Podsumowanie 2015

sirTerryDeath2015 to był dla mnie rok ciężki, a zarazem ambitny rok. Z rzeczy przykrych (nie wnikając w szczegóły, bo raz że zanudzę, a dwa że mogę się rozkleić), między innymi zmarł jeden z moich kotów oraz w trybiem nagłym hospitalizowano mojego Tatę. W maju i czerwcu miałem zatem dni w trakcie których rano jechałem z kotem do weterynarza na kroplówkę, potem do pracy, a wieczorem do Taty do szpitala. Czasem zaś odwrotnie – w sensie że rano Tata, wieczorem kot, nie że z kotem do szpitala, a z Tatą do weterynarza. Z rzeczy pozytywnych, acz również obciążających czasowo i nerwowo, na początku roku awansowałem, co pociągnęło za sobą znaczne zwiększenie ilości obowiązków i częstotliwości podróży służbowych. Ponadto wcześniej już szwankujące, a obecnie dociążone dodatkowymi stresami zdrowie zasygnalizowało, że czas ponaprawiać to i owo, bo źle się skończy. Wzrosły więc nakłady czasowe i pieniężne na lekarstwa i lekarzy (tyle dobrego, że z pozytywnymi rezultatami). Do tego 2015 jest rokiem w którym pożegnaliśmy Terry’ego Pratchetta, jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, co wstrząsnęło mną bardziej, niż się tego spodziewałem.

Cóż się zatem dziwić, że w natłoku wydarzeń ucierpiało zarówno granie, jak i pisanie o graniu. Niewiele artykułów wyszło spod mojej ręki w 2015-tym, i to głównie w ciągu pierwszych miesięcy. Na Gramie napisałem dwie recenzje (“Sunless Sea” i “Hotline Miami 2”), jeden reportaż (z łódzkiego studia tworzącego “SuperHot”), jeden tekst okolicznościowy (11 marca, rocznica tragicznego tsunami w Japonii) i cztery odcinki z cyklu “Polacy Nie Gęsi”, w którym opisywałem polskich pisarzy i ich książki, na podstawie których mogłyby powstać gry wideo. Na Jawnych Snach z kolei pojawiło się parę drobiazgów – jeśli jakimś cudem Was ominęły, to wystarczy kliknąć na moim nazwisku pod tytułem tej notki, by się do nich dobrać. Poza tym napisałem też dłuższy tekst o pixel arcie, który znajdziecie w książeczce towarzyszącej talii kart z firmy Trefl, utrzymanej w tej właśnie stylistyce.

Wygodniałe Zombi

Jednym z efektów wspomnianych wyżej przykrych wydarzeń było to, że w 2015 ze znacznym poślizgiem odkryłem piękno grania mobilnego (tak to się określa po polsku?). Po części dlatego, że przydzielono mi fajną służbową komórkę, a po części z powodu czasu spędzonego w samolotach, na lotniskach i w szpitalnych poczekalniach. W końcu komórkę ma się zawsze przy sobie i dosyć długo trzyma na baterii – a z Vitą, laptopem czy DSem różnie to bywa. Sam nigdy nie ceniłem sobie telefonów i szkoda mi było na nie pieniędzy, więc zawsze byłem właścicielem czegoś taniego i niezbyt mocnego. Mój pierwszy i póki co ostatni smartfon to jeden z wczesnych Windows Phone’ów, na wsparcie którego wypiął się zarówno Microsoft, jak i producent, w wyniku czego poza najbardziej podstawową funkcjonalnością prawie nie było na niego programów, a z gier – “Angry Birds” i bodajże “ilomilo”. Firmowy sprzęt wszelakoż należał do kategorii flagshipów, czyli najpotężniejszych bestii w ofercie, dumnie pokazywanych w reklamach papierowych, internetowych i telewizyjnych, jak również demonstrowanych na standach w galeriach handlowych i na targach elektroniki. Oznaczało to, że po raz pierwszy w życiu mogę sobie grymasić i przebierać w tytułach z oferty Google’owego sklepu.

Na początek trochę pogralem sobie w nowego “X-COMa”, ale później odpuściłem, bo lepiej prezentuje się jednak na dużym ekranie. Polecane kiedyś na łamach Jawnych Snów “Monument Valley” nieco mnie znudziło – rzecz jest ładna, ale prościutka i niewymagająca. Inna polecanka, czyli “Little Inferno”, przykuło mnie na parę godzin, podczas których paliłem w tytułowym piecyku coraz bardziej dziwacznymi przedmiotami, po to by zadumać się poważnie nad sensem zakończenia. Jeśli jeszcze nie graliście – warto. Przeglądając zaległe tytuły z Humble Bundle odświeżyłem sobie “Karatekę”, klasyczny tytuł autorstwa Jordana Mechnera w który grałem bodajże na Amstradzie (ale mogło to być też wczesne PC). Jak tylko otarłem łzy nostalgii, stwierdziłem że granie w toto bez fizycznej klawiatury jest jedną wielką pomyłką. Pobawiłem się też “Waking Mars” i “Shivah”, ale obie gry sugerowałbym raczej przechodzić na komputerze.

krush_skrinszot

Cholernie wciągnęły mnie trzy odsłony “Kingdom Rush” (pierwsza jest dostępna za darmo, jak pierwsza działka u dilera), śliczne, zabawne i piekielnie grywalne. Planowałem nawet napisać o nich artykuł, ale nikt nie był zainteresowany, a w czynie społecznym mi się nie chciało. Przy “Kingdom Rush” straciłem także dziewictwo w kwestii płacenia za nieistotne dodatki, najpierw dokupując postać anielicy do pierwszej części (żeby chociaż symbolicznie wrzucić pieniążek twórcom gry), a potem pandy do części trzeciej (wzorowana na Po z “Kung-fu Pandy”, strasznie przypadła mi do gustu).

Dogrywałem też ostatnie rzeczy na Vicie, z tych samych przyczyn jak powyżej oraz dlatego, że automatycznie przedłużyło mi się PS Plus. Co prawda wyłączałem kiedyś tę opcję, ale jakoś “magicznie” znowu się włączyła – kolejny kamyczek do ogródka Sony (patrz podsumowanie roku 2014). “Hotline Miami 2”, tak samo jak świetna jedynka, jest jakby dedykowany na tę konsolę, ale irytują mało precyzyjne gałki. Trochę pograłem w “Super Meat Boy”, które – o dziwo! – znacznie lepiej smakowało mi na Vicie niż na pececie. Po uszy wciągnąły mnie genialny “The Swapper”, którego z tego miejsca polecam absolutnie wszystkim i rewelacyjne “Child of Light” ze swoim melancholijnym klimatem i akwarelową oprawą graficzną. Napad nostalgii zafundował mi “Rock Boshers DX”, do wyboru w kolorach ZX Spectrum lub NES-a. Dla równowagi retro “Shovel Knight” pozostawił mnie obojętnym, zaś na inne gry z tego roku było mi szkoda czasu i z litości spuszczę na nie zasłonę milczenia.

2015-05-17-110641

Na PC (jeśli idzie o ścisłość, to zarówno na prywatnym Maku, jak i służbowym Dellu – ale nie czepiajmy się systemu operacyjnego, Intel jest Intel) najpierw walczyłem z “Sunless Sea”. Rzecz jest klimatyczna, ma świetne pomysły, ale mechanika gry jest słaba i źle zbalansowana. Pół roku później skusiłem się na “Invisible Inc.”, które okazało się być jedną z najlepszych gier w tym roku i dołączyło do grona tytułów, które są na stale zainstalowane na każdym moim komputerze. Paweł pisał w Pixelu (jaka ładna aliteracja!), że “Invisible Inc.” jest doskonałym generatorem opowieści i jest tu coś na rzeczy: warstwa fabularna jest ledwie naszkicowana, ale momenty w których coś poszło nie tak i usiłuje się już tylko wyciagnąć z akcji chociaż część swoich ludzi zostają w pamięci na długo.Po drodze pobawiłem się “Thief Gold”, ale jednak nader prosta warstwa wizualna powoduje, że ciężko mi się wczuć w świat wielokątów. Wiem że są upiększacze, ale to z kolei trochę zmienia grywalność, a poza tym wymaga mocniejszego sprzętu, więc odpuściłem sobie temat. Zanurzyłem się też w odmęty szaleństwa “Knock Knock”, ale jakoś nie chwyciło – nie rozumiem o co chodzi w tej grze i nie umiem się w nią wczuć.

Ostatnia Szarża Deckarda

Na PS3 w styczniu dokończyłem “Far Cry 3” i nadal uważam że to świetna gra, ale druga wyspa to już trochę nie to. Na promocji wreszcie upolowałem oba dodatki do “Bioshock: Infinite” i bardzo się rozczarowałem. Jakbym za to zapłacił pełną cenę, to pewnie srogo bym się zdenerwował. Przekombinowane, udziwnione, na siłę próbujące spiąć pierwszego “Bioshocka” z ostatnim, w dodatku ni cholery nie pasowały mi klimatem ani do jednego, ani do drugiego. Również po taniości kupiłem “The Wolf Among Us”, który okazał się być kapitalnym interaktywnym filmem – naprawdę szkoda, że gry od Telltale są tak liniowe, bo gdybym tylko miał nadzieję na eksperymenty z inną ścieżką fabularną, to z chęcią zanurzyłbym się w ten świat ponownie. Kolejna wyprzedaż zaowocowała dubletem DLC do “Dishonored”, które gorąco polecam każdemu fanowi gry. Klimatyczne, ponurawe, z różnymi wariantami finału, a do tego świetnie wpasowane obok głównego wątku. Ponadto Daud, morderca do wynajęcia, tytułowy “Nóż Dunwall”, obecnie targany wyrzutami sumienia po zgładzeniu cesarzowej, wydaje mi się ciut ciekawszym bohaterem niż milczący Corvo, dobry rycerz bez skazy i zmazy.

W październiku złamałem się i za pieniężny ekwiwalent jednej gry na PS4 nabyłem Nintendo DSi XL. Tyle słyszałem o wspaniałych tytułach, których grywalność bije na głowę te ze stajni Sony, że chciałem spróbować, by przełamać trochę znudzenie i wzbierające rozczarowanie moją dotąd ulubioną rozrywką. Jako pierwsze skończyłem “Advance Wars: Days of Ruin”, co było dość niespodziewane. Włączyłem ją tylko na chwilę, żeby zobaczyć jak smakuje ta odsłona w nieco mniej kolorowym i beztroskim klimacie, a trzy tygodnie później rzucałem brzydkie słowa w eter, walcząc z końcowymi misjami. Napocząłem też duzo innych gier z flagowych serii Nintendo, jak “Phoenix Wright”, “Profesor Layton”, “Trauma Center”, “Castlevania” czy “Shin Megami Tensei”, ale jakoś żadna z nich specjalnie mnie nie wciągnęła. Pograłem też trochę w “Ghost Trick: Phantom Detective”, gdzie stosunkowo szybko się zaciąłem, i w “Radiant Historia”, które przypomniało mi za co tak nie lubię jRPGów. Podejrzewam, że za jakieś dwa, trzy miesiące będę tę konsolę sprzedawał. Zobaczymy.

Moje “Top Ten” za rok 2015 wygląda zatem następująco (kolejność nie gra roli):

  • The Wolf Among Us (PS3)
  • The Swapper (Vita)
  • Kingdom Rush (komórka)
  • Invisible Inc. + DLC (PC)
  • Child of Light (Vita)
  • Little Inferno (komórka)
  • Hotline Miami 2 (Vita)
  • Sunless Sea (PC)
  • Dishonored DLC (PS3)
  • Rock Boshers DX (Vita)

Z powyższej listy tylko drugie “Hotline Miami”, “Sunless Sea” i “Invisible Inc.” weszły na rynek w tym roku, zaś spośród tej trójki wybór jest prosty: moją grą 2015 zostaje zatem “Invisible Inc.” (z dodatkiem lub bez). Fanfary, konfetti etc. W każdy z wymienionych tytułów warto jednak zagrać, jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji. I na tej optymistycznej nucie zakończmy – Wesołych Świąt!

1804_05b5

12 odpowiedzi do “Podsumowanie 2015

  1. Void

    A miałem wrażenie że Invisible Inc. przeszło bez uwagi. Dla mnie to także gra roku. Konkurencja – jak Hard West – eliminuje się sama brakiem możliwości wykonania zapisu stanu gry w dowolnym momencie. Odkąd mam małą córkę – takie podejście do gracza to ogromny minus.
    Invisible Inc. i Mark of the Ninja poważam tak mocno, że Klei wydaje się studiem potrafiącym wypuszczać hit za hitem. (Don’t Starve też mi się podobało, ale jednak nie tak bardzo jak te dwie wspomniane wyżej)

    Odpowiedz
    1. Bartłomiej Nagórski Autor tekstu

      Jak widać dla mnie również, a i Paweł bardzo ciepło się o niej wypowiadał w „Pixelu”. Ciekaw jestem czy dostanie GotY na RockPaperShotgun – chyba jeszcze nie przewinęło się w ich growym kalendarzu adwentowym. Najlepszym potwierdzeniem mojego romansu z „Invisible Inc.” jest to, że ukończyłem grę już coś koło czterech razy, w tym raz z DLC (a nie wliczamy w to trybu Endless). Skrinszot w tekście powyżej pochodzi z ostatniego poziomu na trudności Expert – i udało mi się go przejść, mimo że musiałem poświęcić paru agentów. A w ogóle zauważyłeś że tytuł gry jest jednocześnie elokwentną grą słów i megaspojlerem?

      Odpowiedz
      1. GameBoy

        Przewinęło się już Invisible Inc. na RPS.
        Grą roku zostanie najpewniej albo Wiedźmin 3 albo Rocket League.

        Odpowiedz
      2. Void

        > A w ogóle zauważyłeś że tytuł gry jest jednocześnie elokwentną grą słów i megaspojlerem?
        Nie zauważyłem. Zresztą w mojej świadomości gra nazywa się „Incognita”.

        Odpowiedz
        1. Bartłomiej Nagórski Autor tekstu

          Otóż tak, „Invisible Inc.” można tłumaczyć jako „Niewidzialni, Spółka z o.o.” (tak, rodzaj spółki dobrałem tendencyjnie, nie w detalu sprawa) i to jest pierwszym skojarzeniem. Ale również można rozwinąć jako „Invisible Incorporated”, czyli dosłownie „Niewidzialny, Wcielony” lub „Niewidzialna, Wcielona” – kojarzy Ci się z czymś? :)

          Odpowiedz
  2. Bartłomiej Nagórski Autor tekstu

    A w ogóle, to mam jeszcze trochę zaległości z tego roku – polecane tu w komentarzach „Life is strange”, dziwaczne „Undetale”, retro „Downwell”, gogowa wersja „Zak McKraken”, no i numero uno na liście, to jest „Wiedźmin 3” (jak zawsze kupiony, ale nieograny).

    Odpowiedz
    1. Bartłomiej Nagórski Autor tekstu

      „Undertale” na razie na nie i nie wiem czy dam radę dotrwać do końca.

      „Downwell” wściekle uzależnia, bardzo przyjemna rozrywka na porcje po pięć-dziesięć minut.

      Pozostałych jeszcze nie było kiedy (albo na czym, hint, hint, „Wiedźmin 3”).

      Odpowiedz
    1. Bartłomiej Nagórski Autor tekstu

      Wstyd przyznać, ale „Undertale” jakoś w ogóle mi nie chwyciło. Zmuszam się do brnięcia dalej, ale drażni mnie prostacka oprawa graficzna, irytuje mechanika, a empatia w ogóle mi się jeszcze nie włączyła. Rozśmieszył mnie tylko kwiatek (kto grał, ten wie).

      „Dropsy” na skrinszotach robi mi wszystko naraz. Nie wiem czy się odważę.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *