowało, że czas ponaprawiać to i owo, bo źle się skończy. Wzrosły więc nakłady czasowe i pieniężne na lekarstwa i lekarzy (tyle dobrego, że z pozytywnymi rezultatami). Do tego 2015 jest rokiem w którym pożegnaliśmy Terry’ego Pratchetta, jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, co wstrząsnęło mną bardziej, niż się tego spodziewałem. Czytaj dalej →

Podsumowanie 2014

Jeśli idzie o gry wideo, to w 2014 roku słowem kluczowym było dla mnie “rozczarowanie”. Rozczarowanie nowymi konsolami i tym co sobą reprezentują (brak szacunku dla klienta, nachalny DRM, płacenie za tryb online). Rozczarowanie starymi konsolami (odwrót Sony od PS Vita, coraz słabszy PS+, bieda-wersje gier na nowe konsole). Rozczarowanie konkretnymi tytułami (nędzne “Dark Souls II”, nudnawe “Banner Saga”, leniwe reedycje HD). Rozczarowanie Kickstarterem (niewypały, naciąganie, krętactwa Double Fine). Rozczarowanie grową prasą (przedłużona agonia “LAG-a”, żałosne konwulsje “Secret Service”, cichy upadek “GRAMY!”). Rozczarowanie pisaniem o grach (z małymi wyjątkami żałosne stawki, konserwatyzm niektórych decydentów, inne kwestie, o których na razie zmilczę). Rozczarowanie samymi graczami (durnowate komentarze pod artykułami, obleśne #gamergate).

Czytaj dalej →

Podsumowanie 2013

Na Jawnych Snach w ostatnich latach powstała nowa świecka tradycja robienia podsumowania roku. Paweł Schreiber dostarcza celne obserwacje trendów w świecie gier, ja zaś quasi-blogaskowe wstawki o tym, w co grałem i co mi się spodobało lub nie spodobało. Uprzedzam z góry, żeby uniknąć kwaśnych komentarzy, bo ktoś spodziewał się czegoś innego: jeśli chcecie treściwą listę best of, zapraszam do Pawła, tu jest mój kawałek podłogi. Tekst może być długi, a ponadto zawierać śladowe ilości kotów, dramy i rzewnego pitolenia. Innymi słowy, zostaliście ostrzeżeni.

Parafrazując Sapkowskiego, wbrew przepowiedniom Majów świat nie skończył się w 2012. Ale i tak było ciekawie.

Czytaj dalej →

Obowiązkowe podsumowanie 2012

(Wydaje się jakbym dopiero co pisał podsumowanie 2011, a tu już przychodzi pożegnać się z 2012. Przerażające, jak ten czas leci.)

Co niezbyt zaskakujące, po zeszłorocznym szaleństwie, w tym roku grałem mniej. Doprecyzowując: kupiłem tyle samo gier, ale pograłem w mniejszą liczbę tytułów, także godzinowo per saldo chyba jednak krócej. Po części wiąże się to ze zmianą pracy (naprawdę dużo godzin spędzam w robocie i mam mniej czasu na granie), a po części z tym, że zachłysnąwszy się PlayStation 3 w zeszłym roku, w tym już trochę ochłonąłem.

Jeśli miałbym mijający rok 2012 podsumować pod kątem gier, to powiedziałbym jedno: tak udanego roku z punktu widzenia gracza nie było już dawno. Mnóstwo wspaniałych tytułów, nadzwyczajny urodzaj na świetne gry niezależne, kilka naprawdę świeżych pomysłów – w skrócie, bawiłem się jak Zorba Grek, a na dodatek zostało mi jeszcze parę pudełek na kolejny rok, bo po prostu nie dałem rady ograć wszystkiego. Trendy doskonale podsumował Paweł Schreiber w swoim tekście, ja zaś pozwolę sobie podzielić osobistymi wspominkami o moim graniu A.D. 2012 (“Dad, no one wants to hear your stupid Vietnam stories!”) oraz planach na kolejny rok. Blogasek mode on.  Czytaj dalej →

Subiektywne podsumowanie 2011

Z growej perspektywy ubiegły rok był dla mnie absolutnie niesamowity. W styczniu kupiłem sobie Playstation 3, opuściłem coraz bardziej mnie irytujący świat PC gamingu (szczegóły poniżej) i zanurzyłem się w ciepłe wody konsolowego grania. Choć zabierałem się do tego ostrożnie jak nie przymierzając kot do jeża, to jak na razie jestem zachwycony („Królowa jest zachwycona! My jesteśmy zachwyceni! – darł się kot”). Wielki ekran, rozmach, widowiskowość, wygodne sterowanie i ergonomiczne kontrolery, łatwość uruchomienia, często świetnie wykorzystany force feedback, dodatkowy antyaliasing wynikający z odległości od monitora i mojego krótkowidztwa, brak użerania się ze sprzętem i sterownikami, fantastyczne tytuły nieobecne na pecetach. Do tego nie ma mieszania pracy i rozrywki, siadam i gram, nie wyskakuje okienko komunikatora, nie muszę upgrade’ować tego czy owego, nie myślę o pracy przy graniu. Mógłbym tak długo wymieniać, ale myślę że już rozumiecie: macie do czynienia z konwertytą, eks-pececiarzem, świeżo nawróconym fanbojem Sony.

Wrota do lepszego świata… ba, do wielu!

Czytaj dalej →