Prawo do obrony

Miałem napisać zwykły komentarz w odpowiedzi na zarzuty Admirała Udko pod moimi kombatanckimi wspominkami z wczoraj, ale uznałem, że forma otwarta ma jednak większy sens. Ten spór jest ważny i nie dotyczy wyłącznie mojej interwencji w sprawie „Death to Spies”. Dotyka takich kwestii, jak etyka i etos dziennikarza czy też granice prawa społeczeństwa oraz obywatela do obrony.

Admirał Udko napisał:

Ech, nie, nie, nie, jeszcze raz nie.
Nie można zdemaskować kłamstwa bez wystawienia się na kłamstwo. Zablokowanie polskiej premiery „Death To Spies” odebrało jedynie okazję do nadania rozgłosu prawdziwej historii o zbrodniarzach ze Smierszy, z pewnością zaś nie zablokowało możliwości zagrania w tę grę w Polsce. Ciężko nawet powiedzieć czy w jakikolwiek sposób ją utrudniło. Dostęp do platform dystrybucji cyfrowej jest przecież globalny.

Nie wolno tak. Brudy należy prać, a nie upychać na dnie szafy. Przede wszystkim zaś, żaden człowiek nie powinien przyznawać sobie prawa do decydowania o tym jaka treść będzie dostępna reszcie społeczeństwa.

A oto moja odpowiedź.

***

W nieco lepszym niż zastany świecie, gdzie wskazane przez Ciebie mechanizmy rzeczywiście istnieją, pewnie miałbyś rację. Poczekać, aż gra się ukaże – i wtedy wypalić jej w łeb z przyłożenia. Nagłośnić zbrodnie stalinowskich służb specjalnych, wyprostować błędne opinie tych, którzy o agentach Smierszy myślą jak o niezłomnych herosach stawiających z poświęceniem czoło wyzwaniom okrutnej wojny, by pokonać zło… Niestety, to tak nie działa.

Te paręnaście lat praktyki w mediach nauczyło mnie, że na rynku informacji rządzi analogiczny mechanizm, jak ten opisany przez Kopernika w regule o pieniądzu. Otóż informacja zła (szkodliwa, fałszywa, oczerniająca itd.) wypiera informację dobrą. Wrzuć w sieć jakieś podłe pomówienie o Bogu ducha winnym człowieku – będzie się to za nim ciągnąć latami, bez względu na liczbę i rangę głosów przeciwnych, dowodzących, że to kompletna bzdura. Raz spaczone przekonanie bardzo trudno jest wyprostować. Kał zawsze przebije wonią aromat rosnących wokół obficie fiołków.

Dostępną na półkach sklepowych grę kupiłoby mnóstwo osób, do których potem nigdy nie dotarłoby tłumaczenie, że wcielali się w bandytów na usługach totalitarnego systemu, katów ich własnych dziadków. Naprawdę, większość by nigdy o tym nie usłyszała. Wiesz, że gdy wybuchł „skandal” z zablokowaniem premiery „ciekawej gry”, napisałem o tym tekst na całą stronę w „Kulturze”? Ukazał się potem w paru miejscach w sieci, odbił się silnym echem między innymi na witrynie Polygamii – a przecież nawet Ty, sądząc po Twoich wypowiedziach, tych słów nie przeczytałeś.

Zakładając nawet optymistyczną wersję, że tym, którzy kupili „Death to Spies”, coś jednak obiłoby się o uszy – nie doceniasz potęgi pierwszego wrażenia. No i jak kogoś przekonać, że coś, co można kupić legalnie w polskim sklepie, niesie tak toksyczne przesłanie?… Sankcjonowanie autorytetem jest w stanie uwiarygodnić największe nonsensy.

Cela w byłej siedzibie Głównego Zarządu Informacji Wojskowej przy ulicy Oczki w Warszawie (zdjęcie ze zbiorów MON)

To tylko jeden z powodów, dla których ta gra nie powinna trafić do oficjalnego obiegu. Pytasz – domyślnie – kto dał mi prawo do decydowania o tym, jaka treść będzie dostępna reszcie społeczeństwa. A ja pytam: kto ma prawo zakazywać mi podejmowania działań zgodnych z moim osądem i sumieniem? Zrobiłem to, co uznałem za słuszne i do czego czułem się moralnie zobowiązany. Ta gra to splunięcie w twarz nam wszystkim, obraza pamięci ofiar stalinowskich służb specjalnych, które wśród Polaków zebrały krwawe żniwo. Notabene, czy wiesz, kim byli oprawcy z Informacji Wojskowej – słynącej ze skrajnego okrucieństwa – w samych początkach jej istnienia? Wśród oficerów nawet nie było Polaków. To była Smiersz przebrana w polskie mundury.

Gdybym biernie przyglądał się wprowadzaniu tej gry do sklepów, podczas gdy akurat właśnie ja byłem w stanie coś z tym zrobić, czułbym się współwinny.

Swoboda w wyrażaniu zdania to cenny przywilej społeczeństw demokratycznych, ale błędne zrozumienie tego przywileju jako anarchii informacyjnej summa summarum i społeczeństwu, i jednostkom szkodzi. Prowadzi do przemocy i ograniczenia wolności. Społeczeństwo, jak i każdy obywatel z osobna – w tym ja – mają prawo się przed tym bronić.

Przykładowo, jako obywatel – gdybym tylko miał taką władzę – zrobiłbym wszystko, by zapobiec publikowaniu treści oszczerczych, szerzących nienawiść i rozgrzeszających przemoc wobec „tych innych, gorszych”. Kompletnie się nie przejmując, że ktoś mi zarzuci kneblowanie trybunów, z których opinią polskie społeczeństwo ma jakoby prawo się zapoznać, by samemu wyrobić sobie zdanie. Na marginesie: zdecydowanie zbyt wysoko oceniasz zdolność społeczeństwa do samodzielnego wyrabiania sobie opinii. Jako facet, który spędził niemal całe zawodowe życie w mediach, ze smutkiem Cię zapewniam, że nasze społeczeństwo jest wysoce podatne na demagogię.

Dajcie mi magiczne pudełko z czerwonym przyciskiem, którym byłbym w stanie w jednej chwili anihilować te wszystkie pisemka o rzekomych spiskach mędrców Syjonu sprzedawane w przykościelnych sklepikach, te drukowane jakoby z troską o dokumentowanie historii podłości Josepha Goebbelsa, cały ten szczujący ludzi na ludzi, judzący, usprawiedliwiający czynienie zła, tworzący pożywkę pod przyszłe potworności syf – a nawet chwili się nie zawaham. Howgh.

39 odpowiedzi do “Prawo do obrony

  1. Admirał Udko

    Olaf, nie będę pisał długiej odpowiedzi, bo i tak się nie zgodzimy. Odniosę się do tekstu możliwie krótko

    1. Twoje sumienie i przekonania się nie liczą jeśli decydujesz się użyć swojej pozycji jako dziennikarza tylko dlatego, że poczułeś się urażony. I nie ma znaczenia jak bardzo urażony się poczułeś i jak daleko i szeroko sięga Twoje spojrzenie na problem. Dziennikarze, tak samo jak lekarze, sędziowie czy politycy, otrzymują zestaw przywilejów w zamian za to, że użyją ich dla określonych celów, a nie dla przeprowadzania prywatnej, zakulisowej kampanii.

    2. Nie jesteś sumieniem narodu i nie do Ciebie także należy wykorzystywanie swojej pozycji na podstawie własnej oceny jego umysłowego stanu. Nie po to ta pozycja, jako dziennikarza, została Ci dana. Nikt nie ma prawa do życia bez bycia urażonym, a to, że uważasz, że żyjesz pośród społeczeństwa głupiego i podatnego na manipulację, jest nie jest tu istotne. Zwłaszcza, że mówimy o grze, w przypadku której większość graczy rzeczywiście może nie wiedzieć jakiego rodzaju organizację reprezentuje jej bohater. Będą raczej grali w błogiej nieświadomości, a nie myśleli „hehehe, w sumie to fajnie, że Smiersz likwidowała AK-owców, damn, zabili mnie”.

    3. Tak jak pisałem – jestem za tym, by w Polsce można było kupić w księgarni „Mein Kampf” (tak, czytałem) – tak samo jak można obejrzeć „Fatherland” (pozytywnie przedstawiony oficer SS!) czy zakupić dzieła zebrane Lenina albo też, skoro już mówimy o grach, pójść do Media Marktu i zdjąć z półki „Day of Defeat”, gdzie jako żołnierz Wehrmachtu strzelasz do Brytyjczyków i Amerykanów. Pamiętniki zbrodniarzy, relacje pracowników reżimowych służb specjalnych, notatki Stalina, autobiografie członków partii komunistycznych, koszulki z Che, „Czterej Pancerni i pies”, czy wreszcie żartobliwie traktująca sowiecką Rosję seria „Red Alert” – wszystko to powinno być dostępne jeśli ktoś zechciałby tylko sięgnąć. Dokładnie tak samo jak sięgnąć można po PRL-owską propagandę w kolekcjach na DVD (jakże „cool” są te propagandowe filmy!). Próbując ograniczyć dostęp do tego typu treści wcale nie zapobiegniesz rozpowszechnianiu się zbrodniczych ideologii – te bowiem rodzą się tak czy inaczej i to właśnie brak pamięci o wcześniejszych ich odmianach może być zgubny. Informacyjny „kał”, jak to nazywasz, powinien być dostępny. Dzięki niemu pamiętamy, że świat to nie tylko motylki i morski zapach odświeżacza do łazienki.

    BTW, tekst na Polygamii, jak się okazuje, widziałem, tylko kompletnie wyleciał mi z pamięci. „Kultury” nigdy nie czytałem, co najwyżej „Europę”, więc nie mogłem trafić na Twój felieton na papierze.

    Odpowiedz
      1. Olaf Szewczyk Autor tekstu

        @Admirał Udko

        Jasne, że nie traktuję tego jako atak :). I nie liczyłem na to, że się ze mną zgodzisz. Po prostu jasno wyraziłem swoje zdanie. Z pełną świadomością, jakie wywoła reakcje.

        Kompletnie się różnimy w kwestii tego, co mi wolno jako dziennikarzowi – i obywatelowi – a czego nie. Więcej – różnimy się nie tylko w kwestii moich praw, ale i moich powinności. Wszystko co najważniejsze powiedziałem już jednak w tej sprawie wcześniej, nie ma sensu powtarzać argumentów – nie trafiają do Ciebie, ja to szanuję, kropka.

        Tu uwaga na marginesie do pewnego osobnika, który chciał w tym wątku dopisać komentarz: proszę jeszcze raz, tym razem bez jadu. W Jawnych Snach takiego tonu się nie toleruje – wobec nikogo, nie tylko mojej osoby. Merytoryczna i uprzejma krytyka jest natomiast zawsze mile widziana.

        Odpowiedz
        1. Admirał Udko

          Logika Twoich argumentów jak najbardziej do mnie trafia. Rozumiem ją na poziomie czysto analitycznym, po prostu rozmijamy się na poziomie głębszych przekonań.

          Dzięki za dobry tekst!

          Odpowiedz
  2. Roman Książek

    >tak samo jak można obejrzeć „Fatherland” (pozytywnie przedstawiony oficer SS!)

    Ale przecież ten „pozytywnie przedstawiony oficer SS” w latach 60. XX w. (alternatywna historia!) doprowadza do ujawnienia zbrodni ludobójstwa dokonanych przez hitlerowskie Niemcy w czasie II wojny światowej. Zaś z powyższego cytatu można odnieść wrażenie, że to, nomen omen, szeregowy przedstawiciel tej formacji… Więcej uwagi, kiedy pisze się o (fikcyjnych) oficerach, Admirale!

    Odpowiedz
    1. Admirał Udko

      Byłem ciekaw, czy padnie ten argument. Zauważ, że Niemcy w „Fatherlandzie” są nadal Niemcami hitlerowskimi i nazistowskimi. Zbrodnie wojenne nazistów zostały ukryte, niemniej totalitarny charakter państwa przetrwał. Mamy więc ciągle do czynienia z oficerem nazistowskiego aparatu policyjnego, który został przedstawiony jako posiadający sumienie bohater pozytywny. I o to się właśnie rozchodzi, bo to są IMHO paralele z takimi utworami jak „Death to Spies”. Pozostają też inne przykłady, jak żartobliwy „Red Alert”.

      Odpowiedz
      1. Roman Książek

        >Byłem ciekaw, czy padnie ten argument.
        MiSZCZowski manewr, Admirale!

        >Mamy więc ciągle do czynienia z oficerem nazistowskiego aparatu policyjnego, który został przedstawiony jako posiadający sumienie bohater pozytywny.

        Eee, tam. Rzeczony oficer to po prostu figura detektywa (tak jak Wilhelm z Baskerville w „Imieniu Róży” Eco). Mechanicznie zastosowana analogia nie zawsze działa, Admirale (z tego samego powodu odradzam powoływanie się na postać kapitana Wehrmachtu w „Pianiście” Polańskiego…).

        Odpowiedz
        1. Admirał Udko

          Żaden manewr, gdy pisałem komentarz do tekstu Olafa, dosięgnęła mnie dokładnie ta sama wątpliwość!

          Natomiast będę się upierał, że to jest dobra analogia, bo chodzi właśnie o pozytywne przedstawienie członka zbrodniczej organizacji oraz, dodatkowo, ewentualnie „neutralny” obraz samej instytucji. SS w „Fatherlandzie” wciąż była zbrodnicza, co do tego nie mam wątpliwości – była to bowiem SS we wciąż hitlerowskich Niemczech.

          Odpowiedz
          1. Roman Książek

            Przede wszystkim: „Fatherland” to fikcja (umieszczanie go więc między „Mein Kampf” a dziełami Lenina jest mocno naciągane), co pociąga za sobą konsekwencje:

            a) logiczne (świat przedstawiony): w państwie totalitarnym detektyw „z urzędu” musi należeć do jakiejś „niezbyt ciekawej organizacji”,

            b) wynikające z konwencji: główni bohaterowie „Łowcy androidów” i takiego „Equilibrium” też – jeżeli dobrze pamiętam – nie byli członkami Czerwonego Krzyża tudzież organizacji Lekarze bez granic.

            PS [Lars mode on] Muszę przyznać, że te flagi ze swastykami w Paryżu (Rzymie?) wyglądają w filmowym „Fatherlandzie” niesamowicie [Lars mode off]

          2. Admirał Udko

            Taką samą fikcją jest przecież „Death to Spies”, to nie jest film dokumentalny. Ba, to właśnie ta fikcyjność jest tutaj problematyczna, bo nagle z agenta bezwzględnej organizacji, który siłą rzeczy musi być skrajnym draniem (skoro jest jej skutecznym członkiem), robimy obrońcę mateczki Rosji, walczącego z nazistami.

            W „Fatherlandzie” historia alternatywna nie przedstawia Germanlandu ze Śródziemia tylko nazistowskie Niemcy pod rządami Hitlera, będące bezpośrednim przedłużeniem Niemiec wojennych. Nie widzę powodu, dla którego alternatywność historii miałaby tutaj coś zmieniać. Symbole są te same, SS to samo, Hitler także ten sam. To wszystko jest doskonale rozpoznawalne. Zgodnie z Twoim rozumowaniem, można byłoby przecież nakręcić film otwarcie pochwalny dla SS, gdyby tylko owo SS było elementem zmienionej historii hitlerowskich Niemiec (jednocześnie zachowując wszystkie cechy pierwowzoru).

            Wyobraź sobie, że „Blade Runner” nie pokazuje Deckarda tropiącego androidy tylko detektywa von Dekarda z SS, który wyłapuje Żydów. Po drodze zakochuje się on w Żydówce, a w wersji reżyserskiej filmu istnieją sugestie, że sam jest Żydem. Na tym poziomie ogólności, który według Ciebie miałby łagodzić odbiór „Fatherlandu”, jest to ta sama historia, więc wszystko powinno być w porządku. Jest fikcja – jest dobrze.

            Tymczasem odbiór jest zupełnie inny. Właśnie dlatego, że bohaterem już nie jest policjant z L.A. przyszłości ale członek hitlerowskiego aparatu przemocy i że mamy tu bezpośrednie odwołanie do znanej nam części historii. Na poziomie, który jest istotny w tej dyskusji, jest to już po prostu inna baśń.

            BTW, „Velvet Assassin” czeka na półce na swój czas. Jestem bardzo ciekaw tej gry, właśnie dlatego, że chciałbym przekonać się jak został potraktowany temat Violette Szabo.

          3. Borys

            @Admirał:
            „Wyobraź sobie, że „Blade Runner” nie pokazuje Deckarda tropiącego androidy tylko detektywa von Dekarda z SS, który wyłapuje Żydów. Po drodze zakochuje się on w Żydówce, a w wersji reżyserskiej filmu istnieją sugestie, że sam jest Żydem.”

            Genialna koncepcja! Piszę bez ironii i w zupełnym oderwaniu od kontekstu całej dyskusji. :) Sam to wymyśliłeś, czy też ktoś gdzieś kiedyś próbował w ten sposób analizować „BR”?

          4. Admirał Udko

            Wymyśliłem na potrzeby dyskusji ale porównania same się nasuwają, a przykład jednak zaoferował Roman :-) Ostatecznie „Blade Runner”, gdy popatrzeć na niego jak na historię o granicy człowieczeństwa i prześladowaniu, tworzy dość mroczny obraz Deckarda jako człowieka systemu. Tym się ostatecznie blade runnerzy parali – ściganiem i likwidacją podludzi.

  3. Natan

    Bardzo ciekawa dyskusja.
    Zgadzam się z Admirałem – z dwojga złego – cenzura prewencyjna kontra dostępność do wszystkiego – wybieram dostępność. Moim zdaniem rodzi mniej zagrożeń niż uzurpowanie sobie prawa do cenzury przez jakąkolwiek władzę – także tą czwartą (znaczy dziennikarzy). I to z jakiegokolwiek, nawet najbardziej szlachetnego powodu. Społeczeństwo obywatelskie jest społeczeństwem dyskusji, a żeby była dyskusja musi być materiał.
    Co do „Fatherlandu” – analogia Admirała do mnie przemawia. Rzeczona gra też jest utworem fantastycznym, choćby dlatego, że nie pokazuje prawdy o ruskim kontrwywiadzie ;). Myślę, że Fatherland nie odniósłby takiego sukcesu (i być może sporo by stracił na sile przekazu) gdyby nie odwoływał się do realnej historii i do wszystkim znanej symboliki hitlerowskiej.

    Odpowiedz
    1. Roman Książek

      @Natan
      >Zgadzam się z Admirałem – z dwojga złego – cenzura prewencyjna kontra >dostępność do wszystkiego – wybieram dostępność. Moim zdaniem rodzi >mniej zagrożeń niż uzurpowanie sobie prawa do cenzury przez jakąkolwiek >władzę – także tą czwartą (znaczy dziennikarzy). I to z jakiegokolwiek, nawet >najbardziej szlachetnego powodu. Społeczeństwo obywatelskie jest >społeczeństwem dyskusji, a żeby była dyskusja musi być materiał.

      Jaka „cenzura prewencyjna”? Olaf tylko poinformował wydawcę o medialnych konsekwencjach wydania „Death to Spies”, a raczej uświadomił o czym owa gra – w sensie historycznym – traktuje (stąd podziękowania wydawcy). Dla firmy był to pewnie kolejny tytuł do automatycznego uruchomienia „w sezonie”. Decyzja jednak należała do wydawcy, więc „trochę” się ta sytuacja różni od cenzury prewencyjnej. Jak mawia Adam Michnik: chciałbym mieć tę różnicę w dolarach. A raczej w euro.

      Odpowiedz
  4. Paweł Schreiber

    Ważna rzecz, która się tutaj trochę rozmyła – „Fatherland” to historia alternatywna, „Death to Spies” stanowczo nie. To, że oba są dziełami fikcji, to zupełnie inna sprawa. „Trylogia” Sienkiewicza jest pełna historycznych przekłamań, wyraźnie modyfikuje losy faktycznie istniejących ludzi (Wołodyjowski, Skrzetuski), ale nie można jej przypisać ukazywania historii alternatywnej – bo ta forma ma to do siebie, że od początku daje sygnały, że dotyczy wydarzeń, które nie miały miejsca. Jak np. Niemcy nazistowskie w latach 60-tych.
    Poza tym, „Death to Spies” nawet swoją fikcyjność na każdym kroku próbuje kamuflować – jednym z podstawowych sloganów reklamowych twórców jest to, że wszystkie misje są oparte na autentycznych operacjach radzieckiego kontrwywiadu. Przyznasz, Admirale, że to jednak zmierza w stronę konwencji dokumentalnej.
    Kwestia tego, czy „gra ukazuje prawdę o ruskim kontrwywiadzie” – bardzo dyskusyjna i bardzo zależy od punktu siedzenia. Z punktu widzenia przeciętnego Rosjanina (a czasem pewnie Polaka nieznającego historii swojego kraju) – to jak najbardziej prawda, bo przecież kontrwywiad zajmował się walką z hitlerowcami.
    Prawdziwe jest też twierdzenie, że 1 września 1939 ogromna ilość młodych Niemców wybrała się różnymi środkami transportu do Polski, czasem nawet bez paszportu, ale za to z wielkim entuzjazmem i wiarą w to, że Niemcy i Polacy będą mogli w przyszłości żyć w obok siebie w jednym opływającym w dostatki kraju.
    W kontekście Drugiej Wojny każdy naród pewnie ma pokusę do takiego selektywnego myślenia o sobie – Polacy zasadniczo nie kolaborowali i antysemityzm nawet przez myśl by im nie przeszedł, wszyscy Francuzi sympatyzowali z ruchem oporu, Amerykanie traktowali Niemki i Włoszki jak na dżentelmenów przystało itp. Ale największy oczywiście jest tu problem Niemców i Rosjan, którzy tworzą sobie najdziwniejsze mity, takie jak mit niewinnego żołnierza Wehrmachtu czy mit zły Stalin/dobry czerwonoarmista. O ile dobrze pamiętam, rama narracyjna „Death to Spies” to prawdziwy łamaniec ideologiczny – główny bohater jest więźniem na Łubiance. Bohaterski i niewinny oficer Smiersz odkrywa nagle, że w systemie, któremu służył, działa aparat przemocy. To nie naiwność autorów gry, tylko umiejętne korzystanie z niewiedzy – słówko „Smiersz”, z przyczyn nie do końca znanych, nie kojarzy się tak źle jak „NKWD”.
    Kompletna nieprawda jest przeważnie nieszkodliwa, a bywa bardzo stymulująca. Najgorsza jest półprawda.

    Odpowiedz
    1. Natan

      Z tego co wiem NKWD i Smiersz naprawdę się od siebie różniły. NKWD było przede wszystkim narzędziem terroru i z tym słusznie się wszystkim kojarzy. Smiersz był przede wszystkim kontrwywiadem. Co nie oznacza że nie wykonywał zadań terrorystycznych i politycznych. Tak, ma na swoim koncie wiele zbrodni. Służył w końcu totalitarnemu i bardzo okrutnemu państwu.
      Rosjanie mają teraz niezłą zagwozdkę tożsamościową. Dużo większą niż my i nasze niechlubne wątki z historii (które wypłynęły na wierzch m.in po książce Grossa o Jedwabnem). Zawsze możemy zakrzyczeć krytyków podając przykłady chlubne.
      A oni w latach 90 nagle skonfrontowali się z przerażającą prawdą o systemie w którym żyli, któremu służyli oni i ich ojcowie i dziadkowie. Nie dziwię się że teraz dokonują różnych sztuczek żeby jakoś wyjść z twarzą a jednocześnie
      nie przeczyć za bardzo historii. Psychologia nazywa to dysonansem poznawczym. Stalin jest jednocześnie wyzwolicielem Europy i największym zbrodniarzem w historii.
      No i przechodząc do gry – wyobraźmy sobie takiego Rosjanina co chce zrobić grę o współczesnej historii swego kraju. Ma niezły dylemat. Zresztą Rosjanie go trochę rozładowują w ten sposób że tworzą głównie gry fantasy :).

      Odpowiedz
      1. Olaf Szewczyk Autor tekstu

        @Natan: „Z tego co wiem NKWD i Smiersz naprawdę się od siebie różniły. NKWD było przede wszystkim narzędziem terroru i z tym słusznie się wszystkim kojarzy. Smiersz był przede wszystkim kontrwywiadem.”

        Myślę, że robisz błąd, nakładając dzisiejsze normy na tamtejszą sytuację. Dobrze jest uzmysłowić sobie, jakich ludzi stalinowski aparat terroru postrzegał wtedy jako szpionów. Ponadto, biorąc pod uwagę, że do Smierszy werbowano „najbardziej sprawdzonych towarzyszy”, w dużej mierze z kadr NKWD – i pamiętając, co wtedy znaczyło być „sprawdzonym towarzyszem” – łatwiej uzmysłowić sobie, kto służył w tej formacji.
        Przyjrzyj się choćby postaci Wiktora Abakumowa, dowódcy Smierszy, a będziesz wiedział, jakich dobierał sobie ludzi. Nawet wtedy budził grozę swym okrucieństwem. Uwielbiał osobiście torturować zatrzymanych.

        Nie mam pewności, bo nie widziałem liczb, znam sprawę tylko z przytoczeń, ale podobno najwięcej ofiar Smierszy wywodzi się z szeregów Armii Czerwonej. Z ciekawego paragrafu: za „podejrzenie o chęć dezercji”.

        Ujawniony niedawno „mały Katyń”, czyli mord na kilkuset akowcach złapanych w obławie augustowskiej, też raczej trudno zaliczyć do rutynowej walki z niemiecką agenturą.

        Odpowiedz
    2. Roman Książek

      Z tym Sienkiewiczem to w ogóle jest ciekawa (niealternatywna!) historia. Chciałem o tym wspomnieć pod Twoim mashupem „Bulletstorm” vs „Iliada”. Przemoc. Autor Trylogii porównuje wycinanie wrażych żołnierzy do koszenia zboża. Jeszcze lepiej: te opisy przyswajają wszyscy bez problemu, nie zauważając nawet „pikantnych szczegółów”. Fantastyczna robota – zresztą pisał o tym Ryszard Koziołek z UŚ (za „Ciała Sienkiewicza. Studia o płci i przemocy” otrzymał
      Nagrodę Literacką Gdynia).

      Odpowiedz
  5. Paweł Schreiber

    @Natan – Święte słowa o dysonansie poznawczym. Nie zazdroszczę Rosjanom takich dylematów, tak samo zresztą jak Niemcom. Syndrom Jedwabnego do potęgi, którą nam chyba trudno sobie wyobrazić. Tu nawet podstawowy ludzki fakt – są groby tych ojców i dziadków, i co o nich powiedzieć wnukom?
    Gry są dość ciekawym terytorium radzenia sobie z etycznymi problemami przeszłości i teraźniejszości – wbrew pozorom, Rosjanie (i kraje b. Związku Radzieckiego) robią nie tylko gry fantasy. Jest b. dużo gier o Armii Czerwonej (od ukraińskiego Soldiers/Faces of War/Men of War, zwłaszcza The Red Tide, które już tylko na żołnierzach radzieckich się skupia), oczywiście seria symulatorów „IŁ 2”, kładąca najpierw nacisk na front wschodni, była, o ile dobrze pamiętam, gra o wojnie rosyjsko-gruzińskiej, była „Alfa Antiterror”, której druga część, „Męska robota”, jest o wojnie w Czeczenii. Mnóstwo strzelanek o Specnazie. No i „Stalin vs. Martians”! Przeszłość dalsza – choćby cała (bardzo ciekawa!) seria „XIII wiek”/”Real Warfare 1242”, z wyczynami książąt Nowogrodu.
    To ciekawe o tyle, że polski przemysł growy prawie w ogóle nie próbuje się z naszą tożsamością narodową brać za bary – a też byłoby z czym. W Rosji (jak Olaf pisał) bywały dofinansowywane gry na ten temat – u nas jak na razie bywa tak tylko z komiksami. Powstrzymuję się tu od osądzania stosunku tych gier do historii – bywa bardzo różny – tylko widać wyraźnie, że u Rosjan i Ukraińców własna historia w grach istnieje, a u nas z tym dużo gorzej.
    A żeby było śmieszniej, to jak już chcemy coś takiego zrobić, bierzemy kiepski produkt zza wschodniej granicy, opowiadający o historii Rosji i okolic, nazywamy go „Polskie Imperium: od Krzyżaków do Potopu” i wydajemy 11 listopada.

    Odpowiedz
    1. Admirał Udko

      Z dużą ciekawością zagrałbym w grę, która pozwalałyby mi przeprowadzić akcje dywersyjne i szpiegowskie jako członka AK albo wcielić się w działacza opozycji z czasów PRL, który wykrada dokumenty lub odpowiedzialny jest za przekazywanie informacji poszczególnym komórkom konspiracyjnym w jakimś dużym, polskim mieście. Kiedyś wydana została gra „Solidarność”, w którą nie grałem. Poza tym – chyba żadnej tego typu pozycji nie da się znaleźć.

      Odpowiedz
    2. Natan

      Żyjemy w ciekawych czasach. Ukraińcy robią gry gloryfikujące Armię Czerwoną!
      No fakt, Rosjanie też próbują eksplorować swoją historię, a nam jakoś nie idzie. Zamiast porządnej gry o Polsce lepiej zrobić western, co sprzeda się na Zachodzie.
      (i żeby nie było CoJ, zwłaszcza 2 podobał mi się bardzo).
      Ciekawe rzeczy wychodzą jak się przeanalizuje rynek gierkowy.
      A Niemcy moim zdaniem mają najłatwiej. Od prawie 70 lat wpaja im się że ich dziadkowie to byli zbrodniarze. Jak tak jest, to mogą zająć się czymś ciekawszym niż grzebanie się w historii i po prostu zarabiają kasę. Taka dziwna korzyść z przegranej wojny.
      Anegdotycznie: kiedyś w TV regionalnej widziałem wywiad z młodymi Niemcami którzy przyjechali w ramach wymiany młodzieżowej do Polski porządkować bodajże cmentarze. Jedna z dziewczyn opowiadała że czuje się jakoś naznaczona i winna temu co jej naród zrobił w Polsce. Wyglądało to naprawdę szczerze. Wszystko byłoby ok, tylko że panna ta była mulatką. Ironia historii.

      Odpowiedz
      1. Paweł Schreiber

        Niemiecka przeszłość też dość mocno odzywa się w kwestiach growych – po pierwsze, poprzez bardzo ścisły zakaz publikowania gier, w których byłyby obecne nazistowskie symbole, a po drugie – o wiele silniejszą cenzurę, jeśli chodzi o brutalność w grach. Słynny był przecież przypadek zakazania dystrybucji w Niemczech „Far Cry’a”, który wszak w tym kraju powstał.
        Dzisiaj dla Niemców interpretacja własnej przeszłości też robi się coraz trudniejsza, bo z jednej strony przynajmniej od końca lat 60-tych mają bardzo silny kompleks ojca/dziadka zbrodniarza, ale z drugiej teraz pojawia się konkurencyjna opowieść, nie o niemieckiej winie, tylko o niemieckim cierpieniu, w postaci wątku wypędzonych. I nie wiadomo, jak te dwie opowieści skleić w jedno…

        Odpowiedz
  6. Roman Książek

    @Admirał Udko
    [A] Dla mnie „Fatherland” to w jakimś sensie (alternatywna!) historia, którą widziałem na ekranie wiele razy (mutacja schematu fabularnego – OK, upraszczam). Zmienia się tylko „scenografia” (dlatego pewnie pomysł spodobał się amerykańskim producentom: „inne takie same filmy”).
    Pamiętaj, że w kinie nie jest ważne, kim jest postać, ale jaka jest. Dlatego po seansie „Leona Zawodowca” będziemy zgodni, iż pozytywnym bohaterem był płatny (?) morderca, a bad guyem – policjant. To samo przerabiamy teraz przy okazji „Dextera”.
    Co do ALTERNATYWNEJ historii: no właśnie nie „te same/to samo/ten sam”. Więcej: komentarz Pawła oraz http://sjp.pwn.pl/slownik/2439766/alternatywny

    [B] More good nazis:

    http://3.bp.blogspot.com/_-e3_8YsS2xM/Su3nIMWXb5I/AAAAAAAAAUU/02glKE-yjKA/s1600-h/piotr_uklanski_nazisci.jpg

    (powered by Piotr Uklański)

    Odpowiedz
  7. Dawid Walerych

    Jedna uwaga do Olafa. Myślę, że Twoja akcja, do której prawo jako obywatel miałeś stuprocentowe, zyskałaby na sile i od razu zbiłaby część argumentów przeciw, gdyby od początku zawierała większe stężenie pragmatyzmu dziennikarskiego. Moim zdaniem, przed przejściem do sedna, powinno zacząć się od opisania gry po przejściu przynajmniej jej większej części, nawet recenzji, która na konkretnych przykładach z rozgrywki pokazywałaby jak wybielany jest obraz Smiersz. Bo przyznaję, że po przeczytaniu tekstu „Zabawa w kata” jeszcze w Kulturze (czy to był pierwszy tekst o tym, może coś pominąłem?), nie byłem pewny czy poprzeć Twoje stanowisko. Po prostu nie wiedziałem co konkretnie gra mówi o zbrodniczej organizacji, może między wierszami przekazywana jest prawda? To jasne, że szanse są małe, ale bez podania konkretnych przykładów czy zagrania w grę (nie grałem, a jedyne co mnie do tego zachęca, to zamieszanie i niejasności wokół niej) nie czuję się władny zając stanowisko. Sam fakt „zrobienia gry o…” nic nie znaczy. „Stalingrad” jest filmem o dzielnym Wermachcie podbijającym świat, „Das Boot” o Krigsmarine dumnie zatapiającej bezbronne transportowce aliantów, a „Upadek” o – vide Von Trier – zrozumieniu cierpienia Hitlera. A chyba jednak nie żałujemy, że filmy powstały i można je w Polsce zobaczyć. Żeby żałować, że powstało „Death to Spies”, muszę znać więcej konkretów. Biadolenie po premierze „Codemame Panzers”, oparte chyba na przejściu tylko dema i niezrozumienu gry, jest dla mnie wystarczającym ostrzeżeniem.

    Odpowiedz
  8. Jakub Gwóźdź

    A to w ogóle nie jest po prostu temat typu „too soon”?

    Za jakiś-tam czas te wydarzenia staną się równie odległe i abstrakcyjne, jak teraz odległe i abstrakcyjne są okrucieństwa, jakich Polacy dopuszczali się na terenach rosyjskich. Lisowczycy, dymitriady, te rzeczy chociażby. Ale i powstanie Chmielnickiego przecież też wynikło z serii świństw polskiej szlachty. A jakoś niestety nikt się nie oburza na prozę Sienkiewicza, jej kolejne ekranizacje czy dalsze życie w grach czy to RPG czy komputerowych…

    Dopóki jednak nie znam samej gry „Death To Spies”, nie jestem wstanie ani zgodzić się z Olafem, ani kłócić – bo to równie dobrze mogło być propagandowe paskudztwo (jak np seria Call of Duty, na którą jednak nikt nie narzeka, bo propaguje „naszych”), jak i sensowny wojenny memuar albo po prostu atrakcyjna wojenna opowieść z szacunkiem odnosząca się do faktów.

    Właśnie pomyślałem sobie, że chętnie zagrałbym Hubertem Aschem z „08/15” Kirsta.

    Odpowiedz
  9. Simplex

    O jakie zablokowanie polskiej premiery „Death to Spies” chodzi? Gra byla przez wiele miesięcy do kupienia w sklepie cenegi (obecnie muve.pl), sam ją nawet kupiłem za kilkanaście złotych i leży od tego czasu na półce, nietknięta.

    Odpowiedz
  10. zapiskowiec

    Pamiętam tę sprawę. I pewnie na tym bym poprzestał, gdyby nie wysokie tony wpisu Prawo do obrony. Skoro już mowa o etyce i etosie dziennikarskim, to chciałbym zadać Ci Olafie pytanie, licząc na odpowiedź, z jakiego rodzaju dziennikarstwem mamy w tym konkretnym przypadku do czynienia? Zastrzegam od razu – wydanie Death to Spies w Polsce uważam za głupotę i nic więcej, nic mniej. Niestety, diabeł tkwi w szczegółach.

    Cały ten spór od początku był przysłowiowym wyważaniem otwartych drzwi. Zanim sprawa wypłynęła, Click! dał ten tytuł, należy to podkreślić, na DVD załączonym do magazynu. Tym samym zanim zaczęto rozdzierać szaty nad bytem/niebytem DtS w Polsce, ta gra już w Polsce była obecna, tyle, że zaangażowani w spór dziennikarze, włącznie z Tobą Olafie, nie odrobili lekcji i o tym nie wiedzieli. Poza tym znaleźć grę można w dystrybucji cyfrowej (Gamersgate, Steam i pewnie kilka innych), więc chodziło wyłącznie o symbolikę – ta gra nie powinna była zostać wydana w Polsce w wersji pudełkowej. I tyle, bo wystarczy wstukać w Google’a odpowiednie słowa, aby przekonać się, że DtS jest polskim graczom doskonale znane. Po co więc tyle zachodu, skoro i tak każdy kto chce grę może dostać, a kto chciał kupił ją zanim jeszcze powstało całe to zamieszanie? Wierzę w Twoje dobre intencje Olafie, ale wykonanie budzi zasadne wątpliwości i zastrzeżenia. Właściwie sam zamąciłeś ich obraz i dostarczyłeś amunicji tym, którzy chcieli zdeprecjonować Twoje starania. Bo znacznej części tych osób przeszkadzałeś bardziej Ty, aniżeli sama akcja.

    Zaczęło się, o ile pamiętam, od Gamecornera – „internetowy dziennikarz” jak to ująłeś, napisał o szantażyście z mediów mainstreamowych. Bez nazwisk, bez podania nazwy dystrybutora. Potem Ty napisałeś spory tekst – znowu bez danych owego „dziennikarza internetowego” i owego dystrybutora. Dystrybutor do dziś nie zajął stanowiska w sprawie, tak jak żadne nazwy i nazwiska nie padły ze strony Olafa i owego „dziennikarza internetowego”. Od kiedy tak się uprawia dziennikarstwo? To raczej zabawa w dziennikarstwo, odbijanie piłeczki i wrzucanie kamyków do cudzych ogródków na forum publicznym, bez danych, które umożliwiają zorientowanie się w temacie przez niezorientowanych. To, napiszę wprost, dziecinada, lekceważenie odbiorcy, nazywanie tego sporem, o dziennikarstwie nie wspomnę, to nadużycie.

    Jak sobie wyobrażam poważną, zgodną ze sztuką interwencję? Wystarczyło, żebyś napisał tekst np. w Kulturze, a może w jakimś serwisie sieciowym, wszak wielu dałoby Ci taką możliwość, o tym, że Rosjanie wydali grę DtS z podaniem danych i ocen, których po fakcie nie szczędziłeś. Wystarczyło dopisać, że masz nadzieję, że tego tytułu nikt w Polsce nie ośmieli się wydać. Wystarczyło to podesłać Cenedze. Wystarczyło zrobić to otwarcie, bez zakulisowych zabiegów, z podaniem argumentacji przed zdarzeniem, a nie po. Cenega postąpiłaby dokładnie tak jak postąpiła, bo najwyraźniej ostateczne decyzje podejmuje tam ktoś nie pozbawiony wyobraźni, czym naprawia błędy innych osób, których wrażliwość została już chyba stępiona przez granie w gry wideo. Odbyłaby się może nawet sensowna dyskusja, a nie obrażająca odbiorców pyskówka post fatum bez nazwisk i nazw. Nie można chyba w tej sytuacji winić „internetowego dziennikarza”, skoro dzięki niemu, acz wbrew jego intencjom, taka dyskusja w ogóle się odbyła. Gdyby nie podniósł tematu, Cenega nie wydałaby w Polsce DtS i nie byłoby w ogóle tematu, choć gra i tak w Polsce funkcjonuje bez względu na powyższe.

    Kończąc, dobrze się stało, że DtS nie wyszedł w Polsce w pudełku. Szkoda, że okoliczności rezygnacji z dystrybucji były takie, a nie inne. Poza powodem do dumy, masz jednak Olafie powód, żeby uderzyć się w pierś za styl, w jakim to zrobiłeś. Z dziennikarstwem cała ta sprawa aż tak znowu wiele nie ma wspólnego. Piszę oczywiście o Twoim dziennikarstwie, bo rzeczony „internetowy dziennikarz”, podobnie jak wszyscy niemal w Polsce pisujący do mediów o grach, z dziennikarstwem nie ma absolutnie nic wspólnego.

    Odpowiedz
    1. Olaf Szewczyk Autor tekstu

      @zapiskowiec

      1. „DtS” ukazało się w „Clicku!” po mojej wymianie zdań z Cenegą odnośnie planowanej premiery gry w sklepach – do której wtedy nie doszło. Potem jeszcze, jak wskazał Simplex, gra trafiła po cichu do taniej serii. Nie wiem, dlaczego. Czy szefostwo zza wschodniej granicy wydało polecenie, a Cenega nie miała nic do gadania, czy też ktoś w Polsce uznał, że już można zaryzykować, bo klimat polityczny się zmienił. Wolałbym to pierwsze, ale zwyczajnie nie wiem.
      Przynajmniej udało się osłabić impet tego uderzenia. Może niewiele, ale lepsze to niż siedzenie z rękami w kieszeniach. Kwestia zasad.

      2. Nie jestem pewien, czy rozumiem: chcesz mnie przekonać, że dostępność w dystrybucji cyfrowej przekreśla zasadność takich interwencji, bo „chodziło wyłącznie o symbolikę”? Oczywiście, że chodziło o symbole – z torrentów każdy może ściągnąć wszystko. Bardzo ważne symbole w mojej opinii, bo bandyci ze Smierszy zapisali w historii Polski wyjątkowo mroczną kartę. W historii, dodajmy, o tyle nowej, że cienie tych tragedii nosi w sercach wciąż wielu ludzi. I choćby to usprawiedliwiało każdy krok, jaki można było w tej sprawie podjąć. Jak by się poczuli, widząc coś takiego na półce w polskim sklepie?
      Diabeł nie tkwił tu w szczegółach. Wszystko w tej sprawie cuchnęło diabłem. Tu chodziło o pryncypia, o zwykłą przyzwoitość. Dodatkowy, choć pomniejszy argument: szansa na ograniczenie dostępu do gry przypadkowym nabywcom z Empików też była warta zachodu.

      3. To, że wielu osobom przeszkadzałem bardziej ja niż akcja, jest poza dyskusją. Nic nowego, w pracach nad perpetuum mobile ktoś w końcu powinien przetestować zawiść jako wieczne paliwo. Nawet teraz jakieś orły uparcie szturmują Sny ze swoim jadem – zapaskudzając filtry komentarzy – bo im reszta sieci najwyraźniej nie wystarcza, by wyrażać o mnie swoje zdanie. No ale czy z powodu tego szlamu miałbym być bardziej ostrożny? Byli, są i będą. Jak karaluchy. Czego bym nie zrobił, powiedzą o mnie, co chcą, na właściwym sobie poziomie.

      4. A propos „dziennikarza internetowego” i Twojego zdania o nim – proszę raz jeszcze, aby negatywne opinie ad personam nie pojawiały się w Snach. Dyskutujemy tu o różnych sprawach, ale nie o osobach trzecich – chyba że z dobrym słowem. I niech ten wymóg będzie traktowany nie tylko jako żelazna reguła tego miejsca, ale i jako moja osobista prośba.

      5. Mówisz, że powinienem nagłośnić sprawę od razu – bo to byłoby prawdziwe dziennikarstwo. Wiesz, gdybym myślał wtedy jak dziennikarz, to bym zyskał sporo punktów w tym zawodzie, uderzając bez uprzedzenia – tak jak radzisz. Tylko że ja myślałem jak człowiek, dla którego ważne jest coś takiego jak przyzwoitość.
      Podejmując decyzję, kierowałem się w dużej mierze zwykłą ludzką empatią. Nie zależało mi na wykańczaniu Cenegi – a myślę, że ta sprawa miałaby spory potencjał destrukcji, bo taki a nie inny był wtedy duch czasu. Nie zależało mi na ściąganiu burzy nad głowy ludzi, którzy w tej firmie zarabiają na swoje rodziny. Zakładałem, że zwyczajnie nie zauważyli, jak śmierdzące jajo im podrzucono i postanowiłem zwrócić im na to uwagę. W ogóle jestem za tym, by zapobiegać, a nie czekać, aż trzeba będzie leczyć.
      Notabene artykuł mojego pióra przypominający, czym była Smiersz, ile cierpienia z jej powodu doznali Polacy, ukazał się w końcu, i to w kilku miejscach w ramach republikacji. Po tym, jak sprawę nagłośnił kto inny i niczym już swoim tekstem nie mogłem nikomu zaszkodzić, bo mleko się wylało. Na wszelki wypadek jednak nawet wtedy unikałem wskazywania palcem. Nie padła zatem nazwa firmy. Czy teraz moja motywacja jest dla Ciebie jasna?

      Nie sądzę, abyśmy doszli do porozumienia. W tej dyskusji chyba powiedziane zostało już wszystko, wszyscy znają swoje stanowiska i racje. Chcę jednak jasno powiedzieć na koniec, jak postrzegam z perspektywy swoje działania w tej sprawie, aby nie ulegało to wątpliwości: otóż niczego się nie wstydzę. Wręcz przeciwnie. Dziś postąpiłbym dokładne tak samo.

      Odpowiedz
    1. Olaf Szewczyk Autor tekstu

      Przypominam, bo trzeba przypominać. Po to, by dziennikarze od gier znowu nie pisali bezrefleksyjnie o Smierszy jako o dzielnych chłopcach z kontrwywiadu, jakimś sowieckim klubie agentów-dżentelmenów w rodzaju Jamesa Bonda. Po to, by trudniej było w Polsce wydać kolejną grę o tych wyjątkowo łajdackich bandytach.

      Poniżej cytaty z wczorajszego artykułu Adama Leszczyńskiego w „Gazecie Wyborczej” (palec w górę, kto pamięta, że Adam kiedyś regularnie recenzował gry w śp. wtorkowym dodatku „Komputer”). Dobrze obrazuje, co oznaczał wtedy „kontrwywiad”:

      „Wszystkich ujawnionych bandytów, w liczbie 562 ludzi, zlikwidować. W tym celu zostanie wydzielony zespół operacyjny i batalion wojsk Zarządu >Smiersz< 3 Frontu Białoruskiego, już przez nas sprawdzony w trakcie wielu działań kontrwywiadowczych. (...) - pisał generał pułkownik Abakumow, naczelnik Głównego Zarządu Kontrwywiadu ZSRR "Smiersz" w tajnym szyfrogramie z 21 lipca 1945 r., adresowanym do Ławrentija Berii, szefa całej stalinowskiej bezpieki. (...) - Te dokumenty potwierdzają, że doszło do zbrodni przeciw ludzkości. Zamordowano 600 akowców, w tym ok. 30 kobiet, w tym ciężarnych, oraz osoby niepełnoletnie, tylko za to, że byli akowcami. Zostali wyłapani w domach i na polach, nie walczyli z Armią Czerwoną - mówił na konferencji prasowej w centrum edukacyjnym IPN w Warszawie prokurator Zbigniew Kulikowski."

      Odpowiedz
  11. Pingback: W co się (nie) bawić: Beautiful Escape: Dungeoneer « Altergranie

  12. Pingback: 1953 KGB Unleashed

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.