O krytyce niejawnej

Wróćmy do niedokończonego artykułu „Także w obronie krytyki”. Wspominałem o znaczeniu krytyki niejawnej. Miałem na myśli głównie dwa rodzaje relacji „twórca – krytyk” – relacji bardzo bliskich, a przez to efektywnych. Warto się im przyjrzeć, bo dowodzą, jak wielki wpływ na twórczość może mieć wnikliwy odbiorca o statusie arbitra. Owszem, przy szczególnych uwarunkowaniach, ale przecież jest w tej dyskusji jeszcze kwestią otwartą, czy analogiczne standardy nie mogą zaistnieć (istnieją?) w świecie gier wideo.

Pierwsza z tych relacji ma duży wpływ na literaturę. Mowa o związku autora książki z jej redaktorem. Rasowy redaktor nie jest po prostu neutralnym korektorem wyższego rzędu, który przed skierowaniem książki do druku poprawia błędy składni itd., choć to też wchodzi w zakres jego obowiązków. Redaktor jest krytykiem, który ma – jeśli istnieje taka potrzeba – istotny wpływ na kształt dzieła. Po uważnej lekturze złożonego w wydawnictwie materiału mówi na przykład autorowi: ten wątek niczego nie wnosi, za to osłabia tempo – zrób z tym coś albo wytnij; tę postać warto rozwinąć, bo; te zdania brzmią źle, pisałeś je chyba w gorszy dzień; protagonista X zbyt długo jest nieobecny na scenie, może wróciłbyś do niego ciut wcześniej jakimś wtrąconym epizodem?

Bywa, że redaktor nie kończy na sugestiach płynących z krytycznej lektury, ale sam przepisuje wątpliwe fragmenty na nowo. W środowisku krąży niejedna opowieść o książkach, które w rzeczywistości uformowało dwóch autorów. Nie piszę tego z przekąsem, tak naprawdę nie widzę w tym niczego złego. Zdarza się, że literat ma tak zwaną iskrę bożą, ale na poziomie warsztatu leży i kwiczy – redaktor musi oszlifować ten klejnot. Dobrze dobrany tandem to potęga. Mądry autor, świadomy wartości pomocy, jakiej udziela mu pierwszy krytyk jego dzieła, redaktor, korzysta z niej skwapliwie.

Redaktor bywa też pierwszą inspiracją. Mówi autorowi: słuchaj, a może byś napisał książkę o (…)? – i tłumaczy delikwentowi, jak sobie wyobraża jego pracę. Myślę, że niejedno mógłby nam powiedzieć na ten temat Roman „Redaktor Wielu” Książek.

O tym, że redaktor literacki bywa kimś szalenie ważnym dla autora, świadczy choćby afera ze zwolnieniem Beaty Stasińskiej z W.A.B. Protesty związanych z tym wydawnictwem literatów, którymi opiekowała się red. Stasińska, list otwarty w jej obronie podpisany przez wpływowe persony świata kultury i mediów, ilość miejsca w prasie poświęconego tej aferze(!), wysokie pozycjonowanie tematu – to wszystko dowodzi, jaka była rzeczywista rola tej osoby.

Kardynał Richelieu pędzlem Philippe'a de Champaigne (obraz powstał gdzieś między rokiem 1633 a 1640)

Drugi rodzaj krytyki niejawnej występuje w relacji „redaktor – dziennikarz”. Wysoki Sądzie, ten przypadek ma mniejsze znaczenie dla sprawy, ale chyba warto o nim wspomnieć nie tylko pro forma. Redaktor prasowy pełni rolę krytyka twórczości dziennikarskiej w mniejszym stopniu, z dwóch powodów. Pierwszy: dziennikarze to zwykle przekaźniki informacji (ew. analitycy lub modulatorzy informacji), a nie twórcy – choć niektóre formy dziennikarskie mogą być rozpatrywane w kategoriach twórczości, w szczególnych przypadkach (dotyczy felietonu, reportażu, eseju etc.). Powód drugi: redaktor prasowy ma często nad tekstem władzę absolutną, co – bywa – czyni w jego pojęciu zbędną partnerską relację „krytyk – twórca”. Redaktor po prostu siada do materiału i czyni z nim to, co uważa za stosowne. Jest jak Richelieu, pociągając za sznurki zza kulis. Czytelnicy zwykle nie mają pojęcia, jak wielki wpływ ma redaktor na kształt i treść medialnego przekazu, stąd te ciągłe grzecznościowe określanie mianem redaktora każdego dziennikarza. Dla przeciętnego odbiorcy „dziennikarz” i „redaktor” to pojęcia jednoznaczne.

Faktem jest jednak, że redaktor pełni czasami rolę krytyka. Jeśli zna się na fachu, potrafi tak prowadzić autora, że ten na tym korzysta jako twórca – szlifuje warsztat, lepiej dobiera tematy, dojrzewa w nim świadomość pełnionej roli i odpowiedzialność za słowo.

Czy podobnie silne relacje na linii „krytyk – twórca” istnieją (mogą istnieć?) w interaktywnym wideo? Trudno sobie wyobrazić aż takie skrócenie dystansu, związane z realną wzajemną zależnością obu stron. Krytyk orbituje gdzieś tam, hen, w jakiejś redakcji, a tak naprawdę to chyba go nie ma – jest zredukowany do średniej oceny na Metacritic. Czy twórcy słuchają sygnałów zwrotnych? Deklarują, że tak: tworzą łatki i sequele z uwzględnieniem skarg i wniosków, ale opierają się chyba w równej mierze na uwagach szeregowych graczy, co na oficjalnych recenzjach (choć te głosy są zapewne lepiej widoczne i – jak sądzę – mają jakiś wpływ na wtórne wobec nich opinie graczy). Niedawno autorzy „Wiedźmina 2” osłabili w łatce siłę znaku Quen, po krytycznych uwagach. No dobrze, ale czy byłoby inaczej, gdyby zawodowi recenzenci na ten temat milczeli?

Nie zdążę teraz domknąć tego tematu. O tym, co może, co mógłby i co powinien zdziałać krytyk – w kolejnej dogrywce. Hej, jeśli znów przesadzę z kawą i mnie poniesie, może się to nawet skończyć jakimś manifestem!
[zapada głucha cisza, widownia chowa twarze w dłoniach, kurtyna]

Ten tekst miał trafić do Snów około północy, i tak go zapowiadałem, ale nie przewidziałem burzy z piorunami nad Kaniami. Elektryczność była wzięła i zdechła.

6 odpowiedzi do “O krytyce niejawnej

  1. Ard

    „Myślę, że niejedno mógłby nam powiedzieć na ten temat Roman „Redaktor Wielu” Książek.”

    Byłoby super, gdyby pan Roman mógł zdradzić parę ciekawostek zza kulis pracy redaktora w wydawnictwie. Choćby w komentarzu :)

    Odpowiedz
  2. Misiael

    „Byłoby super, gdyby pan Roman mógł zdradzić parę ciekawostek zza kulis pracy redaktora w wydawnictwie. Choćby w komentarzu :)”

    Przyłączam się do tej prośby.

    Odpowiedz
  3. Roman Książek

    @„Myślę, że niejedno mógłby nam powiedzieć na ten temat Roman „Redaktor Wielu” Książek.”
    @Byłoby super, gdyby pan Roman mógł zdradzić parę ciekawostek zza kulis pracy redaktora w wydawnictwie. Choćby w komentarzu :)

    Hej, przede wszystkim żaden „pan Roman”! Roman i tyle. Czytelnikom Jawnych się nie odmawia, ale nie wiem, czy mi wypada zdradzać ciekawostki. „Moi autorzy” żyją, mają rodziny, nierzadko dzieci. Mój komentarz mógłby spowodować ich prześladowania w szkołach, obelgi na murach, hejterskie strony na FB tudzież G+… Żartuję. Jako łże-dżentelmen muszę (chcę!) napisać, że autorzy z którymi współpracuję są fantastyczni, a sama współpraca – FUNtastyczna. Parafrazując znane powiedzenie o Las Vegas: „co się dzieje w redakcji, zostaje w redakcji”.
    Generalnie praca z tekstem wygląda inaczej, kiedy do wydawnictwa trafia gotowy rękopis, a inaczej, kiedy książka powstaje pod okiem redaktora. W tym drugim przypadku – jako redaktor prowadzący – mam bardzo duży wpływ na kierunek, w jakim zmierza. Jestem trochę jak scenarzysta i producent wykonawczy w jednym. Poza bieżączką (stylistyka, kompozycja i takie tam) zdarzało mi się nawet dopisywać akapity udające autora (#szokiniedowierzanie). Robiłem to jednak dosyć rzadko (zawsze za zgodą autora), nie muszę też dodawać, że były to najsłabsze fragmenty książki… To bardzo ciekawa praca, na którą jestem chyba skazany („Roman” to powieść, a nazwisko – wiadomo). Niesamowite, że można stworzyć coś swojego cudzymi tekstami (vide Rob, bohater „Wierności w stereo”, nagrywający kasety kompilacyjne). Poza tym, dzięki Olafowi zrozumiałem (#facepalm), że zawód redaktora też kwalifikuje się do naszej dyskusji – najciemniej pod latarnią. Właśnie dlatego jakoś nie mogę przyjąć do wiadomości sztywnego rozgraniczenia krytyk/twórca zaproponowanego przez pi (pi, nasza dyskusja przeniosła się pod nową notkę Olafa, zapraszam! :-) ). To mi trochę przypomina słowa „12 groszy” Kazika: „Uczeń zły, uczeń dobry, chłopak i dziewczyna”. Wszystko jest trochę bardziej skomplikowane. Nieważne. Ważne jest to, że krytyk Szewczyk zachęcił łże-krytyka Książka do napisania nowej notki (zjadamy własny ogon – pi będzie mieć używanie). Nie wiem tylko, kiedy ją popełnię, bo muszę znaleźć odpowiedni fragment tekstu. Redaktor bez cudzego tekstu jest jak kobieta bez torebki*.

    *ufam, że to nie zabrzmiało seksistowsko…

    Odpowiedz
  4. Dr_Judym

    Bardzo przyjemnie się czyta o takich ciekawostkach. Z ostatnich książek, zahaczających o podobny temat pamiętam „Mao II” Dona DeLillo. Natomiast pytanie czy taka relacja może zaistnieć w świecie gier? IMO nie, nie w przypadku gier AAA, które są owocem zbiorowego wysiłku dużej liczby osób zajmujących się tak różnymi dyscyplinami, w świecie produktów skrojonych pod wybraną bazę konsumentów. Co innego gry indie, gdzie może być miejsce na wizję jednego człowieka, gwiazdorstwo.

    Odpowiedz
  5. pi

    Ciekawa praca!

    :)

    Taki krytyk to pożyteczna osoba.

    W grach AAA przecież nieustannie poddaje się rewizji to, co zrobiono i musi istnieć silna krytyka wewnętrzna. O dany element gry zawsze ociera się kilka osób, więc możliwość takiej krytyki jest najbardziej. Nie wyobrażam sobie, żeby nie zachodziła.

    W świecie gier niezależnych to też się dzieje. W podziękowaniach można czasem znaleźć podziękowania „za krytykę”, po których idzie długa lista znajomych nazwisk. Również na forach (tigsource) zdarzało mi się czytać ultrawnikliwe komentarze krytyczne dla zamieszczonych gier. Ludzie po prostu szczerze dzielą się wiedzą.

    Taka krytyka to nieodzowna część pracy, ale to zupełnie inna wizja niż ta zawarta w Beczkach.

    Odpowiedz
  6. Dahman

    Takim doradztwem w branży gier, które odpowiadałoby pracy redaktora w wydawnictwie na wczesnym etapie powstawania książki, zajmuje się m.in. N’Gai Croal. Niestety jak gościa słucham, czy w podkastach, czy na gametrailers, obawiam się, że jego doradztwo nie jest wiele warte. Chciałbym, żeby ujawnił listę gier, do których przyłożył rękę.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *